Antek Soyka, Marcin Soyka i Andrzej Tyszko
2026-08-21
Sensacyjne spotkanie gigantów, czyli jazzowy jak nigdy Stanisław Soyka i bezkompromisowy jak zawsze Tomasz Stańko. Album w formie fizycznej zawiera kolekcjonerskie printy portretów obu muzyków autorstwa Andrzeja Tyszko. U schyłku komunizmu w Polsce i niemal całej Europie Środkowo-Wschodniej, w szarej Warszawie na chwilę przed obradami Okrągłego Stołu, Soyka i Stańko nagrywają muzykę wspaniałą, wymagającą i… zapomnianą na blisko czterdzieści lat.
W 1988 r. Stanisław Sojka (który literę „j” w swoim nazwisku oficjalnie zamieni na „y” dopiero za jakiś czas) ma 29 lat, a w dorobku kilka albumów wydanych w Polsce oraz angielskojęzyczną płytę nagraną dla zachodniego koncertu RCA. Jest na fali! W studiach Polskiego Radia nagrywa muzykę, która finalnie złoży się na album „Radioaktywny” (to z niego pochodzi piosenka-emblemat „Absolutnie nic”) i zbiera pomysły, które w przyszłości zmienią się w arcydzieło - płytę „Acoustic”.
Starszy o siedemnaście lat Tomasz Stańko to już artysta o europejskiej, ugruntowanej sławie, w Polsce podziwiany nie tylko przez fanów jazzu, rozchwytywany i… walczący z własnymi demonami, które w fascynujący sposób potrafił zaprząc w służbę muzyki.
Starszy o siedemnaście lat Tomasz Stańko to już artysta o europejskiej, ugruntowanej sławie, w Polsce podziwiany nie tylko przez fanów jazzu, rozchwytywany i… walczący z własnymi demonami, które w fascynujący sposób potrafił zaprząc w służbę muzyki.
„Soyka / Stańko” to dokument dwóch jednodniowych, eksperymentalnych sesji, podczas których trębacz w pełni prezentuje swój kunszt improwizatora, a wokalista udowodnia, jak biegłym i pełnym temperamentu jest pianistą, prawie w ogóle… nie śpiewając.
„...ze Staszkiem Soyką też się znaliśmy od 1982 roku. Właściwie Staszek już był w tym czasie bardzo poważnym muzykiem, a dla mnie to były raczej początki fotografowania muzyków. Ze Staszkiem też bardzo się lubiliśmy i dobrze się nam gadało. Spotykaliśmy się nie tylko na sesjach, aczkolwiek tych sesji było, nie wiem, z 15, ale wiele razy spotykaliśmy się na takim prywatnym polu i spędzaliśmy razem czas. Wpadaliśmy często z Tomkiem Stańko do Staszka. On nas przyjmował bardzo gościnnie i zawsze z wielkim zaproszeniem (...) Czy jestem pogodzony z tym, że nie ma taty? Chyba tak, co nie znaczy że jest w ogóle mi super i już o tym nie myślę. Ja na przykład mam coś takiego, że jestem osobą wierzącą, jestem katolikiem i muszę powiedzieć, nie mogę o tym nie wspomnieć w kontekście takiego pytania, że po prostu to mi pomaga. Miewam smutki różne i mam tę taką pewność, że jeszcze się spotkam z tatą. To mi też bardzo pomaga i na pewno sprawia, że mogę powiedzieć, że jestem pogodzony z tym stanem rzeczy, po prostu to akceptuję...”
Niedziela, 23 sierpnia 2026 o godz. 17:05
Antek Soyka – Ja miałem 4 lata.
Marcin Soyka – Ja miałem minus 3, nie, minus 8?
Antek Soyka – no miałeś minus cztery lata, mój bracie, bo urodziłeś się w 1992 roku.
Z matematyką nie najlepiej u pana Marcina. Pana Andrzeja nie pytam ile miał wtedy lat, chociaż może?
Andrzej Tyszko – Wtedy, w 1988 roku miałem 36 lat.
Pan się przyjaźnił z Tomaszem Stańko?
Andrzej Tyszko – Przyjaźniłem się z Tomkiem Stańko, aczkolwiek ze Staszkiem też byłem dosyć blisko, ale Tomek był dla mnie jak starszy brat. To była dla mnie przyjaźń życia, mogę to powiedzieć śmiało.
Jak wy się odnaleźliście?
Andrzej Tyszko – Zaczynałem fotografować muzyków. Tomek był jednym z moich pierwszych klientów. Potrzebne były zdjęcia do publikacji, czy też na jakiś plakat. Poczuliśmy od razu vibe i bardzo się polubiliśmy. Wspólny język, wspólne zainteresowania, wspólny sposób myślenia, wspólny podobny sposób pracy. Tomek improwizował, ja również w swojej pracy fotograficznej improwizuję, także znaleźliśmy znakomity wspólny język i się bardzo polubiliśmy. To się tak przerodziło w bardzo poważną przyjaźń, która trwała do końca życia Tomka. Ze Staszkiem Soyką też się znaliśmy od 1982 roku. Właściwie Staszek już był w tym czasie bardzo poważnym muzykiem, a dla mnie to były raczej początki fotografowania muzyków. Ze Staszkiem też bardzo się lubiliśmy i dobrze się nam gadało. Spotykaliśmy się nie tylko na sesjach, aczkolwiek tych sesji było, nie wiem, z 15, ale wiele razy spotykaliśmy się na takim prywatnym polu i spędzaliśmy razem czas. Wpadaliśmy często z Tomkiem Stańko do Staszka. On nas przyjmował bardzo gościnnie i zawsze z wielkim zaproszeniem.
Drodzy synowie, czy wy kiedykolwiek rozmawialiście z tatą o tym wybryku? No bo tak można nazwać te dwie sesje nagraniowe.
Marcin Soyka – Ja przede wszystkim to się dowiedziałem o tym nagraniu już po odejściu taty. Nigdy tata nie wspominał wcześniej w rozmowach, albo ja nie pamiętam, żeby wspominał o tym nagraniu.
Marcin - A tymczasem panowie (Soyka i Stańko) mieli plan, żeby zostawić nam niespodzianeczkę na później.
Antek Soyka - Ale też tutaj nie pomylę się mówiąc, że z tatą nie było tak, że myśmy się spotykali i rozmawiali o jego ciekawych dokonaniach i różnych interesujących nagraniach jakich dokonał w czasach zaprzeszłych.
Marcin Soyka – Mówiliśmy na różne tematy takie synowsko-ojcowskie, normalne, prozaiczne, codzienne. I to też chciałbym, żeby gdzieś tam wybrzmiało, że po prostu nie gadaliśmy często o takich rzeczach.
Natomiast to jest wyjątkowa sesja, gdzie słyszymy charakterystyczny fortepian w wykonaniu Stanisława Sojki, bo trzeba przyznać że Stanisław Sojka rozpoznawalnie uderzał w klawisze. Czy to były sesje dogadane, które miały być w przyszłości wydane? A może panowie spotkali się aby poimprowizować?
Antek Soyka - Domyślam się, bo mogę się domyślać tylko, ale wydaje mi się, że przede wszystkim chcieli zarejestrować to w takiej formule trochę muzyki improwizowanej, w akcie jakiegoś po prostu spotkania. Takie granie i improwizacja jest zupełnie innym doświadczeniem, niż wykonywanie muzyki takiej przygotowanej, wykorzystywanej zawczasu i daje zupełnie inny rodzaj jakiejś przyjemności.
Andrzej Tyszko – Zastanawiające jest to, że to nie był taki jeden wybryk, ani nie spotkali się raz przez parę godzin i ponagrywali co mieli. Tylko zrobili pierwszą część, a potem, nie pamiętam, za kilka miesięcy drugą, więc stwierdzili, że to ma pewną wartość i że trzeba dograć jeszcze materiału, żeby tę płytę można było wydać.
Marcin Soyka – No ciekawy jestem dlaczego do tego wydania nie doszło. Musiało im się na pewno fajnie grać.
Antek Soyka - Nie ma wątpliwości, to się czuje.
Ale oni tak często muzycznie się nie spotykali?
Marcin Soyka – Ja nie kojarzę jakichś wielu wspólnych nagrań. Wiem, że na przykład jest koncert, na którym tata zagrał z Nikiem Cave'em i tam też w tym samym koncercie mieli taki duet ze Stańką.
Antek Soyka - Ale też na „Pieśniach Wielkopostnych” jest trąbka Tomasza Stańki. Bardzo lubię tę płytę, chociaż ona jest na bardzo konkretny okres, te pieśni. Spotkali się na pewno kilka razy, ale może nie jakoś bardzo często, bo byli jednak z dwóch troszeczkę …
Marcin Soyka – Chyba nie chcesz powiedzieć, że z dwóch różnych światów?
Antek Soyka – Drogi bracie, przepraszam, chciałem powiedzieć z dwóch innych ścieżek. Tata po prostu śpiewał piosenki, a on (Tomasz Stańko) grał jazz, w którym się właściwie zatracił na całe życie.
Panie Andrzeju, to w ogóle ciekawe postaci do ujęcia fotograficznego, niezwykle interesujące osobowości.
Andrzej Tyszko – Obydwaj panowie byli bardzo malowniczy i bardzo dbali o wygląd, o ubranie. Przychodzili na sesję zawsze przygotowani. My się znaliśmy po prostu bardzo dobrze na prywatnym gruncie i lubiliśmy się, więc te sesje to nie były takie sztywne, że przychodzimy, oni przychodzą i ja tu muszę szybko zrealizować jakieś zdjęcia. Nie, to zazwyczaj trwało parę godzin, było przeplatane różnymi fajnymi rozrywkami, ale jak już dochodziło co do czego, brałem aparat i robiliśmy zdjęcia. Ja nie rzucałem pomysłami, cały czas, taki mam system pracy, że ja cały czas mówię podczas sesji i prowokuję. Wydaję, nie tyle polecenia, ile sugestie i obydwaj Panowie bardzo starali się zrozumieć moje intencje i starali się jak najlepiej oddać to, o co mi chodzi . Z obydwoma pracowało mi się znakomicie.
To takie wyjątkowe czasy. Ten rok 88, to już był czas kiedy Stanisław Sojka miał ugruntowaną pozycję. Chyba już miał podpisany kontrakt z zagraniczną wytwórnią.
Antek Soyka – To już było po płycie RCA , natomiast uważam, że nie miał do końca takiej ugruntowanej pozycji. Myślę, że jeszcze szukał wtedy swojej pozycji, nie wiem. W tym świecie był już na pewno po tym takim wybuchu i po prostu został zauważony w tym świecie jazzu.
Antek Soyka – Ale on też mierzył się z tym wszystkim, z czym się mierzy młody ojciec, bo ja miałem 4 lata, Kuba miał 7 lat. Wtedy jednak dwójka dzieci, pewnie też było czuć w powietrzu te nadchodzące zmiany i ten czas był bardzo specjalny. No oni się po prostu znaleźli w takim specjalnym czasie i odbyli dwie bardzo specjalne sesje.
Antek Soyka, Marcin Soyka i Andrzej Tyszko. Fot. Julita Górska/nadesłane
Czy wy się już pogodziliście z przedwczesnym odejściem taty?
Marcin Soyka – Nie wiem, czy można tak powiedzieć, że się z tym pogodziłem i że okej, taka jest kolej rzeczy, że ludzie przychodzą i odchodzą. No ale czy jest mi z tym lekko. Czy nie zdarza mi się jakoś zapłakać? Nie powiem, że nie, nadal to jest coś, co jest świeże.
Antek Soyka – Myślę co można odpowiedzieć na takie pytanie... Czy jestem pogodzony z tym, że nie ma taty? Chyba tak, co nie znaczy że jest w ogóle mi super i już o tym nie myślę. Ja na przykład mam coś takiego, że jestem osobą wierzącą, jestem katolikiem i muszę powiedzieć, nie mogę o tym nie wspomnieć w kontekście takiego pytania, że po prostu to mi pomaga. Miewam smutki różne i mam tę taką pewność, że jeszcze się spotkam z tatą. To mi też bardzo pomaga i na pewno sprawia, że mogę powiedzieć, że jestem pogodzony z tym stanem rzeczy, po prostu to akceptuję.
„Zwierzenia przy muzyce”
zaprasza Magda Jasińska