Jest Pan absolwentem VI Liceum Ogólnokształcącego. Jak na humanistę i konserwatora to chyba nietypowo…
- Ale „Szóstka” kiedyś, za moich czasów, była zupełnie inną szkołą. Kończyłem profil ogólny z językiem niemieckim i może powiem dlaczego w ogóle wybór „Szóstki”. To nie tylko ze względu na to, że rzeczywiście była to wówczas i dziś jest bardzo dobra szkoła. Może się pani zdziwić, ale otoczenie i budynek miały bardzo duży wpływ na to, że wybrałem właśnie „Szóstkę”. Podobał mi się ten fragment miasta, zresztą chodziłem tu nieopodal do przedszkola przy ul. Kopernika. Ten fragment centrum miasta zawsze był dla mnie szczególny.
Dlaczego nie „Jedynka”? Ona też jest w pięknym budynku.
- Nie wiem. Powiem szczerze, nigdy nie brałam pod uwagę „Jedynki”. Może wynikało to troszeczkę z różnych opowieści moich starszych znajomych, którzy mówili o „Szóstce” jako o szkole z pewną tradycją, o szkole, która rzeczywiście tworzy dobry klimat. Tak patrząc z perspektywy myślę, że ten czas liceum to najfajniejsze lata mojej edukacji. Mieliśmy wspaniałą klasę, było bardzo sympatycznie i do dziś się, co prawda w wąskiej grupie, spotykamy.
I nigdy nie było problemu z wyborem dalszej ścieżki życiowej?
- Ależ by To był bardzo duży problem, ponieważ pochodzę z rodziny prawniczej i wszyscy myśleli, że będę szedł w ślady mojego taty, czyli ścieżką adwokacką i rozpocznę nauki prawne. Nigdy tego nie brałem pod uwagę, a wynikało to chyba z tego, że zawsze w domu spotykali się prawnicy i rozmawiali o bardzo różnych, skomplikowanych sprawach, o paragrafach, a ja jakoś zupełnie do tego nie miałem serca. W sumie do końca nie wiedziałem w ogóle co ze sobą zrobić. Myślę, że to jest dylemat wielu osób. Dzisiaj na szczęście młodzi ludzie bardzo często zmieniają sobie studia w dowolny sposób, robią kilka fakultetów, nie jest to problem. W naszych dawniejszych czasach nie było dzielenia studiów. Ja sam zastanawiałem się nad medycyną i nagle pojawił się pomysł z chemią. Studiowałem chemię przez kilka lat i w pewnym momencie, na trzecim roku studiów chemicznych stwierdziłem, że to chyba nie jest do końca to, co chciałbym robić. Muszę przyznać, że sztuka mnie zawsze interesowała. Myślę, że wyniosłem to z domu mamy. Nie było wtedy internetu, za to były informatory dla przyszłych studentów. To była dość gruba książka. Szukając, wpadłem na coś, co się nazywało - konserwacja dzieł sztuki i czytając, zgłębiając ten kierunek, stwierdziłem, że to jest chyba to, co w życiu chciałbym robić.
Te 3 lata na chemii nie były straconym czasem?
- Nie, na pewno nie, chociażby ze względu na to, że dzisiaj konserwacja mimo, że zaliczana jest do sztuk pięknych, czyli poniekąd do plastyki, to w dużej mierze opiera się na naukach podstawowych, na naukach ścisłych. Przez pierwsze lata studenci mają zajęcia z chemii i to dość sporo, są też zajęcia z mikrobiologii po to, aby opanować kwestie dotyczące tego, co się dzieje z zabytkiem, jak się starzeje, wreszcie jakie materiały i jakimi metodami jako konserwatorzy je wprowadzamy, aby zachować zabytek dla potomnych.
No ale studia to nie wszystko. To jest dopiero początek drogi. Czy to zderzenie z rzeczywistością po studiach było bardzo bolesne?
- Nie, właśnie było bardzo miękkie, ze względu na to, że miałem to szczęście, że będąc studentem często uczestniczyłem w wyjazdach i pracach konserwatorskich, które prowadziła wówczas szefowa mojej katedry. Jeździliśmy latem na różnego typu prace w terenie, głównie po kościółkach i właściwie dzięki temu ten zawód poznawałem już będąc studentem. To było rzeczywiście takim ciekawym doświadczeniem i też miałem to szczęście, że na czwartym roku studiów, zostałem zatrudniony jako asystent-stażysta. To było takie miękkie przejście.
Przytrzymanie Pana na uczelni.
- Trochę tak. Próbował mnie przytrzymać ówczesny kierownik zakładu technologii, a ja strasznie lawirowałem, żeby nie powiedzieć uciekałem, ponieważ bardziej interesowała mnie konserwacja. No i udało się, bo po jakimś czasie padła propozycja, od wówczas pani kierownik zakładu konserwacji malarstwa i rzeźby polichromowanej, żebym został właśnie w tym zakładzie.
W którym momencie w ogóle zaświtała myśl, że wybór studiów to był dobry strzał?
- Kiedy byłem na pierwszym albo drugim roku i już wybrałem specjalizację, to wiedziałem, że to jest to, co chciałbym robić.
I tak wszedł Pan cały w konserwację.
- Tak wszedłem, ale czy cały to chyba nie.
Uznaje Pan życie pozazawodowe?
- Ależ oczywiście. Chociaż powiem pani, że to wielkie szczęście, jeżeli można robić to, co się lubi…
I jeszcze za to płacą.
- I jeszcze za to płacą. I tak rzeczywiście jest w tym przypadku. Mogę powiedzieć, że jestem trochę szczęściarzem, bo rzeczywiście robię to, co lubię. Poza tym zawsze uważałem, że konserwacja, ale i sama możliwość obcowania ze sztuką, postrzeganie jej zupełnie w inny sposób jest fantastyczne.
0:00
0:00
Wybierz utwór z treści strony