Niedziela, 20 stycznia 2019 r.   Imieniny: Fabiana, Sebastiana
Polskie Radio PiK » Rozmowa Dnia

Rozmowa dnia

Leszek Walczak

Leszek Walczak Fot. Archiwum
Leszek Walczak Fot. Archiwum
Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ "Solidarność” powołała komitet protestacyjno-strajkowy i podtrzymała swój postulat podwyżki wynagrodzeń pracowników oświaty o 15 procent od stycznia tego roku oraz zmiany systemu wynagradzania, który miałby być powiązany ze średnią w gospodarce narodowej. Strategia dalszych działań zostanie podjęta 21 stycznia, a więc dzień przed kolejnym spotkaniem z minister edukacji.

Czy szkołom grozi strajk? Na ile związkowcy są w stanie zrezygnować ze swoich postulatów? Na pytania Magdy Jasińskiej odpowiada Leszek Walczak - przewodniczący bydgoskiej Solidarności i gość "Rozmowy dnia" w Polskim Radiu PiK.

Magda Jasińska: Postulaty "Solidarności" oświatowej są trochę odmienne od postulatów dwóch innych związków, czyli ZNP i Forum Związków Zawodowych.

Leszek Walczak - Postulaty "Solidarności", które były zgłaszane już prawie półtora roku temu są cały czas niezmienne. My nie będziemy się licytować kto da więcej i kto będzie wyższą podwyżkę proponował. Najpierw trzeba zrealizować to co wcześniej było deklarowane przez stronę rządową i przez panią minister, czyli wzrost wynagrodzenia o te 15 procent. Tylko, że że pani minister rozłożyła to na kilka lat. My chcemy, żeby to było już od 1 stycznia 2019 roku i konsekwentnie o tym mówimy, konsekwentnie do tego będziemy dążyć. To jest wzrost wynagrodzenia płacy minimalnej dla wszystkich pracowników.

15 procent a 1000 złotych, to jest jednak różnica.
- No jest różnica. My akurat wyliczyliśmy, jakie są możliwości, żeby oczywiście myśleć również o innych pracownikach sfery budżetowej. Rozpoczęliśmy proces protestów w lutym 2018 roku i od tego czasu udało się doprowadzić do rozmów z rządem i deklaracji przez premiera Mateusza Morawieckiego a później panią minister Rafalską, że będzie to wzrost wynagrodzenia dla wszystkich pracowników sfery budżetowej. Udało się odmrozić kwotę bazową i również dla pozostałych pracowników sfery budżetowej wynegocjować dosyć realne podwyżki, zwłaszcza dla tych grup zawodowych i tych urzędów, w których te wynagrodzenia były najniższe. I okazało się, że po tym czasie zaczyna się jakby eskalacja tych wszystkich żądań, postulatów dla poszczególnych innych grup i tutaj rząd popełnił błąd, bo nie rozmawia ze stronami w ramach Dialogu Społecznego, tylko z poszczególnymi reprezentacjami związków zawodowych w branżach, podpisując różnego rodzaju dziwne porozumienia o podwyżkach wynagrodzeń i potem trudno mówić, żeby cały budżet się zbilansował, jeżeli się nie rozmawia z partnerami, którzy reprezentują te środowiska w ramach tego Dialogu Społecznego. 25 stycznia będzie taka poważna debata nad przyszłością naszego dialogu, bo on zaczyna być poważnie nadszarpnięty.

Mówi pan o Radzie Dialogu Społecznego w Warszawie. Czy powołanie Komitetu Potestacyjno-Strajkowego oznacza już wszczynanie sporów zbiorowych w szkołach?
- 21 stycznia będzie jakby przygotowana strategia. Mamy jeszcze ze strony ministerstwa deklaracje nad propozycjami rozwiązań, które zostały złożone przez "Solidarność", bo oprócz tego, że mówimy o tym 15-procentowym wzroście wynagrodzeń, mówimy również o rozwiązaniach systemowych, czyli żeby płaca była uzależniona od średniej krajowej w gospodarce narodowej.

Od średniej, nie od najniższej.
- Tak, od średniej. Wiadomo, że jak średnia rośnie to rosną również i płace. Jestem gorącym zwolennikiem, żeby właściwie od średniej płacy w gospodarce krajowej uzależnić wszystkie wynagrodzenia, zwłaszcza teraz kiedy mamy tę debate na temat wynagrodzeń w bankach, wynagrodzeń w spółkach skarbu państwa, prezydenta, premiera. To niech prezydent Rzeczypospolitej ma np. dziesięciokrotność średniej krajowej, premier nich ma dziewięciokrotność i.t.d. I schodzimy aż do wójta, żeby praktycznie każdemu zależało, żeby ta średnia krajowa była wyższa, to ich wynagrodzenia będą również wyższe. Czyli każdy będzie się starał, ministrowie i wiceministrowie, będzie to uczciwe i sprawiedliwe dlatego, że głowa państwa będzie miała zarobek, jeżeli mówimy o sferze publicznej (...) no ale niestety w polityce jest tak, że mają inną, swoją własną filozofie. Natomiast jeśli chodzi o wynagrodzenia pracowników sfery budżetowej, które mogłyby być uzależnione, to jak np. Komisja Krajowa "Solidarność" mówi o płacy minimalnej, która ma być połową średniej krajowej w gospodarce narodowej, więc również uzależnić takie wynagrodzenia dla pracowników.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Leszek Walczak

Krzysztof Osiński

Krzysztof Osiński Fot. Archiwum
Krzysztof Osiński Fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Krzysztof Osiński
Zakończył się rok jubileuszu odzyskania niepodległości przez Polskę. Bydgoszcz i region wróciły do odrodzonej ojczyzny wiele miesięcy później. Zbliża się 99. rocznica tych wydarzeń. O ich historycznym i politycznym znaczeniu rozmawialiśmy z dr Krzysztofem Osińskim z Instytutu Pamięci Narodowej.


Michał Jędryka: Nie tak dawno - po świętach Bożego Narodzenia - obchodziliśmy 100. rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Wybuchło najpierw w Poznaniu, na ziemiach wielkopolskich, do Bydgoszczy jednak nie dotarło. Dlaczego?
Dr Krzysztof Osiński: Walki powstańcze do samej Bydgoszczy nie dotarły ze względu na to, że była silnym garnizonem niemieckim. Tu stacjonowały niemieckie wojska, więc obawiano się, że powstanie może tu zostać stłumione i mogą rozpocząć się represje, które będą bardzo krwawe dla Polaków. Kierowano się rozsądkiem i realną oceną możliwości, na jakie powstańcy mogli sobie pozwolić. Przygotowywano się do walk powstańczych, ale jeśli miałoby nadejść wsparcie z terenu odrodzonego państwa polskiego, to powstanie w Bydgoszczy planowano na maj. Ostatecznie jednak do tego nie doszło, bo wcześniej zawarto rozejm.
Powstanie zakończyło się sukcesem, bo dzięki walkom powstańczym, toczącym się na terenie Wielkopolski, Polakom udało się wydatnie wpłynąć na późniejszy Traktat Wersalski, który kształtował zachodnią granicę odrodzonego państwa polskiego. Dzięki temu państwo polskie miało granice zgodne ze swoimi postulatami, chociaż oczywiście nie do końca satysfakcjonujące, bo chociażby kwestia Gdańska, który był dużym, ważnym portem i oknem na świat odrodzonego państwa polskiego, nie została rozstrzygnięta po naszej myśli. Gdańsk został wolnym miastem, a my musieliśmy budować od podstaw alternatywę w postaci Gdyni.

Traktat Wersalski z czerwca 1919 roku nakazał Niemcom zwrot Pomorza Polsce. Bydgoszcz wraca do Polski pół roku później - w styczniu 1920 roku. Właśnie zbliżamy się do 99. rocznicy tych wydarzeń. Dlaczego to tak długo trwało?
- Ponieważ w międzyczasie prowadzono negocjacje, na jakich zasadach ma się odbywać przekazanie tych terenów z rąk niemieckich w ręce polskie. Negocjacje były trudne, bo było wiele spraw do uregulowania - gospodarcze, kulturalne, administracyjne, polityczne. Musimy pamiętać, że dotyczyło to również ludzi - mieszkańców, Niemców, którzy musieli zadeklarować, czy chcą pozostać na ziemiach Wielkopolski i Pomorza, a więc w obrębie państwa polskiego, zmieniając się ze społeczności dominującej w podległą - na mniejszość narodową. Czy też chcą pozostawić cały dorobek życia i przenieść się na teren państwa niemieckiego. Tego typu kwestie były bardzo trudne do wynegocjowania, więc trwało to wiele miesięcy.
Ostatecznie Traktat Wersalski został ratyfikowany 10 stycznia 1920 r. i zgodnie z zapisami tydzień później Polacy mogli zacząć przejmowanie miast i terenów w swoje ręce. Ten proces rzeczywiście się rozpoczął. 18 stycznia wojska polskie wkraczają do miast pomorskich, 20 stycznia do Bydgoszczy i w kolejnych dniach do następnych. Do początku lutego cały teren symbolicznie i dosłownie zostaje przejęty w polskie ręce. Zostaje powołana polska administracja, oddziały Wojska Polskiego, które mają strzec porządku i Polacy mogą cieszyć się z nowej rzeczywistości. Mogą odrzucić dziedzictwo 148 lat zaboru pruskiego, utraty niepodległości i zniewolenia w postaci zaborów.

Niemcy pogodzili się z nową sytuacją?
- Wielu Niemców było przekonanych, że te rozwiązania są tymczasowe, że w niedługim czasie Niemcy odzyskają Pomorze. Ta retoryka była prowadzona przez cały okres międzywojenny, a zintesyfikowana została w okresie rządów Hitlera, który wręcz na sztandary wyniósł korekty granic państwa niemieckiego i powrót do wielkości Rzeszy Niemieckiej. Dla Polaków groźne były hasła o korytarzu pomorskim, czyli kpienie z granic państwa polskiego i twierdzenie, że Pomorze i Wielkopolska należą się Niemcom, bo rozdzielają tymczasowo państwo niemieckie na dwie części - Prusy i Niemcy właściwe. To nie rokowało dobrze stosunkom polsko-niemieckim w okresie międzywojennym i rzeczywiście było jednym z powodów wybuchu II wojny światowej - konfliktu, który rozlał się później na cały świat (...)

Daria Frach i Iwona Pozorska

Od lewej: Daria Frach i Iwona Pozorska. Fot. Piotr Walczak
Od lewej: Daria Frach i Iwona Pozorska. Fot. Piotr Walczak
PR PiK - Rozmowa Dnia - Daria Frach i Iwona Pozorska
W Panamie rozpoczynają się Światowe Dni Młodzieży. O przygotowaniach do spotkania z papieżem, a także o tym jak młodzież reprezentować będzie nasz region przed rówieśnikami z całego świata, opowiadały Iwona Pozorska i Daria Frach - uczestniczki Światowych Dni Młodzieży, goście Marcina Kupczyka w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia PiK.

Marcin Kupczyk: Tę rozmowę nagrywamy w niedzielę. W środę będą już Panie daleko, daleko stąd - w Panamie, na Światowych Dniach Młodzieży. Co to za wydarzenie?
Iwona Pozorska: To spotkanie papieża z młodymi z całego świata. ŚDM zapoczątkował nasz rodak - papież Jan Paweł II w 1985 roku. W Rzymie spotkał się z młodymi na placu św. Piotra i tam zrodził się pomysł, by organizować takie spotkania co roku. My lecimy już na 34.

Ale młodzież nie spotyka się z papieżem co roku?

IP: Taka jest specyfika tych spotkań. Odbywają się co roku w miejscach lokalnych, wśród mieszkańców danej diecezji, danego miasta - są świętowane przez młodzież wraz z ich kapłanami. Z kolei co kilka lat odbywają się w miejscu, do którego zaprasza nas papież. Z papieżem spotykamy się co 2-3 lata. ŚDM odbywały się już m.in. w Rzymie, Kolonii, Sidney, Rio de Janeiro, a trzy lata temu w Krakowie. To wtedy właśnie na koniec spotkania w Polsce papież Franciszek powiedział, że zaprasza nas w 2019 r. do Panamy. I że ma nadzieję, że tam się wszyscy spotkamy, stąd też nasz wyjazd.

Co jest celem ŚDM?
Daria Frach: Zbliżenie się do Pana Boga, odkrycie własnego powołania i swojej drogi, a jednocześnie poznanie wiary w innych krajach, zobaczenie, jak inni ludzie ją przeżywają. To okazja, by się poznać, znaleźć wspólny język i jednoczyć się w wierze.

Jest okazja, by się tam spotykać i poznawać?

DF: Jest na to miejsce i czas, by młodzi ludzie mogli razem przebywać, coś zorganizować i poznać nie tylko siebie, ale też kulturę tych krajów, historię. To niesamowity czas.

IP: To jest też moment na wymianę swoich doświadczeń. Każdy z nas żyje inną codziennością - mamy inny klimat, roślinność, zajęcia, styl nauki, pracy, odpoczynku... Jesteśmy zupełnie różni. Tam jednak mamy czas, żeby zobaczyć, jak żyjemy i działamy, i czasami nawet coś od nich "wypożyczyć" tak na zawsze, a potem wykorzystać w swojej codzienności. To są cenne wskazówki, a czasami przyjaźnie na całe lata.

Polskie Linie Lotnicze LOT czarterują kilka samolotów. Jak będzie wyglądała podróż?
DF: LOT czarteruje trzy samoloty. Jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że nie musimy się przesiadać. Lecimy tam bezpośrednio z polską obsługą. To dla nas duże ułatwienie. Nie musimy organizować kolejnych dojazdów, przejazdów. Jesteśmy z tego bardzo zadowoleni.

Ten wyjazd to pewnie było duże logistyczne przedsięwzięcie?
IP: Przygotowania trwały od kilku miesięcy. Zaskoczeniem też będzie dla nas na pewno pora roku, bo tam jest lato i jest bardzo ciepło.
Warto też zwrócić uwagę, że papież przyleci do nas dopiero 23 stycznia, by z nami być przez kilka dni. Każdy jego dzień jest zaplanowany, a nasz dopasowany do jego planu, żebyśmy mogli każdego dnia spotkać się z nim choć przez chwilę. Po to, by posłuchać jego mądrości, ale też w drugą stronę - Papież Franciszek chce także słuchać tego, co my mamy mu do powiedzenia. Będziemy mogli podzielić się z nim tym, czym żyjemy. Takie spotkania papieża z przedstawicielami poszczególnych kontynentów też się odbędą. (...)

Radosław Sajna

Radosław Sajna. Fot. archiwum PR PiK
Radosław Sajna. Fot. archiwum PR PiK
Co należy zrobić w przestrzeni publicznej, aby nie dochodziło do aktów przemocy, takich jak zabójstwo prezydenta Gdańska? Czy ta śmierć może przynieść jakąś zmianę w życiu społecznym? Rozmowa Dnia z dr. hab. Radosławem Sajną - kierownikiem Katedry Dziennikarstwa, Nowych Mediów i Komunikacji Społecznych Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.



Marcin Kupczyk: W niedzielę podczas "Światełka do nieba", czyli finału akcji, jakim jest co roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy został zaatakowany prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. W poniedziałek zmarł w szpitalu, lekarzom nie udało się go uratować. Od momentu tego ataku sprawa jest dyskutowana na wszelkie sposoby... Pozwoli pan, że zacznę od cytatu. Politolog prof. Antoni Dudek powiedział: "Mówienie dziś, że ten zamachowiec jest ofiarą języka nienawiści wydaje się być daleko idącą opinią. Sam bałbym się takiej interpretacji". Dlaczego to cytuję? Ponieważ wszyscy mówimy właśnie o wszech otaczającym nas języku nienawiści.

Radosław Sajna: Język nienawiści się pojawia, dzisiaj zwłaszcza jest łatwiej siać te nienawiść poprzez nowe media, poprzez internet, gdzie prawie każdy ma dostęp. Natomiast prof. Dudek ma rację, bo nie ma naukowych dowodów na to, czy jest za wcześnie, żeby powiedzieć, że przypadek tego morderstwa był efektem języka debaty publicznej. Nie ma po prostu takiego bezpośredniego przełożenia i trudno byłoby to naukowo udowodnić w tym momencie.

Inni komentatorzy mówią, że winna jest także nasza, nas wszystkich, nieczułość w wymiarze publicznym na groźne w swoim wydźwięku zachowania antagonistów politycznych, jakby spychając winę, czy część winy, na głównych aktorów sceny politycznej - na ich język, który przenosi emocje na nas wszystkich.

Oczywiście są takie przypadki w historii świata, że język był rzeczywiście przyczyną mordów na szeroką skalę. Chociażby w Rwandzie w latach 90., kiedy słynne "Radio Tysiąca Wzgórz" nazywało oponentów politycznych poprzez jakieś dehumanizujące określenia, co przyczyniło się jeszcze do wzmocnienia agresji i mordów politycznych. Natomiast w przypadku zabójstwa prezydenta Adamowicza mamy do czynienia z jednostką ewidentnie psychopatologiczną i czy tu akurat język debaty na niego zadziałał czy inne czynniki? Wydaje się, że inne czynniki właśnie, że to gdzieś się tliło u niego wcześniej. Okazuje się, że już wcześniej nie tylko był kryminalistą, ale i osobą, która interesowała się sztukami walki i kulturystyką, chociaż to akurat nie jest nic złego, ale jeżeli to idzie w parze z jakimś psychicznym problemem, a okazuje się, że nawet w więzieniu zachowywał się tak, że musieli go izolować, więc to jest jakiś przypadek psychopatologiczny. Można jedynie zadać pytanie: Gdzie była ochrona?

Czy ofiara mogła być równie dobrze przypadkowa?

Oczywiście, że mogła być inna, choć wygląda na to, że było to zaplanowane i być może akurat zmarły prezydent wzbudzał u niego jakąś patologiczną nienawiść, że osoba prezydenta Adamowicza, którą może oglądał gdzieś w telewizji i może gdzieś dostrzegł tam jakiś impuls, który spowodował u niego jakąś szczególną nienawiść... Ale to jest przypadek psychopatologiczny i niekoniecznie język debaty musi na to wpływać. Przypomnę przypadek Breivika w Norwegii, gdzie przecież w tamtym kraju nieszczególnie jest jakiś ostry język debaty publicznej, a doszło do morderstwa na szeroką skalę, bo przecież wymordował kilkadziesiąt osób - młodzież, dzieci z przyczyn ideologicznych. To też psychopatologiczny przypadek.

Czy ta śmierć może przynieść jakąś zmiany w życiu publicznym?

Na parę dni tak. Będzie ta atmosfera wynikająca z emocji, wspólnoty związanej z tragedią, natomiast już się pewnie zaczynają i będą się umacniać różne wypowiedzi obwiniające nawzajem. Strony polityczne będą się obwiniać za tworzenie tej atmosfery nienawiści. Tak jak było po Smoleńsku na przykład, gdzie rzeczywiście przez parę dni była taka wspólnota tragedii, a potem zaczęło się obwinianie i trwa do dzisiaj.

Czyli politycy nie dadzą rady powstrzymać się?

Dadzą radę lub nie w kwestii przerzucania winy. Oczywiście niektórzy politycy będą się hamować, to zależy od pewnego poziomu i kultury poszczególnych osób, ale niektórzy z obydwu stron będą właśnie wykorzystywać to do ataków na przeciwników. Zobaczymy, którzy politycy zachowają poziom, a którzy nie...
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - dr hab. Radosław Sajna

Kosma Złotowski

Kosma Złotowski. Fot. Archiwum
Kosma Złotowski. Fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Kosma Złotowski
- Wygraliśmy bitwę, ale nie wojnę - mówią przedstawiciele polskich firm transportowych o decyzji Komisji Transportu Parlamentu Europejskiego, która odrzuciła część zapisów pakietu mobilności. Czy oznacza to czas spokoju dla polskich przewoźników w krajach unijnych? Pytanie zadaliśmy europosłowi PiS Kosmie Złotowskiemu.

Robert Erdmann: Kilka dni temu Komisja Transportu odrzuciła dwa z trzech sprawozdań wchodzących w skład tzw. pakietu mobilności. Depesze informowały, że udało się odrzucić "regulacje uderzające w polskie firmy transportowe". Co udało się odrzucić, a co nie?
Kosma Złotowski: No właśnie, to nie jest jest jasne. Jeśli chodzi o projekt - to tak, ale czy w związku z tym upada całość jako pakiet, czy też nie - tego nie wiadomo. Nie udało się odrzucić raportu socjalistycznego posła z Niemiec - pana Izmaiła Ertuga - ten raport dotyczył watunków kabotażu. Praktycznie mówił, by kabotażu w Unii Europejskiej nie było.

Co to jest kabotaż?
- To usługa transportowa, wykonywana przez firmę na terenie kraju, w którym nie ma ona swojej siedziby, czyli polskie ciężarówki wożą towary w Niemczech czy w Holandii.
Jeśli chodzi o dwie pozostałe propozycje - jedna dotyczy wyłączenia spod dyrektywy o delegowaniu pracowników, tych z sektora transportu, przede wszystkim chodzi tu o kierowców. I wreszcie trzecia, związana z warunkami pracy kierowców - projekt zupełnie nierealny, pozbawiony przyczepności do ziemi i do realiów, ale jednocześnie sprawiający, że koszty transportu bardzo by wzrosły, również koszty naszych polskich firm.
Tak się złożyło w ostatnich latach, że Polska, ale także inne kraje Europy Wschodniej - Litwa, Łotwa, Estonia, ale również Węgry, Bułgaria czy Rumunia wykorzystały okres bytności w Unii Europejskiej i wszystkie deklaracje o jedności rynku...

... i konkurencyjności.
- Zainwestowaliśmy ogromne pieniądze w rozwój sektora transportu i to właśnie z tych krajów pochodzi większość ciężarówek jezdżących po Europie. Z samej Polski to 200 tys. ciężarówek.

Wróćmy jeszcze do trzeciego sprawozdania. Maciej Wroński - prezes Transport Logistyka Polska mówi o nim: "Cofamy się o 20 lat i likwidujemy wspólny rynek usług. Przyjęte poprawki zakładają, że firmy transportowe muszą większość swojej działalności prowadzić na terenie kraju, w którym są zarejestrowane. Jeśli pracownik większość swojego czasu spędza w innym kraju, stosuje się wobec niego Rozporządzenie Rzym I, czyli umowa ma być zawarta zgodnie z prawem np. przykład niemieckim czy francuskim. Nie ma mowy o delegowaniu pracowników" - tłumaczy Wroński. Czyli - jeśli ktoś codziennie z Polski wiezie coś do Lipska, po czym wraca - ma zostać zatrudniony według niemieckich czy francuskich przepisów. Jeśli ten przepis przejdzie, to kończy się era dominacji polskich firm transportowych na rynku europejskim.
- Jeśli to przejdzie, to kończy się era dominacji polskich firm transportowych na rynku kabotażu, to znaczy usług, wykonywanych poza krajem swojej własnej siedziby. Mamy więc teraz pytanie - są trzy projekty i wszystkie funkcjonowały nie oddzielnie, ale w ramach pakietu. Czy w związku z tym, że dwa absolutnie przepadły, ten jeden miałby wejść w życie? Chyba nie. Dziś popołudniu koordynatorzy polityczni, czyli przedstawiciele grup politycznych w Komisji Transportu będą się zastanawiać , co dalej. (...)

Sławomir Wittkowicz

Sławomir Wittkowicz
Sławomir Wittkowicz
Rozmowy minister edukacji narodowej z przedstawicielami związków zawodowych w sprawie rozporządzenia płacowego dla nauczycieli zakończyły się bez porozumienia. Minister Anna Zalewska twierdzi, że MEN złożyło związkom propozycje wzrostu płac nauczycieli, niezależnie od negocjowanego rozporządzenia. Tymczasem przewodniczący ZNP Sławomir Broniarz stwierdził, że ze strony MEN brakowało propozycji.

Związek Nauczycielstwa Polskiego chce wzrostu kwoty bazowej wynagrodzenia o tysiąc złotych od stycznia, a Forum Związków Zawodowych domaga się zwiększenia o tysiąc złotych wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli na wszystkich stopniach awansu zawodowego. Gościem porannej Rozmowy Dnia był uczestniczący we wczorajszym spotkaniu Sławomir Wittkowicz z Forum Związków Zawodowych. Czy brak porozumienia oznacza zaostrzenie protestu? Czy wszystkie związki zawodowe mówią jednym głosem? O tym w Rozmowie Dnia.

Magda Jasińska: Wczoraj w Centrum Partnerstwa Społecznego "Dialog" w Warszawie odbyły się rozmowy minister edukacji narodowej Anny Zalewskiej z przedstawicielami oświatowych związków zawodowych. Uczestniczył pan w tych rozmowach. A po rozmowach bez rezultatu?

Sławomir Wittkowicz: Tak. One zakończyły się fiaskiem i to wszystkie strony stwierdziły jednoznacznie. Nie przyniosły żadnych oczekiwanych przez nas rezultatów. Przypomnę tylko, że to spotkanie czwartkowe było z inicjatywy pani minister Anny Zalewskiej, która po spotkaniu poniedziałkowym, kiedy dostała pisemnie zgłoszone stanowiska poszczególnych central związkowych, powiedziała, że na czwartek przygotuje, czyli na wczoraj, swoje propozycje.

No i były propozycje.

Ale nie dotyczące przedmiotu naszego spotkania. My rozmawialiśmy o tzw. rozporządzeniu płacowym, które reguluje m. in. minimalne stawki wynagrodzeń zasadniczych nauczycieli w Polsce oraz różne dodatki, które są związane z tym wynagrodzeniem i na ten temat pani minister wczoraj nie miała nic do powiedzenia.

Były propozycje dotyczące stażystów, propozycja dotycząca godzin pokarcianych, które podobno ministerstwo chce rozwiązać i trzecia propozycja wynika też z postulatów związków: aby każdy nauczyciel, który będzie miał ocenę wyróżniającą, otrzymywał co miesiąc dodatkowe środki, jak pani minister powiedziała: "znaczne środki".

O kwotach nie było w ogóle mowy, tylko przy programie związanym z likwidacją tych tzw. godzin pokarcianych czyli bardziej z pulą godzin do dyspozycji dyrektora na poszczególnych cyklach nauczania, na różnorodne zajęcia pozalekcyjne, to jest punkt, który można by było w jakiś sposób powiązać z tematyką i tu padła kwota, że to mogłoby kosztować około 2 mld złotych, ale już nie uszczegółowiono czy to rocznie czy do 2020 roku, ponieważ tych danych jeszcze nie było. Do tych trzech propozycji, które na stole się pojawiły, a nie są bezpośrednio związane z rozporządzeniem płacowym, będziemy odnosili się do przyszłej środy, tak się zobowiązaliśmy.

Wczoraj usłyszeliśmy, że w budżecie państwa znalazły się dodatkowe środki na sfinansowanie podwyżek wynagrodzeń nauczycieli i w sumie ma to być 6 i pół mld złotych w latach 2018-2020.

To jest realizacja tego programu, który pani minister Anna Zaleska ogłosiła razem z panią premier Szydło 1 września 2017 roku, na inauguracji roku szkolnego. Zwrócę tylko uwagę, że ten program 3x5, bo on wtedy tak się nazywał (...) to nie był z nikim uzgodniony, bo nie było jakichkolwiek uzgodnień w radzie dialogu społecznego, po prostu pani minister z panią premier miały taki gest. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Sławomir Wittkowicz

Marek Grugel

Fot. Elżbieta Rupniewska
Fot. Elżbieta Rupniewska
Gościem Rozmowy Dnia był Marek Grugel - łowczy Okręgowy Polskiego Związku Łowieckiego w Bydgoszczy. A jej tematem sprawa masowego odstrzału dzików, związanego z walką z wirusem ASF w Polsce.

Marcin Kupczyk: Od najbliższego weekendu rozpoczną się masowe polowania na dziki, ich celem jest zapobieżenie rozprzestrzeniania się choroby ASF. Czym jest ASF?

Marek Grugel: ASF czyli Afrykanki Pomór Świń, jest to choroba świń, trzody chlewnej, świniodzików i dzików. W Polsce pojawiła się w 2014 roku, przy granicy z Białorusią, wtedy znajdowano padłe dziki, stwierdzono występowanie u nich ASF. Pomysłów było wiele. Czy zacząć od tego by te dziki masowo wybijać? Bo wiemy, że dzik jest rezerwuarem tego wirusa i może powodować przenoszenie go na inne części kraju.

Na czym polega zagrożenie?

Zagrożone są dziki i trzoda hodowlana. Wiadomo, że wieprzowinę jemy na bieżąco, jeżeli coś zagrozi hodowli to ceny wieprzowiny wzrosną. To nie będzie tak, że wszystkie chlewnie nagle zostaną dotknięte ASF, ale jeśli ASF pojawi się na terenie całej Polski, to produkcja trzody chlewnej na pewno spadnie, no a jeżeli spadnie, to ceny wzrosną i to będzie widać na półkach sklepowych. (...).

Nie było innego sposobu na zapobieżenie chorobie ASF?

Jeżeli rezerwuarem wirusa jest dzik to, ktoś wymyślił, że możemy to pozostawić samemu sobie i dziki w przyrodzie same padną i wirus odejdzie. Tak nie jest. To się będzie rozprzestrzeniało coraz dalej. Zwierzęta drapieżne też roznoszą wirusa, bo padlinożerca, który ma kontakt z dzikiem, z wirusem, roznosi go dalej. Jeśli będzie mniej dzików, to wirus będzie się mniej rozprzestrzeniać. Tak naprawdę do chlewni wirusa wnoszą ludzie, to są drobnoustroje, mogą też je przenieść kleszcze, a zatem także koty czy psy.

Dlatego trzeba w tym przypadku pamiętać o bioasekuracji.

Tak, kiedyś, jak rolnik wychodził z chlewni, to kąpał się, przebierał i wchodził do domu. Teraz jest odwrotnie. Zanim rolnik wejdzie do chlewni musi się odpowiednio do tego przygotować. Wykąpać się, przebrać w odpowiedni strój, odkazić i w tym momencie dopiero może wchodzić do własnej chlewni, zatem sytuacja się odwróciła. (...). Jeżeli chcemy by nasza hodowla przetrwała musimy dostosować się do zasad bioasekuracji.

Jak będą wyglądać te masowe polowania?

W każdym rejonie kraju będzie to wyglądało inaczej. Polowania na dziki w zasadzie trwają cały czas. Od października co weekend są polowania, również skierowane na walkę z ASF. Teraz jest taki czas, zaczynający się w połowie stycznia, tworzenia się u dzików nowego pokolenia. Do tej pory polowania zbiorowe kończyły się do 15 stycznia, żeby lochy mogły spokojnie się wyprosić i wyprowadzić młode pokolenie dzików. Teraz jest taka sytuacja, a nie inna. ASF zbliża się dużymi krokami do naszego województwa, granicą jest teraz autostrada A1 i minister prosząc nas - łowczych okręgowych - ale też nakazując wykonywanie tych polowań, tzw. wielkoobszarowych czyli w tym samym czasie na terenie całego kraju, więc jest to zły czas na takie polowanie, bo gonić będziemy za ciężarnymi lochami lub lochami z warchlakami, ale jest potrzeba depopulacji dzika, patrząc też z punktu rolniczego, rolnictwo to ważna dziedzina w naszym kraju i musimy je wspierać. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Marek Grugel

Zbigniew Ostrowski

Zbigniew Ostrowski. Fot. archiwum PR PiK
Zbigniew Ostrowski. Fot. archiwum PR PiK
Prezydent Bydgoszczy wraz częścią bydgoskich radnych województwa zwrócił się do marszałka województwa o 16,5 miliona złotych na budowę Teatru Kameralnego w Bydgoszczy. To reakcja na kontrowersyjne, ich zdaniem, wsparcie z budżetu województwa dla grudziądzkiej sceny. Tymczasem marszałek Piotr Całbecki uważa "grudziądzką" dotację za zasadną. Do sprawy odniósł się wicemarszałek Zbigniew Ostrowski, gość Michała Jędryki w porannej "Rozmowie dnia".

Michał Jędryka: Tuż przed świętami prezydent bydgoszczy Rafał Bruski zwrócił się do marszałka województwa o wsparcie kwotą 16,5 miliona złotych budowy Teatru Kameralnego w Bydgoszczy. W piśmie kierowanym do marszałka nawiazał do uchwały sejmiku z grudnia 2018 roku, o dofinansowanie kwotą 4,5 milionów złotych Centrum Kultury Teatr w Grudziądzu. Czy Bydgoszcz dostanie te pieniądze?

Zbigniew Ostrowski: - Pismo wpłynęło do marszałka, będzie je uważnie czytał. Ja tego pisma nie podpisałem

Tak, jest wolne miejsce na pana podpis.
- Generalnie nie piszę pism do ludzi, z którymi widzę się codziennie i rozmawiam. Nie muszę takiej formy komunikacji akurat uprawiać. To pismo będzie oczywiście potraktowane tak, jak każde pismo urzędowe. Oczywiście mogę komentować podpisy pod tym listem.

A czy są szanse na to, żeby w ogóle były te pieniądze?
- Myślę, że niewielkie. Drugim bowiem pismem, które powinien przesłać ewentualnie prezydent Rafał Bruski, powinno być pismo opisujące katastrofalny stan finansów w Bydgoszczy. Myślę, że takiego stanu nie ma.

Gdyby stan był katastrofalny Bydgoszcz dostałaby pieniądze?
- Szczególnie gdyby realizowała zadania z zakresu Funduszy Europejskich, gdyby to były pieniądze na wkład własny i gdyby to były pieniądze wynikające z tego, że w trakcie realizacji projektu zmieniły się warunki finansowe jego realizacji. Znacznie wzrosły koszty tej inwestycji grudziądzkiej. Dlatego uznaliśmy, a sejmik to potwierdził w swoim głosowaniu, że te pieniądze powinniśmy Grudziądzowi przekazać w ramach dotacji z budżetu. Przecież sytuacja Grudziądza, kiepski stan finansów znany jest od wielu sezonów. Prawdę powiedziawszy, tak właśnie rozumiem rolę samorządu województwa, który powinien równoważyć pewne sytuacje związane ze stanem gospodarczo-społecznym w całym województwie. Na tym polega solidarność samorządu województwa, że powinien interweniować i pomagać tym słabszym.

Ale chyba nie tylko, bo pieniądze na kulturę to nie tylko pieniądze dla słabszych.

- Zdecydowanie tak, oczywiście. Trzeba jednak znać specyfikę Grudziądza. Centrum Kultury Teatr jest jedynym miejscem w Grudziądzu, gdzie mogą się odbywać ważne miejskie uroczystości. Ale nie tylko uroczystości, przede wszystkim imprezy kulturalne. To jest teatr, który ma wiele zasług w historii kulturalnej Grudziądza. Przede wszystkim jednak jest unikatowy, bo jedyny. To jest naprawdę bardzo ważna inwestycja dla Grudziądza. Jeżeli jako województwo mamy dbać o to, żeby poziom kultury był równy, a to jest jedna z marek województwa, żeby się rozwijał dobrze, to musimy również wesprzeć takie inicjatywy, jak modernizacja i rozbudowa teatru w Grudziądzu.

A wsparcie dla Teatru Kameralnego w Bydgoszczy nie byłoby zasadne? Bydgoszcz jest wielokrotnie większym miastem od Grudziądza, a ma tak naprawdę tylko jedną scenę teatralną.
- Ma jedną scenę teatralną, ale umówmy się - Bydgoszcz sobie świetnie z tą inwestycją poradzi.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Zbigniew Ostrowski

Nadbrygadier Janusz Halak

Nadbryg.Janusz Halak. Fot. Archiwum PR PiK
Nadbryg.Janusz Halak. Fot. Archiwum PR PiK
PR PiK - Rozmowa Dnia - Janusz Halak
Tragedia w koszalińskim escape roomie wstrząsnęła Polską. Trwają kontrole takich miejsc w całym kraju. Stwierdzono już ponad tysiąc nieprawidłowości. Co możemy powiedzieć o wynikach tych kontroli w naszym regionie? Co możemy radzić młodzieży, rodzicom, żeby mieli poczucie bezpieczeństwa w czasie zbliżających się ferii? Pytamy gościa Rozmowy Dnia, komendanta wojewódzkiego Państwowej Straży Pożarnej, nadbrygadiera Janusza Halaka.

Michał Jędryka: Tragedia w escape roomie w Koszalinie wzbudziła niepokój społeczny, aż premier się tym zainteresował. Czy wiemy już dokładnie, co tam się stało ? Czy znamy wszystkie okoliczności?

Janusz Halak: Nie wiemy. Postępowanie, zarówno prokuratorskie jak i postępowanie biegłego z dziedziny pożarnictwa cały czas trwa. Więc myślę, że jeszcze trzeba poczekać na wyniki tego postępowania.

M.J.: Z dotychczasowych ustaleń wynika, że bardziej niebezpieczne jest nieprzestrzeganie procedur, czy brak wyobraźni, czy jedno i drugie?

J.H.: Należy podkreślić, że zgodnie z przepisami, dokładnie artykułem czwartym ustawy o ochronie przeciwpożarowej, każdy właściciel, zarządca obiektu, zobowiązany jest do tego, żeby zapewnić bezpieczeństwo wszystkim użytkownikom, tym którzy się w takim obiekcie znajdują. I to jest taki podstawowy obowiązek. Tam, w tym obiekcie, spełnienia tego przepisu i zapewnienia bezpieczeństwa tym nastolatkom zabrakło.

M.J.: Ale to jest bardzo ogólny przepis, zapewnienie bezpieczeństwa. I pewnie tutaj i wyobraźnia i jakieś szczegółowe przepisy mają znaczenie?

J.H. Tak, to prawda. Jest to przepis o charakterze bardzo ogólnym, ale przecież mamy całe mnóstwo przepisów szczegółowych. Co prawda, one nie dotyczą wprost escape roomów, ale dotyczą dróg ewakuacyjnych, dotyczą pomieszczeń użyteczności publicznej, a do takich tego typu obiekty się zaliczają. I chociażby przepis, który mówi o tym, że należy zapewnić odpowiednie warunki ewakuacji.
Te przepisy są oczywiście szczegółowo opisane. Ja tutaj nie będę ich wymieniał, ale chociażby taki, który mówi o tym, że należy zapewnić możliwość bezpiecznego opuszczenia każdego pomieszczenia, każdego obiektu do bezpiecznej strefy albo na zewnątrz. Czyli w tym przypadku, w Koszalinie, zamknięte drzwi uniemożliwiły wyjście w sytuacji właśnie takiej krytycznej, awaryjnej, wyjście tym dziewczynom na zewnątrz, bo były po prostu zamknięte. I tutaj ten warunek nie był spełniony.

M.J.: Po tej tragedii rozpoczęły się kontrole w escape roomach w całym kraju. Jak wypadła ta kontrola w województwie kujawsko-pomorskim? Już wiemy, że 31 obiektów skontrolowano, a w 29 były nieprawidłowości.

J.H.: Tak. W większości obiektów skontrolowanych przez funkcjonariuszy Państwowej Straży Pożarnej stwierdzono nieprawidłowości. Na terenie naszego województwa znajduje się 39, z czego 4 - jeszcze przed rozpoczęciem kontroli - miały zawieszoną działalność. Skontrolowaliśmy 32 tego typu obiekty, a w 30 wykryliśmy nieprawidłowości.Tych nieprawidłowości było bardzo wiele, bo aż 159. Tylko w dwóch nie wykryto żadnych nieprawidłowości. Jeden obiekt to taki, który został otwarty przy okazji rozbudowy galerii handlowej w Bydgoszczy. Tam przy okazji odbierania części rozbudowanej, był również poddany kontroli. Nie stwierdzono nieprawidłowości i ten obiekt funkcjonuje. Natomiast, tak jak powiedziałem, w tych 30 stwierdzono wiele nieprawidłowości, głównie związanych z warunkami ewakuacji, ale również z brakiem wyposażenia tych obiektów w podręczny sprzęt gaśniczy, brakiem badań instalacji, które tam się znajdują, brakiem badań i również legalizacji podręcznego sprzętu gaśniczego.

M.J.: To jest bardzo niepokojąca skala tych nieprawidłowości, bo to to oznacza, że w ponad 90% obiektów nie było tego, co jest konieczne według przepisów. To oznacza brak świadomości, czy lekceważenie przepisów?

J.H.: Trudno powiedzieć. Myślę, że pewnie jedno i drugie. Natomiast takie mam wrażenie, że chyba zdecydowanie bardziej lekceważenie przepisów. Duża część tych obiektów, bo aż 1/3, była uruchomiona w budynkach mieszkalnych, domach jednorodzinnych. Co oznacza, że były one tworzone bez uzyskania zgody na zmianę sposobu użytkowania tych obiektów. Czyli doszło tam do pewnego lekceważenia tych wymogów, które są zawarte w obecnie obowiązujących przepisach. (...)

M.J. Co by pan radził organizatorom wypoczynku młodzieży, czy właścicielom tego typu klubów, escape roomów? Co powinni przede wszystkim zrobić, żeby uniknąć ryzyka?

J.H.: Oczywiście każdy prowadzący działalność gospodarczą zobowiązany jest do znajomości przepisów przeciwpożarowych. Natomiast w przypadku, gdyby miał wątpliwości czy obiekt jest bezpieczny, czy spełnia wymagania z zakresu ochrony przeciwpożarowej, to w każdej chwili może się zwrócić do Komendy Powiatowej czy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej na terenie naszego województwa i poprosić o przeprowadzenie takiej kontroli. I z pewnością żaden z komendantów nie odmówi takiej kontroli.

M.J.: Taka kontrola jest nieodpłatna? Można ją w każdej chwili przeprowadzić?

J.H.: Tak, oczywiście. Jesteśmy administracją państwową. Takie kontrole są nieodpłatnie prowadzone. Można poprosić o nie w każdej chwili.

M.J.: Czy sądzi pan, że w tej chwili stan infrastruktury przeznaczonej do wypoczynku młodzieży jest dobry?

J.H.: Jeżeli chodzi o wypoczynek dzieci i młodzieży, to mamy tutaj konkretne przepisy, które nakazują każdemu organizatorowi uzyskanie pozytywnej opinii Państwowej Straży Pożarnej przed zorganizowaniu wypoczynku. I Państwowa Straż Pożarna właśnie takich kontroli dokonuje i wydaje albo pozytywną albo negatywną opinię. Na podstawie tej opinii organizator może tenwypoczynek realizować,uruchamiać lub nie.

M.J.: A wtedy skala tych nieprawidłowości, czy jakiś zastrzeżeń które państwa mają przy tego typu kontrolach jest jaka? Czy też jest to koło 90% nieprawidłowości, czy jest to mniej?

J.H.: Z decydowanie mniej, ale to wynika z tego ,że te przepisy funkcjonują już od wielu, wielu lat. Te procedury - tak jak powiedziałem - w zakresie z konieczności uzyskania opinii Państwowej Straży Pożarnej - jest taki przepis, który o tym mówi -f unkcjonują od lat. Wobec powyższego ta skala jest zdecydowanie mniejsza.

M.J.: Myśli pan, że cała ta akcja po tragedii koszalińskiej poprawi stan bezpieczeństwa?

J.H.: Jeżeli chodzi o escape roomy, to zdecydowanie tak. Trzeba powiedzieć, że wszyscy uczymy się na błędach. Mówię tutaj również o organizatorach tego typu rozrywki. Zarówno kontrole, które prowadzimy, także zamknięcia obiektów - bo jeden taki przypadek mieliśmy na terenie województwa kujawsko-pomorskiego - powodują, że jest większa wrażliwość, zarówno samych organizatorów, ale również uczestników, którzy tam się znajdują i myślę, że z pewnością teraz będą takie przypadki, kiedy osoby będą prosiły o pokazanie możliwości ewakuowania się z obiektu.

Robert Szatkowski

Robert Szatkowski. Fot. Tomasz Kaźmierski
Robert Szatkowski. Fot. Tomasz Kaźmierski
Przeniesienie niektórych urzędów centralnych poza Warszawę to pomysł, który zdaniem mediów ma niebawem zaprezentować wicepremier Jarosław Gowin. W Bydgoszczy o wykorzystanie w tym celu budynku po regionalnej dyrekcji kolei apelują Jarosław Wenderlich - radny PiS oraz Robert Szatkowski - działacz Porozumienia. Robert Szatkowski był gościem poniedziałkowej Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK.

Michał Jędryka: 13 stycznia ma odbyć się kongres Porozumienia. W "Rzeczpospolitej" można było przeczytać, że Jarosław Gowin, szef tej partii, minister nauki zaprezentuje plan dotyczący tzw. deglomeracji. Co to jest deglomeracja?

Robert Szatkowski: Jest to wyprowadzenie urzędów centralnych z Warszawy. Jest to wielka szansa dla mniejszych miejscowości, gdzie, czy poszczególne poszczególne ministerstwa czy odpowiednie departamenty maja szansę właśnie zostać wysłane do innych miejscowości, co wiąże się z szeregiem korzyści dla tych miejscowości.

Jaki efekt ekonomiczny, społeczny chce Porozumienie uzyskać w ten sposób?

Każde ministerstwo czy każdy urząd wysokiej rangi generuje nie tylko miejsca pracy, ale całą otoczkę techniczną. Urzędnicy, którzy tam pracują, prawdopodobnie będą tam mieszkać, to też się wiąże z, być może, poprawieniem transportu. Deglomeracja ma również na celu powstrzymanie drenażu małych miejscowości z ludzi, którzy, nie ma co ukrywać, uciekają do Warszawy, a tam jest tak wiele instytucji, że warto część wyprowadzić właśnie do mniejszych miejscowości.

Już rozpoczyna się rozmowa na temat kto z tego skorzysta? Michał Zaleski, prezydent Torunia, napisał na Facebooku, że apeluje do parlamentarzystów ziemi toruńskiej o wsparcie tej inicjatywy, już odezwała się pani poseł Anna Sobecka, że tę inicjatywę poprze, a w Bydgoszczy, zarówno pan, jak i radny Jarosław Wenderlich, niezależnie od siebie, zaproponowaliście, żeby coś zrobić z budynkiem na ul. Dworcowej.

Tak się złożyło, że rzeczywiście z radnym Wenderlichem, faktycznie niezależnie, wpadliśmy na ten sam pomysł. Jest taka możliwość, żeby wykorzystać budynek po dawnej dyrekcji kolei, wydaje się, że tak wielki i reprezentacyjny gmach zasługuje, żeby usadowić tam odpowiednie instytucje czy urzędy.

Co mogłoby się znaleźć w tym gmachu?

Zależy od rangi. W tym budynku jest 8 tysięcy metrów kwadratowych, jest stosunkowo trudny do utrzymania, w tym roku przypada 130 lat od oddania do użytku. Tak duży uniwersytet jak UMK, oddał ten budynek, nie mogąc go utrzymać, nie mając odpowiedniej koncepcji. Jako ciekawostkę powiem, że wartość budynku jest oceniana na około 5 - 6 milionów złotych, a koszt remontu to około 20 milionów złotych, bo to jest zabytek. Taki urząd centralny mógłby ten budynek wyremontować. Każda nowa instytucja, która trafi do Bydgoszczy jest cenna, wzmacnia rangę naszego miasta. To wszystko zależy od polityków, tak jak prezydent Zaleski, powinni już reagować, trzymać rękę na pulsie i lobbować z Bydgoszczą, za sprowadzeniem tutaj instytucji. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Robert Szatkowski
1234567