Niedziela, 16 czerwca 2019 r.   Imieniny: Aliny, Benona, Anety / Rozgłośnia bydgoska nadała pierwszą audycję stereofoniczną (1973)
Polskie Radio PiK » Rozmowa dnia

Rozmowa dnia

prof. Janusz Golinowski

prof. Janusz Golinowski./fot. PR PiK/archiwum
prof. Janusz Golinowski./fot. PR PiK/archiwum
Gościem Rozmowy dnia był profesor Janusz Golinowski z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Komentator odpowiadał na pytania dotyczące nowej inicjatywy samorządowców związanych z opozycją. Czy możliwy jest start prezydentów miast i marszałków do Senatu? Czy wyższa izba parlamentu może zamienić się w Izbę Samorządową?

Marcin Kupczyk: Samorządowcy na spotkaniu w Gdańsku wysunęli 21 postulatów - m.in. likwidacji urzędów wojewódzkich, decentralizacji funduszy unijnych czy samodzielności w ustalaniu podatków, a także przekształcenia Senatu w Izbę Samorządową? Czy to możliwe?

prof. Janusz Golinowski: Jak każda propozycja godna jest by ją przeanalizować. Jeśli by wziąć wszystkie elementy, które padają w tych postulatach, to można założyć, że te propozycje nie są traktowane poważnie. Już na starcie należałoby zmienić Konstytucję. Patrząc na obecne stosunki: rządzący - opozycja, jest to raczej niemożliwe. Nie wiem czy akurat w Polsce, która nie ma tradycji landyzacji, regionalizacji, byłoby to potrzebne. To idzie naprzeciw temu co deklarują i rządzący, i opozycja, idee równoważnego rozwoju zostają zaniechane. Regiony byłyby bardzo zróżnicowane. Jedne byłyby silne, inne słabe. W pewnym momencie pojawiła się też mowa o podatku katastralnym czyli wyciąganiu jeszcze większych pieniędzy od obywateli - to by jeszcze bardziej powiększyło różnice między poszczególnymi regionami. Jeśli mówimy o decentralizacji, musimy pamiętać też o kosztach. Te koszty są, moim zdaniem, duże. Jeśli przyjąć perspektywę biznesową, zwykle jest tak, że mamy do czynienia z rozwojem firmy, w której następują tego typu procesy decentralizacji, w przypadku gdy pojawia się kryzys, a tego nie możemy wykluczyć, to dochodzi wtedy do zjawiska recentralizacji, czyli ponownego centralizowania. To nieprzypadkowa analogia, bo chcę pokazać, że ta propozycja, gdyby ją traktować literalnie, jest bardziej potraktowana względami wyborczymi czyli chęcią przełamania impasu, który panuje dziś po stronie opozycyjnej.

Wśród propozycji jest też decentralizacja rozdziału funduszy unijnych. Może chodzi o to, że „na dole” wiedzą jak lepiej zarządzać tymi pieniędzmi?

To jest pewien mit, który jest bardzo skutecznie podtrzymywany, natomiast pamiętamy, że powstawały lotniska, moim zdaniem, niepotrzebne, np. w Gdyni. Myślę, że wtedy lokalne przedstawicielstwo władzy, jest w stanie coś zostawić po sobie, w związku z tym działa mechanizm oligarchizacyjny, budowania oligarchicznych wpływów i w tym kontekście, to zupełnie odstaje od idei zrównoważonego rozwoju, a myślę, że tego w Polsce nam najbardziej potrzeba. Jest to też działanie, które może oznaczać wydatkowanie potrzebnych środków, na niepotrzebne inwestycje.

Cytat z prasy: „Siła, której PiS może się obawiać. Samorządowcy zapowiadają odbicie Senatu z rąk PiS”. To ma być tak, że prezydenci miast, mający silny mandat, znani marszałkowie mieliby duże szanse w wyborach, tym bardziej, że do Senatu są wybory jednomandatowe?

To niewątpliwie jest jakiś zamysł dotyczący poszukiwania przeciwwagi dla PiS. Ja powtarzam, że kiedyś przestanie istnieć PiS, kiedyś przestanie istnieć PO, natomiast zostanie Polska. Jeśli eksperymentuje się tak głęboko, z myślą o tym doraźnym celu: „musimy przejąć władzę” to jest to niepoważne, zwłaszcza względem obywateli, ponieważ tak głębokie reformy wiążą się z bardzo istotnymi zagrożeniami. Świat, Europa, Polska znajduje się w takim okresie dość mocnych turbulencji, dostrzegamy w Europie ruchy populistyczne, skrajnie prawicowe, to elementy ruchów odśrodkowych. Ja bym spodziewał się działań, które będą jeszcze bardziej rozpraszać Polskę, która jest krajem unitarnym, która nie ma problemu z mniejszościami, te problemy zostałyby wytworzone na siłę. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - prof. Janusz Golinowski

Eugeniusz Kłopotek

Eugeniusz Kłopotek
Eugeniusz Kłopotek
PR PiK - Rozmowa Dnia - Eugeniusz Kłopotek
Czy budowa Koalicji Polskiej to pomysł Polskiego Stronnictwa Ludowego na odzyskanie elektoratu po nieudanym eksperymencie Koalicji Europejskiej, czy może próba rozliczeń wewnątrzpartyjnych? Między innymi o tym rozmawialiśmy z posłem Eugeniuszem Kłopotkiem z PSL.

Michał Jędryka: „Ludowcy lubią swoje spory rozstrzygać po cichu” - tak zaczyna się jeden z artykułów, opisujących sytuację partii. To prawda?
Eugeniusz Kłopotek: Tak bywało do tej pory, ale po ostatnim wystąpieniu Pawlaka i po wypowiedziach Marka Sawickiego wygląda to trochę inaczej.

Wystąpienie premiera Waldemara Pawlaka było mocno krytyczne wobec Władysława Kosieniaka-Kamysza.
- Rozumiem treść tego wystąpienia - prezes Pawlak chciał obudzić sumienia ludowców, dotrzeć ze swoim przekazem do szerokiej rzeszy, bo przecież nie wszystko, co odbywa się na gremiach statutowych - jak rada naczelna, dociera do członków na samym dole. Zgadzam się w dużej części z treścią tej wypowiedzi, natomiast forma była raczej zaskakująca i chyba niezbyt szczęśliwa.

Proszę przypomnieć Słuchaczom o co chodziło.
- Były użyte mocne słowa, ale generalnie chodziło o to, do czego również się skłaniam - że popełniliśmy błąd wchodząc do Koalicji Europejskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Powinniśmy iść sami jako komitet wyborczy Polskiego Stronnictwa Ludowego. Przynajmniej wiedzielibyśmy po 26 maja, na czym stoimy.
Dzisiaj jesteśmy w dużo trudniejszej sytuacji, nic właściwie nie wiemy - czy mamy jeszcze potencjał wyborczy, czy też go nie mamy? Czy pójść dalej samodzielnie czy nie? Słyszę w tej chwili, że wahadełko zaczyna się z lewej strony trochę podnosić do góry - pytanie, czy przejdzie na prawą stronę? Jeśli chodzi o naszych szeregowych członków PSL - na pewno tutaj w woj. kujawsko-pomorskim, zdecydowana większość chce, żebyśmy dalej szli jako komitet wyborczy Polskiego Stronnictwa Ludowego. Decyzja najprawdopodobniej będzie podjęta 29 czerwca, bo wówczas planowane jest posiedzenie rady naczelnej.

Za tym błędem - jak Pan określił - głosowało 86 radnych rady naczelnej, przeciwko było 8.
- Przegraliśmy z kretesem - przegrał Pawlak, Sawicki, Kłopotek, Sosnowski, bo my akurat głosowaliśmy, żeby pójść samodzielnie. Trudno - stało się. Dzisiaj kodeks wyborczy dopuszcza trzy warianty startu, natomiast tak naprawdę w grę wchodzą dwa - albo klasyczny komitet wyborczy PSL, albo koalicja partii politycznych. Oczywiście ten dopisek - Koalicja Polska - może być na naszych plakatach, ulotkach itd., ale na pismach, obwieszczeniach urzędowych, kartach do głosowania może być tylko komitet wyborczy PSL.
Czym będzie koalicja partii politycznych? Tego nie wiem, natomiast trzeci wariant jest nie do przyjęcia. To jest komitet wyborczy wyborców i wtedy możemy startować oczywiście pod własnym nazwiskiem, ale bez szyldów partyjnych i bez szans na zwrot części wydatków, związanych z kampanią wyborczą i ewentualnie z uzyskanymi mandatami z budżetu państwa.

Czym ma być Koalicja Polska?
- Tak, jak cały czas się o tym mówi i co podkreślają liderzy - to jest takie centrum chadeckie. Czy jesteśmy w stanie poszerzyć ten krąg zainteresowań i wyjść poza Polskie Stronnictwo Ludowe? Są osoby fizyczne, kojarzone z różnymi ugrupowaniami politycznymi, które są skłonne przystąpić do nas. Miłym zaskoczeniem jest dla nas na przykład syn pana Mazowieckiego, który wstąpił do naszego klubu mimo, że kandydował poprzednio z listy Platformy Obywatelskiej. Czy uda się jeszcze inne osoby nakłonić, chociażby pana Zdrojewskiego? Trudno mi dzisiaj powiedzieć, ale trzon list wyborczych będą stanowić członkowie Polskiego Stronnictwa Ludowego. (...)

Marek Ciesielski

Marek Ciesielski/fot. Tomasz Kaźmierski
Marek Ciesielski/fot. Tomasz Kaźmierski
PR PiK - Rozmowa Dnia - Marek Ciesielski
Bydgoszcz zaliczana jest do najbardziej zakorkowanych miast w Polsce i to wówczas, gdy nie ma remontów. Tymczasem trwają duże inwestycje drogowe. Jak zatem jeździ się po bydgoskich ulicach? Gdzie i jak można usprawnić ruch? Rozmowa Dnia z taksówkarzem Markiem Ciesielskim.

Robert Erdmann: Spóźnił się Pan.
Marek Ciesielski: Jak się w Bydgoszczy nie spóźnić, skoro tyle inwestycji i takie korki?

A skąd Pan jechał?
- Z Fordonu, z panią doktor z wojskowego szpitala. Trwało to prawie godzinę. Ze szpitala do radia jechałem 20 minut. Cała ul. Powstańców Warszawy w stronę Gdańska jest zakorkowana. Sama Gdańska już pusta - gdyby nie to, że były światła, to bym pewnie te 4 minuty spóźnienia nadrobił.

Według raportu TomTom Traffic Index Bydgoszcz znalazła się w pierwszej piątce najbardziej zakorkowanych miast w Polsce, jeszcze bez tych wszystkich modernizacji i remontów. Brakuje dróg czy sprawnej komunikacji, która odciążyłaby ruch na naszych ulicach?
- Ja myślę, że jedno i drugie. Jeśli chodzi o drogi, to mamy opóźnienie 20-letnie. Kiedyś byłem członkiem komisji gospodarki komunalnej w Radzie Miasta - to był rok 2000, zabierałem głos z ramienia taksówkarzy. Wtedy budowano ul. Kamienną - starano się to robić jak najszybciej.
Dziś wszystko utknęło - brakuje drugiej części mostu, łączącego ul. Fordońską z Toruńską, jest tylko zwężenie Planu 6-letniego w dół. To tylko jeden pas i ogromne korki.
Gdy do tego dodamy nowe inwestycje, które - gdyby już wtedy były rozpoczęte, dzisiaj byśmy tych kłopotów nie mieli - to mamy zakorkowane miasto.

Czy inwestycje, które w tej chwili są realizowane wyprzedzą potrzeby właścicieli samochodów w Bydgoszczy?
- Myślę, że one są „na wczoraj". Na ulicę Glinki i wiadukt czekamy z rocznym opóźnieniem (...).

Czego brakuje w Bydgoszczy, jeśli chodzi o rozwiązania komunikacyjne?

- Mieszkam za Bydgoszczą i widzę, że do miasta jadą samochody osobowe, w których jest tylko kierowca, a pracuje też jego żona, uczą się dzieci i każdy jedzie swoim samochodem. Z 20 lat temu byłem dłużej w Holandii i tam sąsiedzi się umawiali na wspólną jazdę do centrum Amsterdamu czy innego miasteczka, gdzie pracowali. Do miasta jechały pełne samochody. W tym więc też widzę problem - dużo lepiej byłoby u nas, gdyby nie każdy „chwalił się” swoim samochodem, bo korkujemy Bydgoszcz. (...)

Sześciu pianistów zagra razem w Filharmonii

Adam Kośmieja, Mariusz Klimsiak, Radosław Kurek, Michał Szymanowski, Paweł Wakarecy i Bartłomiej Wezner. Fot. Magda Jasińska
Adam Kośmieja, Mariusz Klimsiak, Radosław Kurek, Michał Szymanowski, Paweł Wakarecy i Bartłomiej Wezner. Fot. Magda Jasińska
Sześć fortepianów, sześciu artystów. To będzie wydarzenie!
To będzie wydarzenie bez precedensu - wyjątkowy koncert w Filharmonii Pomorskiej na sześć fortepianów i orkiestrę kameralną Capella Bydgostiensis. Na fortepianach zagrają pianiści, związani z Akademią Muzyczną w Bydgoszczy: Adam Kośmieja, Mariusz Klimsiak, Radosław Kurek, Michał Szymanowski, Paweł Wakarecy i Bartłomiej Wezner. Po raz pierwszy na estradzie Filharmonii Pomorskiej pojawi się aż sześciu pianistów jednocześnie w utworze (z 1973 roku) amerykańskiego kompozytora, jednego z pionierów minimalizmu w muzyce - Steve’a Reicha, dwukrotnego zdobywcy prestiżowej nagrody Grammy. O idei tego wyjątkowego przedsięwzięcia opowiadali sami wykonawcy.


Magda Jasińska : Dzisiaj wyjątkowa rozmowa dnia, takie jeszcze rozmowy nie było, aż sześciu gości w studiu Polskiego Radia PiK, i nie będziemy rozmawiać o polityce, a o kulturze. Już jutro (12.06.)w Filharmonii Pomorskiej wyjątkowy koncert: 6 fortepianów naraz na jednej estradzie. W studio gościmy Adama Kośmieję, Mariusza Klimczaka, Radosława Kurka, Michała Szymanowskiego, Pawła Wakarecego i Bartłomieja Weznera. Skąd pomysł, żeby zgromadzić 6 fortepianów na jednej estradzie?

Adama Kośmieja : Pomysł pojawił się w trakcie zakupu nowych instrumentów do Filharmonii Pomorskiej. Był czas, że w zapadni, w filharmonii, stało 6 koncertowych instrumentów. Od razu przyszedł mi do głowy mi utwór Steve'a Reich'a na sześć instrumentów, oczywiście pomyślałem o naszej ekipie. Zaproponowałem dyrektorowi Cezaremu Nelkowskiemu zorganizowanie takiego koncertu, mówiąc, że to jest świetna okazja, być może jedyna, bo nie wiadomo, jak długo to fortepiany w jednym miejscu będą. Dyrektor równie entuzjastycznie podszedł do tego pomysłu. Zaczęliśmy rozmawiać o programie. Gramy ten koncert.

Czy pozostali panowie także podeszli do tego projektu z entuzjazmem?

Paweł Wakarecy : Unisono - można powiedzieć, czyli jednym głosem. Ogromną frajdę sprawia nam wspólne muzykowanie na estradzie, a jednocześnie potraktowaliśmy ten projekt w kategoriach pewnego wyzwania. Utwór „Six piano's” jest bardzo wymagający, szczególnie w kategoriach, z których na co dzień nie korzystamy jako pianiści, jako kameraliści.

Michał Szymanowski: Rzeczywiście, jest w tym utworze wiele elementów, o których na początku wcale nie myśleliśmy. Dla słuchaczy są być może niezauważalne. Każdy z nas ma swoją osobowość, swoją technikę artykulacji. Staramy się, nie rezygnując naszej osobowości, wykreować wspólną interpretację, wspólny dźwięk. Mamy różne instrumenty, a jednak staramy się dźwięk unifikować. Głośność, artykulacja, kwestia. Tych kluczowych zagadnień jest mnóstwo. W czasie pracy nad kompozycją Steve'a Reich'a pojawiły się takie kwestie, nad którymi na co dzień nie myślimy, ponieważ nie pracowaliśmy w szóstkę. Zatem to wielkie wyzwanie, frajda, ale i technicznie trudność, którą musimy pokonać. Nad tym pracujemy od kilku dni intensywnie.

Ten koncert będzie z wielu powodów wydarzeniem bez precedensu...

Mariusz Klimsiak: Muszę przyznać, że wcześniej nie znałem tego utworu. Dopiero, gdy usiedliśmy razem do fortepianów, zaczęła z tej partytury płynąć jakaś muzyka, muzyka, która wręcz wprowadza w trans, co myślę, że będzie bardzo ciekawym doświadczeniem dla słuchaczy, a dla nas rzeczywiście nie jest łatwe ten stan osiągnąć. Szczególnie istotna jest konieczność utrzymania niezwykłej koncentracji na bardzo długim odcinku. Jeżeli ktoś gra na fortepianie to wie, że zagranie dwóch dźwięków razem, przez dwóch pianistów, jest skrajnie trudnym zadaniem, wręcz można powiedzieć, że niemożliwe fizycznie. A tutaj jest aż sześć fortepianów. Chodzi o to, żeby być na tyle razem, żeby odczuć to wspólne narastanie dźwięków i taką niesamowitą motorykę, która z tej wspólnoty wynika. Niesamowite doświadczenie. Sam jestem ciekaw, jak to wyjdzie na koncercie. (...)

Paweł Machalski

Paweł Machalski. Fot. Archiwum
Paweł Machalski. Fot. Archiwum
Na polskiej scenie politycznej trwają powyborcze przegrupowania. Platforma
Obywatelska łączy się z Nowoczesną. PSL tworzy chadecję, a Kukiz rozmawia
zarówno z Konfederacją jak i z PSL. O tym wszystkim rozmawialiśmy z
politologiem, dr. Pawłem Machalskim.

Michał Jędryka: Do budowy wspólnego, jak najszerszego, demokratycznego bloku na wybory parlamentarne wezwały w sobotę Rady Krajowe Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej. Czy taki blok będzie jakąś nową jakością, czy to raczej będzie powtórka tego co było?

Paweł Machalski: To nic nowego. Platforma Obywatelska od przegranych wyborów z 25 października 2015 roku tworzy coraz to kolejne bloki, Koalicje Obywatelskie, Europejskie i nie ma w tym nic dziwnego, bo przecież po drugiej stronie też mamy swoistą koalicję Zjednoczonej Prawicy trzech partii: Prawa i Sprawiedliwości, partii Porozumienie Jarosława Gowina oraz Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobro. Chodzi tylko o to, że, o ile po prawej stronie, te trzy ugrupowania różnią się czasami, ale co do idei, co do tego głównego nurtu światopoglądowego, nurtu poglądu na państwo są blisko siebie. Natomiast Platforma Obywatelska często szuka sprzymierzeńców po drugiej stronie barykady, mimo że ma rodowód partii postsolidarnościowej - dziś nie widzi nic złego w sojuszu z postkomunistami, z partią Zielonych, która zawsze miała lewicowe, liberalne tendencje. Z Polskim Stronnictwem Ludowym Platforma jakoś porozumiewała się przez 8 lat i choć ta akurat linia porozumienia wydaje się najbardziej naturalna, to ona najszybciej nie zdała egzaminu.

Czy jeszcze istnieje skrzydło konserwatywne w Platformie?

Ta partia od swojego początku w 2001 roku stopniowo dryfuje w stronę, najpierw centrum, później w lewą stronę, taką liberalną. Z konserwatywnych poglądów w Platformie znany był zawsze Marek Biernacki, były minister spraw wewnętrznych. Paradoksalnie u nas w województwie Platforma Obywatelska jest bardziej konserwatywna, niż w ujęciu ogólnopolskim, bo ona jest często okazywana twarzą marszałka Piotra Całbeckiego, któremu nie można odmówić poglądów bliskich z nauczaniem Kościoła Katolickiego. To wyraziło się chociażby w determinacji w nadaniu patronatu Świętego Jana Pawła II nad naszym regionem. Jednak to są naprawdę wyjątki, które w skali ogólnopolskiej można policzyć na palcach jednej, no może dwóch rąk.

Czy program, który Platforma przedstawiła na początku czerwca może być atrakcyjny, może być przełomem? Mam na myśli regionalizację i dużą autonomię regionów.

Jeśli chodzi o regionalizację to nie jest to możliwe. W Konstytucji z 2 kwietnia 1997 roku, czytamy w trzecim artykule bardzo wyraźnie, że: Rzeczpospolita Polska jest państwem jednolitym czyli unitarnym, a pewne poglądy wyrażone w tych nowych elementach programowych nawiązują do zupełnie przeciwstawnego modelu urządzenia terytorialnego państwa, do modelu federalnego, tak jak Republika Federalna Niemiec, Federacja Rosyjska, Stany Zjednoczone, Belgia czy Austria - to są państwa federalne, ale one mają to umocowane w konstytucjach, mają długą czy nawet nie taką długą tradycję federalizmu jak Belgia, ale musi to być w konstytucji. To nie jest tak, że pod wpływem sondaży wyborczych i spojrzenia na mapę można to zmienić. Przypominam, Polska jest państwem unitarnym, z zapisaną wyraźną rolą wojewodów czyli przedstawicieli rządu. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Paweł Machalski

Radosław Sikorski

Radosław Sikorski. Fot. Archiwum
Radosław Sikorski. Fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Radosław Sikorski
Gościem Polskiego Radia PiK był Radosław Sikorski, który w Eurowyborach uzyskał półtora tygodnia temu najlepszy wynik w województwie kujawsko-pomorskim i zdobył mandat do Europarlamentu.

Michał Jędryka: Otrzymał Pan prawie 130 tys. głosów. Jak Pan sądzi, co się złożyło na ten sukces?
Radosław Sikorski: Chciałbym podziękować wszystkim wyborcom - wszystkim mieszkańcom - przede wszystkim za setki rozmów, które odbyliśmy. Zapewniam, że wiele z nich mnie zainspirowało - używam Państwa argumentów w rozmowach z politykami w kraju i za granicą. To był naprawdę bardzo intensywny czas, który sobie bardzo cenię. Dziękuję i za krytykę, i za słowa otuchy, zachęty, oczywiście także za wynik.
Dodam, że wynik w naszym województwie jest optycznie gorszy, bo jesteśmy najmniejszym okręgiem wyborczym. 129 tys. głosów u nas to dwa razy tyle gdzie indziej - nie mówię tylko o moim wyniku, ale także wszystkich konkurentów. To nie jest porównywalne w liczbach absolutnych. Uważam, że nasza ordynacja do Parlamentu Europejskiego jest najdziwniejsza w Europie i powinniśmy ją zmienić.

Chciałbym odwołać się do Pańskiej biografii, która jakoś wpływa na wynik wyborów. Radosław Sikorski jako korespondent wojenny z Afganistanu, wiceminister obrony w rządzie Jana Olszewskiego, minister obrony w rządzie Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, minister spraw zagranicznych w rządzie Donalda Tuska i wreszcie - marszałek Sejmu. Która z tych ról jest dziś Panu najbliższa?
- Myślę, że jest coś takiego jak zbiorowa mądrość narodu. Ludzie czują, kto jest w czym dobry. Mamy utalentowanych polityków w naszym regionie, którzy są świetni w innych sprawach, ale jeśli chodzi o sprawy europejskie, zagraniczne, skuteczne reprezentowanie kraju na zewnątrz, to ludzie czują, że siedmioletni minister spraw zagranicznych jest po prostu bardziej skrojony do tej roli. Tak też odbieram mój sukces.

Kiedyś był Pan znany z tego, że przy wjeździe do Pańskiej posiadłości był napis „strefa zdekomunizowana”. Jest nadal?
- Nie, chociaż rzeczywiście pod tą tabliczką się fotografowały wycieczki. To był żarcik z 1993 roku - wtedy, gdy SLD wygrało. Polska się zmieniła od tego czasu, ludzie SLD się zmienili. Dziś ludzie lewicy są bardziej proeuropejscy niż niektórzy koledzy z prawicy, nad czym bardzo boleję. Widzieliśmy nawet podczas jednej z debat przed Eurowyborami w Polskim Radiu PiK, że twarda, nacjonalistyczna prawica jest dziś antyeuropejska. Jako były minister spraw zagranicznych uważam, że nasze członkostwo w UE jest żywotnym, polskim interesem narodowym. Po 25 latach żyjemy w innej Polsce i Europie.

I to jest powód, dla którego Koalicja Europejska wraz z SLD szła do wyborów. Pan był na liście razem z Januszem Zemke.
- Janusz Zemke ma zasługi dla naszego regionu – przypomnę, że mamy jedyną w Polsce instytucję NATO – JFTC. Ja mu tej zasługi nie odbieram.
Mam nadzieję, że jeszcze w wojsku ktoś pamięta, że to moją decyzją w Bydgoszczy powstał Inspektorat Wsparcia, z którego zarządzamy całą logistyką Wojska Polskiego i olbrzymim budżetem, a także że to ja uratowałem nasze Muzeum Wojsk Lądowych. Zemke jednak też ma zasługi i te 50 tys. głosów, które otrzymał jest tego odzwierciedleniem. (...)

Radosław Sajna

Radosław Sajna
Radosław Sajna
Rozmowa dnia - prof. Radosław Sajna
Gościem Rozmowy Dnia był prof. Radosław Sajna z UKW. Pytaliśmy o ocenę wydarzeń wokół odwołania pierwszego niekomunistycznego rządu premiera Jana Olszewskiego w czerwcu 1992 roku. Czy ten gabinet miał szanse na przetrwanie? Dlaczego siły polityczne doprowadziły do skrócenia kadencji po niecałym roku funkcjonowania?


Marcin Kupczyk : Kilka dni temu świętowaliśmy datę 4 czerwca, czyli 30-lecie częściowo wolnych wyborów do sejmu i wolnych do senatu, tymczasem 4 czerwca to jeszcze inna data, o której dziś właśnie będziemy mówić, mianowicie 4 czerwca 1992 roku, czyli 3 lata później, obalenie rządu Jana Olszewskiego, który przetrwał zaledwie około siedmiu miesięcy. Przypomnijmy naszym słuchaczom. To była jesień 1991 roku. Odbyły się pierwsze po wojnie, w pełni wolne wybory parlamentarne do sejmu i do senatu. (...) Prezydent Lech Wałęsa, po długich rozmowach, desygnował Jana Olszewskiego na premiera. Powołał go 6 grudnia, długo trwały próby zbudowania trwałej koalicji. Jan Olszewski był zniechęcony, ale w końcu przyjął poparcie. Przypomnijmy, że w ówczesnym sejmie były 24 ugrupowania, a każde z nich miało powyżej 10 posłów. W takiej rozdrobnionej sytuacji musiał działać Jan Olszewski. Jego rząd miał poparcie 114 głosów w sejmie, co uznano za pierwszą przyczynę jego upadku. Rząd Jana Olszewskiego zmienił koncepcję prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Niektórzy z nas doskonale jeszcze pamiętają, jak wówczas działały przedsiębiorstwa, to z kolei spowodowało konflikt z liberałami - to mamy drugi punkt zapalny. Następnie marzec 1992 - Lech Wałęsa wysuwa konsultowane z rządem propozycje utworzenia takich tworów jak NATO-bis, EWG Bis, niektóre kolidowały z euroatlantyckim kursem gabinetu Olszewskiego. Mało tego, w maju 1992 roku, premier Jan Olszewski sprzeciwia się podpisanie klauzuli polsko-rosyjskiego traktatu, który zakładał, że bazy opuszczony przez wojska rosyjskie trafią do polsko-rosyjskich spółek. Już tylko po tym krótkim przeglądzie widać, że rząd Jana Olszewskiego nie miał wielkich szans na przetrwanie.

No nie miał wielkich szans na przetrwanie, bo chciał najwyraźniej uderzyć w pewne układy, które były zbyt silne wtedy jeszcze, żeby można było je tknąć. I co ciekawe, dzisiejsze życie polityczne w Polsce sięga do tamtych czasów. Dzisiejsze debaty są na różne tematy, ale tak naprawdę, tamte wydarzenia są jakby początkiem konfliktu, który do dzisiaj trwa. Proszę zobaczyć - media, głównie te, które są bliższe rządowi, często przypominają tamto wydarzenie, obalenie rządu premiera Olszewskiego i traktują je jako właśnie taki punkt zapalny, tło konfliktu, który do dzisiaj trwa.

No i rzeczy czwarta, bodaj najważniejsza, sprawa teczek. Przypomnijmy, że sejm, na wniosek Korwin-Mikkego, przy bojkocie głosowania przez Unię Demokratyczną i Kongres Liberalno-Demokratyczny, przyjął uchwałę zobowiązującą Ministra Spraw Wewnętrznych do podania informacji na temat urzędników, od wojewody wzwyż, senatorów, posłów oraz innych, będących współpracownikami UB i SB w latach 1945-1990. Jan Rokita, przedstawiciel Unii Demokratycznej w odpowiedzi na to złożył wniosek o wotum nieufności dla rządu Jana Olszewskiego. Gabinet został odwołany przez sejm w słynnym nocnym posiedzeniu, w głosowaniu z 4 na 5 czerwca 1992 roku. Ta noc została nazwana później „nocą teczek” , czy też „nocną zmianą”.

No właśnie, jest nierozwiązany problem lustracji, który do dzisiaj powoduje podziały polityczne. Proszę zauważyć ciekawą rzecz: osoby które, najmocniej forsował lustrację, czyli Antoni Macierewicz, Janusz Korwin - Mikke przez te lata dorobili się etykietek największych, w cudzysłowie, „świrów politycznych” w Polsce. Ktoś musiał o to zadbać, o stworzenie takich etykiet dla konkretnych osób. Wykorzystując kanały komunikacji politycznej, poprzez środowiska kontrolujące przez lata przekaz medialny w Polsce. Duża część mediów była pod wpływem tych środowisk, w których interesie nie było ujawnianie nazwisk osób współpracujących z bezpieką. Oczywiście, ci politycy, niektórymi swoimi wypowiedziami nieco pomogli w sformułowaniu takiej łatki...To bardzo ciekawy temat.

W nocy z 4 na 5 czerwca 1992 roku, obalono pierwszy autentycznie wybrany po wolnych wyborach do parlamentu rząd polski, przypomina profesor Jan żaryn. Ta próba oczyszczenia struktur państwa polskiego z układów postkomunistycznych, oczyszczenia życia gospodarczego z tych ludzi, którzy znajdowali się w zupełnie innych uzależnieniach, niż demokratyczny werdykt społeczeństwa polskiego, ta próba nie powiodła się, podkreśla historyk

No właśnie, można powiedzieć, że w Polsce tej lustracji całkowitej i uczciwej i nie było. Pytanie: czy lustracja jest w interesie Polski czy nie. Mamy podział: prawicowe partie są za ujawnieniem pełnym, czy prawie pełnym, prawie stuprocentowym, bo też były pewne opory, co do ujawniania kwestii prywatnych, a są partie, które mają jeszcze pewne korzenie w tamtym systemie, i uważają, tak jak Adam Michnik postulował zresztą na początku transformacji, żeby odgrodzić tamten czas grubą kreską, i nie wnikać już w te dawniejsze sprawy. Kto ma rację, to już każdy Polak może sam sobie odpowiedzieć i wyrazić w ten sposób poparcie dla tej, lub dla innej partii.

Chwalimy się, że to my byliśmy pierwsi, a inne kraje tak zwanej demokracji ludowej, ruszyły za nami dopiero po tym, co działo się u nas wspaniałego, a tak trzeba określić bezkrwawe obalenie komunizmu. Po tym zdarzeniu runął Mur Berliński, tymczasem pierwsze wolne wybory parlamentarne po upadku komunizmu to: Węgry, Rumunia Czechosłowacja, Bułgaria i 1990 rok. Polska dopiero październik 1991 rok. Coś więc nas zatrzymało, inni nas wyprzedzili...

Widać, że transformacja w Polsce, ten początkowy jej okres, to był bardzo trudny czas. Pierwsze wybory były u nas dość późno, więc Polska z jednej strony niby jest liderem tych przemian, jest pionierem, ale też jednak tej lustracji w Polsce nie było, w innych krajach, nie we wszystkich, ale w niektórych z tych krajów wymienionych przez pana, lustracja przebiegła uczciwie. W Polsce... tak częściowo.

Nie za bardzo...Tytuł w jednej z gazet w dzień po obaleniu rządu Jana Olszewskiego: „Olszewski odchodzi, agenci zostają”. Kilka godzin przed swoim odwołaniem Jan Olszewski wystąpił w telewizji i mówił tak: „Naród powinien wiedzieć, że nieprzypadkowo, właśnie w tej chwili, kiedy możemy się oderwać ostatecznie od komunistycznych powiązań, stawia się nagły wniosek o odwołanie rządu.” A tuż przed głosowaniem z mównicy sejmowej, tej słynnej nocy, mówił tak: „Mam nadzieję, że kiedy stąd wyjdę, będę mógł spojrzeć ludziom na ulicy w oczy. I po tym głosowaniu tego samego życzę paniom posłankom i panom posłom”.

Ludziom na ulicy spojrzeć w oczy...Tak, ale po tych ulicach chodzą ludzie, którzy mają różny stosunek do tych wydarzeń, i różnie też ich losy się toczyły w tej poprzedniej epoce. Różnie więc z tym patrzeniem ludziom w oczy jest, jest to pojęcie dość względne. Przypomniała mi się wypowiedź znanego muzyka polskiego Kazika Staszewskiego, który mówił, że przeraża go najbardziej to, że na liście 100 najbogatszych Polaków jest wielu agentów, większość to byli agenci. Muzyk mówił to kilka lat temu, pewnie ta lista już się trochę zdezaktualizowała, ale to też pokazuje, że dawniej agenci przejęli wiele biznesów w Polsce w epoce transformacji.

Pewnie wielu z nas nie zdaje sobie sprawy, ile straciliśmy przez niedokończenie pewnych spraw. Na koniec lista Macierewicza: obejmowała 66 nazwisk polityków z każdej niemal partii. Nie było na niej nazwisk z Porozumienia Centrum. Dwa lata później ukazała się tzw. lista Milczanowskiego. Za wyjątkiem trzech przypadków, zawierała wszystkie nazwiska z listy Macierewicza, za którą obalono rząd Olszewskiego.

Później podobną listę opublikował Bronisław Wildstein, ona też wywołała podobną dyskusję. Niektórzy na liście znaleźli się przypadkowo, inni z powodów oczywistych, byli na niej także ludzie ze świata nauki, w którym pracuje od lat, znalazły się tam nazwiska znane z mojego środowiska...

Na oczyszczenie pewnych spraw będziemy musieli jeszcze długo czekać, chyba, że nigdy tego nie doczekamy...

Pewne sprawy w Polsce przegniły i stały się podstawą konfliktu politycznego. Tematy debat są różne, ale fundament sporów jest ten sam, jest nim właśnie ta nierozliczona przeszłość, trudny początek transformacji ustrojowej...

Jakub Mikołajczak

Jakub Mikołajczak Fot. www.facebook.com/jakub.mikolajczak.bydgoszcz
Jakub Mikołajczak Fot. www.facebook.com/jakub.mikolajczak.bydgoszcz
Wybór członków Rady do spraw Równego Traktowania stał się powodem nowego konfliktu w Radzie Miasta Bydgoszczy. W poniedziałek rozmawialiśmy na ten temat z liderem opozycji, tym razem naszym gościem był przewodniczący klubu radnych rządzącej miastem Koalicji Obywatelskiej, radny Jakub Mikołajczak.

Michał Jędryka: Tydzień temu na sesji Rady Miasta rozmawiano m. in. o Radzie ds. Równego Traktowania, którą powołał prezydent miasta Bydgoszczy. Czym ta rada ma się zajmować? Bo jak czytam zarządzenie prezydenta to ma się zajmować przeciwdziałaniem wszelkim przejawom dyskryminacji, w tym ze względu na.... i jest cały katalog wymieniony. Jak ta rada będzie przeciwdziałać tym przejawom dyskryminacji?

Jakub Mikołajczak: Jak ona będzie dokładnie działać to zależy od jej składu, już po jego powołaniu. My jako Rada Miasta rozpoczęliśmy procedurę wskazywania kandydatów do tej rady, trzech radnych już wskazaliśmy. W tej chwili obowiązuje zarządzenie prezydenta idące dalej czyli ogłaszające nabór w organizacjach pozarządowych i to te organizacje, przede wszystkim, będą kształtować to myślenie. Przypuszczam, że prezydent nie będzie chciał nic narzucać, a temat dyskryminacji jest bardzo szeroki. Pojawiają się nowe problemy, nowe konflikty, więc ta rada będzie musiała działać dynamicznie i obserwować zmiany społeczne. (...).

Wspomniał pan, że sposób działania tej rady będzie zależał od tego jak ona się ukonstytuuje, kto w niej będzie, natomiast chodzi mi o sprawy kompetencyjne. Czy będzie się zajmować przejawami dyskryminacji w instytucjach miejskich czy w całej przestrzeni miasta?

Uważam, że powinna w całej przestrzeni miasta. Kompetencje rady będą bardzo miękkie, bo trudno, żeby taka rada opiniowała środowiska na które nie ma wpływu. Będzie zwracała uwagę na pewnego rodzaju zjawiska. Negatywne zjawiska, które pojawiają się w instytucjach miejskich staramy się na bieżąco eliminować, ale potrzebujemy głosu strony społecznej, która wskaże zjawiska w całej przestrzeni miejskiej. To mogą być firmy prywatne, środowiska kibiców, sąsiedzi, grupy przyjaciół - i tam mogą się takie zjawiska pojawiać.

Czyli to ma działać w sferze półprywatnej?

Nie chcę by to było odebrane tak, że rada będzie sprawdzać o czym rozmawiamy w domu z przyjaciółmi, ale jeśli pojawia się coś takiego w mediach społecznościowych, np. dyskryminacja ze względu na rasę, płeć, religię, to rada powinna już na to zwrócić uwagę. (...).

Przy powoływaniu przedstawicieli Rady Miasta do Rady ds. Równego Traktowania wynikły pewne kontrowersje pomiędzy Koalicją Obywatelską a opozycją. Pan zaproponował trzech przedstawicieli KO, natomiast wcześniejsze uzgodnienia były takie, że poszczególne kluby miały mieć po jednym przedstawicielu.

Ja zaproponowałem by było trzech przedstawicieli Rady Miasta. W pierwszym zarządzeniu prezydent wskazał dwóch przedstawicieli, a ja zwróciłem się do prezydenta z prośbą by zwiększył to do trzech osób, bo uważałem, że każdy klub mógłby wskazać osobę, która w moim przekonaniu, wpisywałaby się w tę tematykę walki z dyskryminacją w wielu płaszczyznach. Nie ukrywam to miał być trochę taki test dla nas, dla Rady Miasta. Odbyłem rozmowę z politykami PiS, sugerując kto mógłby pomóc w tej radzie, niestety nasza propozycja nie została uwzględniona, klub PiS zgłosił osobę, która, w moim prywatnym przekonaniu, nie mogłaby mnie, jako mieszkańca Bydgoszczy, a nie radnego, reprezentować. Nie chcę by było przekonanie, że my „nie wybraliśmy”, „nie przegłosowaliśmy”, że nie uznaliśmy jakichś ustaleń - bo ustaleń nie było. Klub PiS nie dokonuje żadnych ustaleń, nie dyskutuje z nami, przewodniczący klubu PiS, państwa niedawny gość, Jarosław Wenderlich, nie rozmawia ze mną jako z przewodniczącym największego klubu w Radzie Miasta, że chciałby coś wprowadzić, coś zrobić. Stosuje zasadę taką, że w obecności mediów, na sali sesyjnej rzucane są jakieś propozycje, ad hoc, pisane na kolanie. My tych propozycji nie przyjmujemy, bo albo ich nie znamy, albo są nie dyskutowane, później jest wielki lament, że radni Koalicji czegoś nie przyjęli. Gdyby klub PiS spotkał się choć 5 minut wcześniej w kuluarach i powiedział: my proponujemy tę lub inną osobę, a kogo wy proponujecie, takich rozmów nie było. Te organizacje pozarządowe, które będą wskazywać swoich kandydatów, rekomendują ich. Ja też się starałem, by kandydaci wskazami przeze mnie, uzyskali rekomendacje środowisk działających w szeroko rozumianej kwestii walki z dyskryminacją. Klub PiS zgłaszając kolegę radnego, nawet nie powiedział czy on jest rekomendowany przez jakąkolwiek organizację. Rzucili nazwisko i liczyli, że my bez żadnej dyskusji to przyjmiemy. Dyskutuję z radnym Lewandowskim i lubimy się na szczeblu samorządowym, choć nie zgadzam się z nim ideologicznie, nie byłbym w stanie wrócić do domu, do swojej partnerki, z którą tworzę związek partnerski i powiedzieć, że zagłosowałem, za kolegą, który twierdzi, że nasz związek nie jest prawdziwym związkiem.

Pan Marcin Lewandowski po tej dyskusji, powiedział, że dobrze by było wyjaśnić to w kuluarach, wyjaśnili sobie to panowie?

Bardzo często w kuluarach rozmawiamy, wychodzimy z Ratusza i rozmawiamy. Tylko ja uważam, że problem jest taki, że klub PiS nie chce tej dyskusji wcześniej. To jest normalne, że w wielu organizacjach ta dyskusja odbywa się w kuluarach, tu ze strony PiS, zabrakło chęci dyskusji, było tylko potrzeba zwarcia politycznego. Rzucono to nazwisko z premedytacją, bardzo wyrazistego i bardzo sympatycznego, ale jednak kontrowersyjnego polityka PiS. Mają do tego prawo. Ja też przez różnych ludzi uznawany jestem za kontrowersyjnego, dlatego sam się do rady nie zgłosiłem, a mógłbym. Jestem zwolennikiem praw zwierząt, walczę z myśliwymi, byłbym zdziwiony, gdyby ktoś chciał mnie zgłosić do rady łowieckiej.

Czy nie obawia się pan, że argumenty, które padły na sesji, że jest to radny mocno związany ze środowiskami katolickimi, narodowymi, to jest nierówne traktowanie?

Chodziło o pewne środowiska skrajne, które funkcjonują przy jednym z bydgoskich kościołów, przy jednym z duchownych, tego radny Lewandowski nie ukrywa, ma do tego prawo. Uważam, że taka rada powinna zwracać uwagę na problematykę, która wokół takich środowisk się pojawia. W moim przekonaniu ten radny by takiej walki nie toczył, tylko blokowałby działania rady, co już pokazał, próbując blokować festiwal filmów związanych ze środowiskami LGBT, wielokrotnie wykazywał się inicjatywami próbującymi zablokować działania, które mają przeciwdziałać dyskryminacji. (...).

Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Jakub Mikołajczak

Prof. Radosław Sojak

Prof. Radosław Sojak
Prof. Radosław Sojak
PR PiK - Rozmowa Dnia - Prof. Radosław Sojak
Dlaczego rocznica wyborów z 4 czerwca 1989 roku nie łączy? Na ile uprawnione jest poszukiwanie analogii między 1918, a 1989 rokiem? Z tymi m.in. pytaniami zwróciliśmy się do socjologa, prof. Radosława Sojaka z UMK.

Robert Erdmann: Mamy rocznicowy tydzień, bo w niedzielę minęła 40. rocznica pierwszej pielgrzymki do Polski Jana Pawła II, a dzisiaj - 4 czerwca - 30. rocznica prawie wolnych wyborów. Mamy jakiś problem z oceną 4 czerwca 1989 r.?
Radosław Sojak: Mamy, bo jest on niestety cały czas uwikłany w spory polityczne, co do pewnego stopnia wynika z faktu, że aktywnymi uczestnikami życia politycznego w Polsce ciągle są osoby, które były silnie politycznie i emocjonalnie zaangażowane w to, co się wydarzyło w 1989 roku.
Ale tydzień jest rzeczywiście rocznicowy, bo - wbrew pozorom - te dwa wydarzenia się ze sobą wiążą. Nie byłoby pewnie wyborów 4 czerwca i jeszcze kilku innych bardzo ważnych wydarzeń z historii Polski, gdyby nie Karol Wojtyła w Rzymie-Watykanie i gdyby nie jego pielgrzymowanie do ojczyzny.

To wszystko kojarzy mi się jeszcze z odzyskiwaniem niepodległości przed stu laty. Mieliśmy szczęście do wyjątkowych postaci, bo wtedy był Paderewski, który otwierał gabinety wszystkich mocarstw, a w latach 80. mieliśmy Jana Pawła II. Czy z powodu podobieństw nie zmierzamy w kierunku 20-lecia międzywojennego, kiedy bieżąca polityka spowoduje potężną polaryzację i potężny konflikt polityczny?
- Taka teza jest stawiana co jakiś czas w polskim dyskursie publicznym. Wydaje mi się, że jest jednak trochę na wyrost z kilku powodów. O jednym już powiedzieliśmy - fakt, że nasza niepodległość w 1918, czy tak naprawdę w 1920 wykuwała się w czasie wojny czyni olbrzymią różnicę. Druga kwestia (...) - nasza niepodległość w 1918 i nasza niezależność wtedy była nieporównywalnie większa jako państwo i społeczeństwo niż nasza niezależność i niepodległość w roku 1989.

To była wciąż niewola w innej formie?
- To akurat nie jest w żadnym wymiarze ocena ocena roku 1989. Zupełnie nie chodzi mi to, że ktoś nam tę wolność buchnął czy się z kimś dogadał. Chodzi o zupełnie inny układ międzynarodowy i zupełnie inny sposób funkcjonowania gospodarki światowej. Zmieniła się treść wypełniająca pojęcie niepodległości i niezależności państw narodowych, zwłaszcza tej wielkości w tym miejscu na świecie, gdzie leży Polska.
Jest jeszcze jedna dosyć istotna różnica - mam poczucie, że za oczekiwaniem czy podejrzeniem, że odtwarzamy 20-lecie międzywojenne pojawia się niestety milczące, bardzo często przekonanie, że nasze społeczeństwo polskie przesiedziało komunizm w zamrażarce i że to jest to samo społeczeństwo, które tworzyło drugą Rzeczpospolitą, a to daleko posunięta nieprawda. Zniknęły przecież znaczące elementy życia politycznego - na przykład partie polityczne czy obozy światopoglądowe w polskiej polityce. PiS się porównuje do Sanacji, ale w takim razie pojawia się pytanie: „gdzie jest Endecja"? Sanacja utrzymywała się przy władzy po to, żeby nie dopuścić do władzy Endecji.
Historia jest tak złożonym procesem, że podobieństwa zawsze da się znaleźć. (...)

Jarosław Wenderlich

Jarosław Wenderlich/fot. Facebook
Jarosław Wenderlich/fot. Facebook
PR PiK - Rozmowa Dnia - Jarosław Wenderlich
Prezydent Bydgoszczy powołał radę do spraw równego traktowania. Rada Miasta podczas wybierania przedstawicieli do tego gremium pominęła członków opozycji. Na ten temat rozmawialiśmy z liderem opozycyjnego klubu - radnym Jarosławem Wenderlichem.


Michał Jędryka: Na ostatnim posiedzeniu Rady Miasta Bydgoszczy, przy wyborze członków rady ds. równego traktowania, doszło do ostrego konfliktu. Pana zdaniem taka rada jest w Bydgoszczy potrzebna?
Jarosław Wenderlich: Ostatnie przypadki, które miały miejsce w Radzie Miasta pokazują, że z bydgoskim samorządem nie jest dobrze. Przykład to choćby nadanie Medalu Kazimierza Wielkiego. Klub radnych Prawa i Sprawiedliwości zgłosił kandydaturę wybitnego naukowca, medyka, działacza „Solidarności" regionu bydgoskiego, bardzo zasłużonej osoby, odznaczonej przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. Propozycja jednak nie została przyjęta przez klub radnych Platformy Obywatelskiej, jednocześnie nie przedstawiono nam żadnego argumentu, który by był przeciwko profesorowi. To przykład dyskryminacji ze względu na poglądy polityczne.

Czyli to dobrze że prezydent Bruski powołał radę?
- W tym akurat zakresie jest to zasadne, ale tryb wyboru członków rady już budzi zastrzeżenia. Pierwotnie miała ona składać się z tylko dwóch przedstawicieli Rady Miasta, ale przewodniczący klubu radnych Platformy Obywatelskiej porozmawiał z prezydentem i doszło do zmiany zarządzenia.
Pojawiła się kolejna propozycja, że będzie trzech przedstawicieli Rady Miasta. Klub radnych Prawa i Sprawiedliwości zgłosił wtedy kandydaturę zasłużonego radnego - działacza stowarzyszeń katolickich, organizacji pro-life, również różnych organizacji społecznych. Kandydatura wzbudziła kontrowersje z tego względu, że to ministrant i człowiek, związany z Kościołem. Ostatecznie kandydat klubu radnych PiS nie uzyskał akceptacji całej Rady Miasta Bydgoszczy. To pokazuje, że nie jest dobrze.

Nie pojawiły się żadne inne argumenty przeciwko Marcinowi Lewandowskiemu?
- Pojawił się m.in. argument, że jest ministrantem u ks. Kneblewskiego - dla nas zupełnie niezrozumiały i zaskakujący. To przecież człowiek niezwykle zaangażowany, filozof, absolwent studiów doktoranckich, pedagog reprezentujący środowiska katolickie. Uważam, że jak najbardziej zasadne byłoby, żeby ta osoba mogła uczestniczyć w obradach takiego gremium. Nie wiem, czego się obawiano? W efekcie ponownie dokonano dyskryminacji. Powiedziałem to wprost na ostatniej sesji Rady Miasta Bydgoszczy, że jeżeli kandydatura Prawa i Sprawiedliwości nie zostanie uwzględniona, to nie powołujmy rady do spraw równego traktowania, tylko radę do spraw dyskryminacji.

Co jest tak naprawdę źródłem konfliktu pomiędzy klubami w Radzie Miasta Bydgoszczy? Trwa on przecież od początku kadencji.
- W Radzie Miasta jest niestety bardzo zła praktyka, że wojenki ogólnopolskie przenosi się na grunt lokalny. Zaczęło się od kwestii prezydium RM. Niestety największy klub opozycyjny nie ma tam swojego przedstawiciela, co już kilka razy się zdarzało. W tej kadencji jednak nawet złamano zasady parytetu. Stanowimy przecież jedną trzecią RM. Zawsze przedstawiciel opozycji przewodniczył także - stosunkowo do ilości komisji - odpowiednim komisjom stałym. W tej kadencji przedstawicieli PiS-u wyrugowano ze wszystkich merytorycznych komisji stałych RM Bydgoszczy. Jedynie komisji rewizyjnej przewodniczy przedstawiciel PiS-u - to akurat ja. Gdyby jednak opozycji pozbawiono nawet komisji rewizyjnej, to byłby wyjątkowy skandal.
Tak zostały podeptane zasady samorządności w tej kadencji. W efekcie niestety dochodzi do takich sytuacji, jak w minioną środę, gdy radna Grażyna Szabelska złożyła wniosek do prezydenta, by zlikwidowano bariery architektoniczne dla niepełnosprawnych na rondzie Jagiellonów, prezydent przypomniał, że to było w jego programie wyborczym, a radni Platformy i SLD zagłosowali przeciwko. (...)
1234567