Człowiek telewizji, reżyserka telewizyjna, autorka ostatnio tetralogii o wyjątkowych pianistach związanych z Bydgoszczą. Od kiedy telewizja chodzić zaczęła Ci po głowie?
- Ooo, nie spodziewałam się takich pytań. Ostatnio, ponieważ moi rodzice użytkują obecnie dwa domy, jeden nad Zalewem Koronowskim, a drugi w Bydgoszczy, odnalazłam pudło z listami i pamiątkami. I tam, wyobraź sobie, znalazłam taką legitymację dziennikarską z V LO w Bydgoszczy. Robiliśmy gazetkę, chyba nazywała się „Głos piątki”, to mogła być trzecia klasa liceum. Ja już od tego momentu wiedziałam, że chcę być dziennikarzem i też nigdy nie chciałam być dziennikarzem radiowym. Czyli ta odpowiedź to siedemnasty - szesnasty rok życia. Jeżeli odejmiemy od mojego wieku, do którego się nie przyznam, to wyjdzie ponad 20 lat.
Ale dlaczego nie chciałaś być dziennikarką radiową? Miałaś parcie na szkło?
- Wiesz co? Spędzałam trochę czasu w radiu, bo mój tata tutaj kiedyś pracował i też w tym waszym środowisku. Myślę, że bardzo byłam zawsze zainteresowana obrazem. Nawet sobie dzisiaj myślałam przed przyjściem do radia, że Wy sobie z tego nie zdajecie sprawy, ale intuicyjnie opowiadacie historie w sposób radiowy, a my w telewizji często, czego nie dopowiemy to „dowyglądamy”. I nie wszystkie żarty, ani anegdoty działają w radiu, tak samo jak w telewizji.
Jednak obrałaś azymut na TV.
- Tak się zdarzyło.
I od razu te drzwi zostały otwarte przed Tobą?
- Pytasz mnie jak to było? O, to było ciekawe. Po maturze Witek Albiński, nawet do dzisiaj jeszcze to istnieje, realizował takie zajęcia warsztatowe w Pałacu Młodzieży w Bydgoszczy. Wiele osób, które teraz pracują w telewizji tworzyły coś w rodzaju takiego młodzieżowego programu telewizyjnego, na przełomie właśnie matury i pierwszego roku studiów. Potem wzięłam udział w castingu telewizyjnym, takim naprawdę realnie otwartym i wtedy ta droga już bardzo przyspieszyła, bo weszłam w świat dziennikarzy bardzo profesjonalnych. To był świat informacji. Potem już bardzo szybko się to wszystko potoczyło. Walerian Krenz realizował programy dla dzieci i dla młodzieży. Zaangażował mnie do takiego programu i tak naprawdę pierwsze moje występy na żywo, to był pierwszy program Telewizji Polskiej, więc całkiem poważnie.
Ale zacumowałaś tak na dobre w kulturze?
- Owszem, bo czyż to nie jest najbardziej interesująca przestrzeń? Zacumowałam, bo też się na tym najlepiej chyba znałam, biorąc pod uwagę moje wykształcenie. Skończyłam kulturoznawstwo w Poznaniu i szkołę filmową w Łodzi. To jest taki przywilej powiedziałabym, że oni, nasi rozmówcy akceptują nas i my wtedy możemy być dziennikarzami od kultury. To jest ważne, aby mieć dostęp do tych osób, bo to chyba one wyznaczają, z kim chcą rozmawiać.
To w ogóle jest taka przestrzeń, gdzie można poczuć wolność w każdym momencie, prawda?

- Popełniłam taki cykl filmów, który nazywa się „Ludzie z dobrego towarzystwa”. Tu trzeba powiedzieć, z jakiego towarzystwa. Chodzi o Towarzystwo Muzyczne w Bydgoszczy. Tak naprawdę zainspirował mnie do tego tytułu Henryk Martenka, który przygotowywał stulecie Towarzystwa Muzycznego. Planowaliśmy jakąś serię filmów, potem zdarzył się konkurs w TVP Kultura, który udało mi się wygrać i wybór, jak sama wiesz, jest bardzo oczywisty, bo to są tacy najmocniejsi, najbardziej wypromowani pianiści.
Do tego można byłoby jeszcze dorzucić kilka nazwisk jak: Michał Szymanowski, Bartek Wezner czy Paweł Wakarecy.
- Tak byśmy mogły wymieniać i wymieniać, stąd jeżeli ktoś słucha naszej audycji, to po prostu było budżetu jedynie na cztery filmy. Fakt - dosyć oczywisty wybór, ale nie jest tak łatwo zrealizować materiał filmowy z tymi osobami, bo gdyby nie seria koncertów Rafała Blechacza związanych z urodzinami Mikołaja Kopernika, to po ostatnich sms-ach z Rafałem Blechczem, a bardzo się zaprzyjaźniliśmy po tym filmie, to umówić się z nim jest bardzo trudno, to jest sprawa granicząca z cudem. Tak anegdotycznie, napisałam mu ostatnio, bo docierają do niego miłe informacje na temat tego filmu, a Rafał odpowiedział mi, że możemy się spotkać najwcześniej w lipcu. Dziś mamy marzec, więc to nie było takie oczywiste. To są takie nazwiska, które na pewno zapewniły widownię w TVP Kultura i to są już takie postaci z Bydgoszczy, wręcz ambasadorowie. Absolutnie było to bardzo przyjemne i polecam też widzom, bo zobaczyć panią profesor Popową-Zydroń grającą na fortepianie w siedzibie Towarzystwa Muzycznego. Widząc Rafała Blechacza w wielkiej przyjaźni z przyjaciółmi, z którymi koncertował, to jest coś ciekawego. Myślę, że najbardziej zapracowaną, ale też ciekawą do sfilmowania postacią był Krzysztof Herdzin. Liczba tych wydarzeń, w których on bierze udział, jest naprawdę wielka, do tego stopnia, że realizując zupełnie inny program, ostatnio przebywałam w Katowicach w NOSPRze i akurat tego wieczoru, w którym tam byłam, także był koncert Krzysztofa Herdzina. Więc ma się wrażenie, że Krzysztof Herdzin jest wszędzie.
Chociaż mocno odpuścił sobie ostatnimi czasy, bo też chce być ojcem i mężem.
- Tak, ale nie wiem, czy też można tak do końca dotrzeć do Krzysztofa Herdzina. Osobiście to łatwiej chyba rozmawiało mi się z Adamem Kośmieją, który jest bardziej otwarty. Krzysztof oczywiście jest dostępny dla dziennikarzy, chociaż nie prezentuje swojej przestrzeni prywatnej. Sam on tego nie potrzebuje, może nie chce rozmawiać o swoim życiu pozamuzycznym?
To była bardzo przyjemna, choć czasochłonna praca. Ludzie oglądający te dokumenty mogą Ci zazdrościć.
- Tak, bo to wszystko tak wygląda z boku, na pewno dostęp do tych ludzi jest pewnym wyróżnieniem. I jest w tym coś przyjemnego, ale to jest taka jakaś odpowiedzialność, bo budżety telewizyjne to nie są budżety nieskończone i też trzeba zrealizować te zadania bez pomyłki, w tym czasie, który mamy i to jest problematyczne, ale faktycznie to był sympatyczny czas. Ci ludzie są naprawdę otwarci i mają taki amerykański może styl podejścia do swojego zadania artystycznego. Amerykanie, to wiemy z obcowania z nimi na festiwalu Energa Camerimage traktują wywiady i film o sobie jak zadanie. Jak kolejne zadanie i myślę, że Pani profesor Katarzyna Popowa-Zydroń, czy Adam Kośmieja, Krzysztof Herdzin doskonale wiedzą, że jeśli zgadzają się na realizację takich filmów, to robią to po coś. Robią to bardzo profesjonalnie, no i to widać.
Który z etapów tworzenia filmu lubisz najbardziej? Ten moment nagrywania umawiania się, a może już potem montaż?
- Lubię najbardziej ten etap, który jest już bardzo zaawansowany, czyli montaż. Dzięki temu można skonfrontować z tym materiałem filmowym swoje jakieś wyobrażenie i plany, które były na początku. Wychodzą zupełnie jakieś nowe wątki, które dostrzegł na przykład operator, a których myśmy nie widzieli. Zdecydowanie to jest ten moment, kiedy materiał już jest nagrany i kiedy możemy trochę przestawiać, modyfikować i już wtedy wiadomo, czy to jest klapa, czy to jest coś fajniejszego. Tacy profesjonalni dokumentaliści na pewno pracują w taki sposób, że bardzo, bardzo solidnie planują swoje dokumenty, a potem, jeśli nie czują tego, to jeszcze dogrywają pewne materiały.
Tobie się zdarzyło dogrywać?

- Na pełen etat, ale dużo czasu się ma, jak się dużo pracuje. To są też rzeczy, które z moją ekipą, która jest sprawna, lubimy robić. Ostatnio robiliśmy taki duży, fajny cykl dla TVP Polonia zatytułowany „Fajna Polska”. Miałam przyjemność prowadzić ten program z Sebastianem Chmarą, który się zgodził na taki epizod pozasportowy. I tam było naprawdę dużo pracy i takiej logistyki. My po prostu bardzo lubimy to robić i lubimy dużo pracować. Nie znam chyba osoby, która coś osiągnęła w telewizji, która nie miałaby takich objawów pracoholika.
Ale dziecko pamięta jak wyglądasz?
- Dziecko doskonale pamięta jak wyglądam, a jak było bardzo małe, to też bywało na planach zdjęciowych. Teraz jest już w systemie edukacji, bo jest w przedszkolu. Natomiast pracoholizm to jest, jeśli to słowo w ogóle jest pozytywne, to jest domena ludzi z telewizji.