Na dywaniku?
- Tak. Tam były „fajne” dywaniki, nawet zostawiając na boku nazwiska... Albo powiem, np. pani dyrektor Elżbieta Krzyżanowska, czy pan dyrektor Kazimierz Drozd. Pozwolę sobie tutaj na małą anegdotę. Otóż dyrektorowi Drozdowi zdarzało się na początku nie pamiętać z jakiej instytucji przychodzę i mylił mnie z filharmonią. Nie przeszkadzało mu to jednak w okazywaniu mi dużego zaufania. A przecież byłem wówczas smarkaczem, miałem mleko pod wąsem, więc miał jakby prawo tego zaufania nie mieć. Tę anegdotę proszę traktować zatem wyłącznie jako wyraz sympatii. Tak się dzisiaj zastanawiam i dochodzę do wniosku, że ja na jego miejscu, patrząc na takiego dyrektora opery, pewnie takiego zaufania bym nie miał.
Bo Pan jeszcze nie miał wówczas 30 lat.
- Tak, jak zaczynałem miałem dokładnie 29 lat.
I był Pan najmłodszym dyrektorem opery w Polsce?
- Tak, rzeczywiście byłem najmłodszym dyrektorem teatru operowego w Polsce i to przez wiele, wiele lat. Tutaj muszę wspomnieć dyrektora Kunca ze Szczecina, który niemal równolegle ze mną został dyrektorem tamtejszej opery, ale on miał to „nieszczęście” być o rok ode mnie starszy, w związku z czym ja zawsze byłem tym najmłodszym. Oczywiście nie było to powodem do chluby. Czułem się i często byłem traktowany jak takie właśnie operowe pacholę na mapie dyrektorów krajowych teatrów.
Został Pan dyrektorem, wchodząc wówczas na trochę grząski grunt, bo pamiętamy w jakiej niesławie odchodził pewien dyrektor, który pozwalał sobie używać swojego stanowiska do różnych celów.
- Ja już wówczas pracowałem w operze. Skłamałbym gdybym powiedział, że w tych problemach po uszy nie siedziałem. Obserwowałem je, należałem przecież do kierownictwa artystycznego. Tutaj też musimy wytłumaczyć słuchaczom, że dyrygenci czy asystenci dyrygenta w strukturze teatru operowego należą do kierownictwa artystycznego, nawet jeżeli przychodzą do pracy świeżo po studiach. Często więc uczestniczyłem w rozmowach z zespołami na temat problemów bydgoskiej opery, nawet wówczas, kiedy byłem jeszcze studentem, bo zaczynając pracę przecież jeszcze studiowałem w Akademii Muzycznej w Poznaniu.
A wówczas, kiedy padła ta propozycja „dyrektorowania”, a Pan jeszcze nie miał 30 lat, to czy niektórzy nie śpiewali „Jesteś szalony”?
- Jeżeli pamięć mnie nie zawodzi, to chyba czegoś takiego nie było. Natomiast rzeczywiście ta aura najmłodszego, powiedziałbym prawie studenckiego dyrektora towarzyszyła mi przez długie miesiące, żeby nie powiedzieć lata.
Przypomnijmy, że wówczas jeszcze nie było sceny, na której tak na dobre mogłaby się zadomowić Opera Nova.
- Pracowaliśmy wówczas na ul. Gdańskiej 20, w tak zwanym Domu Sztuki, który dzisiaj jest już budynkiem Akademii Muzycznej. Warunki były specyficzne. Przypomnę, że graliśmy w Teatrze Polskim w takich dziwnych dniach i o dziwnych porach, jak niedziela przed południem, poniedziałek rano i wieczorem oraz we wtorek wieczorem. Wyłącznie takie dni były ustalone w porozumieniu z Teatrem Polskim. A wtedy to Teatr Polski był marką i dyktował warunki. O tę markę opera dopiero walczyła. Wybudowanie gmachu przy ul. Focha zupełnie te proporcje później odmieniło.
Czy Maciej Figas w 1992 roku jako dyrektor, gospodarz teatru operowego był tym samym Maciejem Figasem, co Maciej Figas w 2020 roku?
- No nie…
Czy człowiek z wiekiem łagodnieje, a może przeciwnie?
- Mówimy o dwóch różnych osobach. Na początku rzeczywiście rozpierała mnie energia i potrzeba kształtowania, zmieniania, naprawiania, która towarzyszy – myślę - każdemu kto kończy studia, szczególnie na takim prawie menedżerskim kierunku. Studia dyrygenckie, to też musimy wyjaśnić, kształtują w zasadzie takich kierowników orkiestr. W czasie tych studiów zwraca się uwagę na sposób rozmawiania, na sposób zwracania się do muzyków, rozwiązywania różnych problemów, konfliktów itd. Trudno więc dziwić się, że zaraz po zakończeniu studiów chciałem realizować to, o czym rozprawiałem przez lata ze swoimi mentorami.
0:00
0:00
Wybierz utwór z treści strony