duży kontrast mapa strony
Strona startowa » Rozmowa dnia

Rozmowa dnia

Piotr Król

Piotr Król, Fot. Archiwum PR PiKGościem Rozmowy Dnia był poseł Piotr Król - członek sejmowej komisji infrastruktury. Tematem były prace mające na celu likwidację zagrożeń dla ludzi i przyrody, jakie pozostawiły po sobie Zakłady Chemiczne Zachem i przyszłość bydgoskiej PESY.

Marcin Kupczyk: Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że znajdzie się ponad 93 mln zł na zatrzymanie zanieczyszczeń z byłego Zachemu. Dzięki tym pieniądzom mają powstać dwie zapory złożone z sieci studni, mające chronić mieszkańców Łęgnowa i obszar Natura 2000 przed katastrofą ekologiczną, a ta jest bardzo blisko jak mówią naukowcy. Posłużę się cytatem - doktor habilitowany Mariusz Czop z AGH w Krakowie: "Kiedyś to miejsce oglądali goście z zagranicy, łapali się za głowę, patrzyli na ten zdegradowany krajobraz, rdzewiejące rury, na beczki, odcieki i pytali - Boże, jak to możliwe, że nikt tego nie porządkuje i dlaczego nie ma tu żadnych zabezpieczeń?". Krakowski naukowiec kierował zespołem badającym tereny po dawnym Zachemie. Czy te 93 mln zł to wystarczająco kwota?

Piotr Król: Na to zadanie z całą pewność, natomiast żeby rozbroić tę całą bombę to jest dopiero początek. Pamiętam, że jak 2 lata temu zająłem się tą sprawą, to część osób patrzyła na mnie z dość dużym niedowierzaniem, że coś się da z tym zrobić. Cieszę się, bo to jest jeden z priorytetów Ministerstwa Środowiska, zresztą sama obecność wiceministra o tym świadczy, miałem przyjemność z panem ministrem wizytować ten teren i miejsce, gdzie była dawna zapora tych studni, która niestety została wyłączona, to miejsce, gdzie są planowane te dwie nowe studnie, miejsce, które jest podejrzewane o największą emisję zanieczyszczeń wód gruntowych. Minister na własne oczy chciał zobaczyć, jak to wygląda.

Zanieczyszczenia przesuwają się w glebie....

Na tym polega problem. (...) Te wody przesuwają się cienkimi strużkami, a kłopot polega na tym, że między linię Wisły a na terenem dawnego Zachemu mieszkają ludzie, a po drugie jeszcze dalej jest Wisła, więc po pierwsze trzeba chronić tych mieszkańców, a po drugie nie dopuścić do tego, żeby skażenie dostało się do rzeki.

Czy nie za późno te działania zostały podjęte?

Myślę, że przede wszystkim trzeba powiedzieć o tym, że - patrząc z perspektywy czasu - wydaje się, że Zachem nie musiał upadać. Gdyby istniał Zachem to byłby podmiot, który byłby za to odpowiedzialny, od którego można byłoby to egzekwować. jaki jest główny problem teraz? Nie ma odpowiedzialnych. W ustawie się niby mówi, że w przypadku upadku tego typu podmiotów odpowiedzialna jest Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, no ale jak Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska z kilkudziesięcioma pracownikami ze skromnym budżetem miała zająć się rewitalizacją terenu, na którym można by spokojnie postawić małe miasto, bo przecież o takim obszarze mówimy.

A propos obszaru - naukowcy szacują się skażony już obszar obejmuje 2,5 tys. hektarów, a zanieczyszczenia jak zauważają przemieszczają się sukcesywnie. Część z nich niebezpiecznie zbliża się do innych bydgoskich osiedli, część płynie w kierunku obszaru chronionego Natura 2000, najpierw do Wisły.

To jest to, o czym mówiłem...

Seria studni?

Tak i przepompowni, które będą powodowały, że te zanieczyszczenia nie będę miały szansy wydostawać. Może powiedzmy o tych pieniądzach, żeby było wiadomo kto i za co jest odpowiedzialny. To są środki, które Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Bydgoszczy otrzymuje z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i ogłosi przetarg na wykonanie tych instalacji . Podkreślam, że te instalacje będą wykonane na terenie Skarbu Państwa czy na terenie Lasów Państwowych i 10 lat Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska będzie nad tym sprawowała nadzór - sprawdzając jakie są wyniki ekologiczne. Natomiast w mojej ocenie to jest pierwszy krok do tego, żeby tę sprawę załatwić i z drugiej strony dalej z tą pewnością, ci którzy będą albo już są właścicielami tych składowisk, będą zobowiązani do tego, żeby je usuwać. Więc krok po kroku, ze względu na tę skomplikowaną sytuację własnościową - przede wszystkim to, że Zachem formalnie nie istnieje, jest tylko syndyk, sprawa z całą pewnością trwa zbyt długo - ale pragnę podkreślić, że to są pierwsze realne, naprawdę duże pieniądze i w tym, jak się można spodziewać długim procesie, jednak bardzo realny krok do tego, żeby tę bombę ekologiczną po prostu skutecznie rozbroić.

Te 93 mln zł to oczywiście jest spora kwota, wreszcie pierwsza tak duża, ale oczywiście że niewystarczająca. Czy o następne pieniądze trzeba będzie walczyć, czy dla decydentów jest to jasne, że one będą musiały się znaleźć.

Z całą pewnością cieszę, że z tego zaproszenia pan wicemister skorzystał, no bo zobaczenie na własne oczy tego jak to wygląda i w jakim stanie to jest, jakiego obszaru dotyczy. Jedno to jest pisanie pism, drugie to jest to zobaczenie na własne oczy, więc z całą pewnością w resorcie środowiska mamy sojusznika. Zresztą pan minister mówił na konferencji, że w resorcie działa właśnie zespół, który tego typu sprawami się zajmuje. Ta ostatnie nowelizacje dotyczące prawa o składowaniu odpadów, to właśnie są autorstwa tego zespołu i między innymi te zmiany, które będą też zachodziły, też mają dotyczyć tego typu terenów jak Zachem. To jest dla nas w cudzysłowie "dobrze", że jakby ten nasz problem jest największy. Te problemy na przykład na Śląsku są znacząco mniejsze, więc trudno sobie wyobrażać, żebyśmy na tym zakończyli. Mam świadomość tego, że to jest długi proces, ale udowadniamy, że coś realnego w tym w tym przypadku robimy.

Panie pośle, zmieńmy temat. Negocjacje z Polskim Funduszem Rozwoju w sprawie inwestycji w bydgoską Pesę - na jakim są etapie, bo tu i ówdzie możemy słyszeć, że jednak ten sztandarowy, flagowy zakład, którym cała Bydgoszczy się chwali popadł w kłopoty.

Myślę, że tutaj można zastosować pewną analogię. W mojej ocenie Zachem nie musiał upaść i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Nie byłoby w tej chwili tylu kłopotów, zastanawia się kto jest za co odpowiedzialny, szukania i tak dalej. I zaczynam nie bez kozery od tego, rząd Platformy i PSL pozwolił na to, żeby wtedy największy pracodawca w Bydgoszczy, czyli Zachem upadł. Rzeczywiście zgadzam się z tym, że Pesa jest naszym okrętem flagowym, no i trzeba powiedzieć, że jej problemy zaczęły się również za tamtych rządów. Mam tutaj na myśli kontrakt na darty - z jednej strony jak zagraniczne producent dostarczał pociągi 2 lata później - miał dostarczyć na Euro 2012, a dostarczył grudniu 2014 to nie było problemu, a jak Pesa się spóźniła kilka tygodni, to jej zaczęto naliczać potężne kary. Trzeba pamiętać o tym, że różnica polega na tym że Pesa jest tej chwili prywatnym podmiotem, ale z całą pewnością choćby przez ilość i to, że wyszła od peerelowskiego zakładu, który naprawiał wagony,a udało się przekształcić ten podmiot w nowoczesną firmę, która produkuje nowoczesne składy, począwszy od tramwajów, a na na pociągach skończywszy, które właściwie jeżdżą po całej Europie. Myślę, że w ciągu kilku dni będzie bardzo dobra wiadomość dla Bydgoszczy, a szczególnie w kontekście tego kontraktu, który Pesa ma dla kolei niemieckich, który jest naprawdę potężny - 71 pojazdów. Myślę, że naprawdę stosunkowo niedługo będzie bardzo dobra wiadomość polegająca na tym, że Pesa finansowo stanie mocno na nogach i te kwestie negocjacji, o których mówił pan redaktor, zakończą się z dobrym skutkiem.

Mówimy o przedsiębiorstwie prywatnym, a tymczasem słyszymy o tym, że spore publiczne pieniądze mają być tam kierowane...

Tak, dlatego zacząłem od Zachemu. Wydaje się, że w przypadku niektórych podmiotów tak istotnych dla gospodarki - a proszę pamiętać, że fabryka Pesy w Bydgoszczy to jedno, ale drugie to jest cały konglomerat różnego rodzaju dostawców, poddostawców, firm, które kooperują. To są naprawdę duże ilości, a jak pan popatrzy jeszcze przez pryzmat tych podmiotów - na liczbę ludzi zatrudnionych - to jest naprawdę spora gałąź rynku, nie tylko w regionie, ale w ogóle w Polsce i Pesa jest jednym z elementów rządowego programu Luxtorpeda 2.0, który tej chwili będzie również przystosowany do realizacji Centralnego Portu Komunikacyjnego. Jestem gorącym zwolennikiem wolnego rynku, natomiast tutaj uważam i będę bronił tej decyzji, że to jest bardzo dobra decyzja, polegająca na tym, że firma, być może na jakiś czas, będzie nad nią kontrola Polskiego Funduszu Rozwoju, ale z cała pewnością stanie na nogi i rozwinie się i zrealizuje ten potężny kontrakt dla Deutsche Bahn...

... i wtedy państwo odstąpi, wycofa się z Pesy?

Najpierw zróbmy ten pierwszy krok, a potem zobaczymy... Można było patrzeć i ewentualnie mogło dojść negatywnego scenariusza, albo Pesa mogła upaść...

Mogła upaść albo można było jej pomóc, to chce pan powiedzieć...

Bardzo duży skrót myślowy, ale jest coś na rzeczy... Okrętom flagowym czasem trzeba pomóc po to, żeby wypłynęły na jeszcze szersze wody.

Czy to prawda, że Polski Fundusz Rozwoju nakłania czy tez zmusza banki i na przykład PZU, aby wykładały jakieś pieniądze w kredytach, czy liniach kredytowych na ratowanie Pesy?

To bzdura. Każda firma, która zaciąga go na określonych warunkach. Nie ma żadnego wpływu Polskiego Funduszu Rozwoju na banki. Ci, którzy są nieżyczliwi Bydgoszczy, nieżyczliwi Pesie rozpowiadają różne niekorzystne opinię. Mam nadzieję, że już niedługo Pesa stanie na nogi i będziemy jeszcze bardzo z niej dumni.

Jan Szopiński

Jan Szopiński. Fot. ArchiwumCzy pomnik Kazimierza Wielkiego powinien zostać przeniesiony na Stary Rynek w Bydgoszczy? Dlaczego na etapie projektowania nie myślano o większej widowni na nowym - olimpijskim basenie Astorii? Czy Stowarzyszenie Piłkarskie Zawisza powinno wrócić na obiekty przy ul. Gdańskiej? Rozmowa Dnia z Janem Szopińskim - wiceprzewodniczącym Rady Miasta w Bydgoszczy (SLD).

Magda Jasińska: Prowadził pan obrady na ostatniej sesji Rady Miasta, no i działo się na niej panie przewodniczący. Czy pana zdaniem zwycięży koncepcja przeniesienia Pomnika Kazimierza Wielkiego na płytę Starego Rynku w Bydgoszczy?


Jan Szopiński: Ja tę sesję nie tylko prowadziłem, ale i zwołałem na wniosek prezydenta Bydgoszczy. Miała ona charakter nadzwyczajny. Przewodniczący Rady Miasta przebywa na urlopie, w związku z tym to ja byłem jej gospodarzem.

Wracając do pomnika...

Zrobił się wakacyjny, ciekawy temat dla państwa dziennikarzy - czy pomnik ma być na Starym Rynku czy nie.

Nie my go wywołaliśmy...

Zgoda, ale też nie Rada Miasta go wywoływała i stąd moje zaskoczenie, które było na tej sesji, gdzie ten pomnik powinien stać. Otóż moim zdaniem dyskusję o tym, gdzie on powinien być usadowiony skończyliśmy w roku 2016, bo właśnie wtedy w imieniu prezydenta Zarząd Dróg i Komunikacji Publicznej prowadził bardzo długie konsultacje w kwestii dotyczącej jak ma wyglądać Stary Rynek w Bydgoszczy - centralne miejsce w mieście i w owych konsultacjach padła również propozycja dyslokacji tego pomnika na Stary Rynek. Zarówno autorytety naukowe, jak i autorytety administracyjne wypowiedziały się wtedy, że jest to niemożliwe. No i tak to jest. Natomiast dzisiaj pytanie prezydenta, że trzeba szybko coś zrobić, bo trzeba coś przed projektować itd. wiąże się z kilkoma kwestiami. Po pierwsze - jest podpisana umowa z wykonawcą modernizacji Starego Rynku. Zatem trzeba by tę umowę w jaki sposób przemodelować. Po drugie - trwają tam pracę i po trzecie - powiedziałbym, że to, co usłyszeliśmy nie wskazywało na to, aby Rada Miasta miała się tym projektem zajmować, bo to była ustna wypowiedź pana prezydenta, która nie była poparta ani opinią Rady do spraw estetyki ani opinią chociażby twórcy pomnika, którym ten pomnik projektował pod obecną lokalizację.

Chociaż prezydent powoływał się właśnie na Radę do spraw estetyki...

Pan prezydent powoływał się, natomiast w swojej wieloletniej działalności i administracyjnej i samorządowej jestem zwolennikiem rozwiązania, w którym na piśmie otrzymujemy opinie tej Rady estetyki. Co nagle sprawiło, że Rada estetyki mając lat tyle do dyspozycji i mogąc wypowiadać się w tej kwestii dopiero wypowiedziała się teraz, kiedy trwają tam prace.

A pana zdaniem ten pomnik można byłoby przenieść na Stary Rynek?

Ja jestem do tej pory do tego stopnia zszokowany, że nie wiem czy na Starym Rynku mamy mieć dwa pomniki czy jeden pomnik? Natomiast wtedy, kiedy mieszkańcom Bydgoszczy mówiliśmy, że miejsca na Starym Rynku jest tak mało, że Pomnik Walki i Męczeństwa musimy przesunąć, aby mogły się tam odbywać różnego typu imprezy, aby było tam więcej miejsca, to na dziś wstawiając jeszcze jeden pomnik musimy całą filozofię tej wypowiedzi zmienić.

Jak rozumiem pan nie widzi takiej możliwości.

Powinniśmy mieszkańców Bydgoszczy zapytać czego chcą. My jesteśmy służebni wobec mieszkańców - zarówno ja, jak i prezydent, jak i Rada Miasta.

Czyli referendum tej sprawie?

Referendum nie, ale konsultacje. Tak jak w 2016 roku, ale przedstawmy najpierw wizualizację jak to ma wyglądać, gdzie ten pomnik ma być.

Zmieńmy temat. Bydgoski radni dali zielone światło budowie nowego basenu Astoria. To ma być basen o wymiarach olimpijskich - 50-metrowy, ale tutaj mamy problem, bo widownia na 450 miejsc trochę mała.

Mała, to prawda. Byłem zwolennikiem po pierwsze przeprojektowania tego obiektu, albowiem z istniejących w Polsce piętnastu pływalni olimpijskiej ta nasza bydgoska będzie pod względem widowni niestety najmniejsza. W kwietniu trafili do mnie rodzice zawodników - juniorów bądź młodzików, którzy uczestniczą w ogólnopolskich zawodach pływackich mówiąc, że ten obiekt jest trochę mały z punktu widzenia oczekiwań mieszkańców. Na dziś mamy sytuację, że rzeczywiście rada dała panu prezydentowi w tej sprawie zielone światło. Niemniej umówiła się, że prezydent ma w ten sposób myśleć, rozumować, postępować, aby była tam możliwość dostawienia dodatkowych trybun wtedy, kiedy będą ogromne zawody.

Tymczasem już wczoraj pojawiły głosy naszych Słuchaczy, że na to może nie wyrazić zgody Sanepid - żeby dostawiać tam jakie krzesełka...

To prawda, sam byłem zwolennikiem przeprojektowania. Z osobami, z którymi rozmawiałem omówiłem to i one wyliczały, że to byłaby kwestia pół roku - zmiany obecnej koncepcji, przeprojektowania. Jasne, że pociągnęłoby to również zwiększenie wydatków. Za każdym razem jest coś za coś. Prezydent w trakcie sesji, mówiąc już stosunkowo uczciwie, opowiadał, że zewnętrzne atrakcje, które tam miałyby powstać, czyli wodny plac zabaw uległby zmniejszeniu i i kwestia dotycząca kosztów to byłoby zwiększenie od 25 do 35 milionów zł. Niemniej jestem zwolennikiem za każdym razem tego typu decydowania, żeby mieszkańcy mieli szansę wypowiedzenia się w danej sprawie. Po naszej stronie, po stronie samorządu, niestety nikt Kujawsko - Pomorskiego Związku Pływackiego nie zapytał. Dopiero ja zapytałem, chyba z miesiąc temu, jak to jest, jakie w Polsce mamy pływalnie czy czy ta nasza przypadkiem nie będzie najmniejsza.

Podobny błąd został już popełniony przy budowie Torbydu. Lodowisko ma tak małą widownię, że różnego rodzaju imprezy komercyjne odbywają się w Toruniu.

Uczciwie trzeba powiedzieć, że żadna rewia lodowa nigdy Bydgoszczy nie nawiedzi, że wtedy, kiedy będzie atrakcyjnym mecz hokeja na lodzie to 297 miejsc zostanie wyprzedanych do ostatniego miejsca. Kiedy w Bydgoszczy był pierwszy mecz hokeja na lodzie po wielu latach sam stałem w kolejce i tych, którzy nie dostali biletu na te mecze było dosyć sporo.

No ale pan wchodzi akurat bez problemu.

Bilet pamiątkowy mam do dzisiaj. Uczciwie stałem w kolejce i kupiłem bilet.

Dzisiaj nadzwyczajne posiedzenie Cywilno-Wojskowego Związku Sportowego Zawisza, będzie dyskutowana kwestia po wydaniu wyroku sądu apelacyjnego czy wpuścić Stowarzyszenie Piłkarskie Zawisza, a tym samym i drużyny na obiekt przy ulicy Gdańskiej. Jak można tę sprawę, mówiąc kolokwialnie, załatwić?

Moim zdaniem dyskusja czy wpuścić nie jest prawidłowa, bo wyrok sądu jednoznacznie stanowi, że Stowarzyszenie jest członkiem CWZS-u, a jeżeli jest członkiem Związku, to ma prawo, tak jak pozostałe inne związki, które należą do CWZS-u do korzystania z tych obiektów. Dzisiaj to jest inna kwestia - kiedy strony się rozstają, to padają różnego typu inwektywy. W jaki sposób zapomnieć to, co było? Powiedzieć sobie, że mamy stan zerowy, zapominamy to, co było i idziemy razem do przodu, budując wielkość CWZS-u, budując wielkości w Bydgoszczy, w której wszyscy powinni mieć miejsce do uprawiania sportu. Dzisiaj jest sytuacja tego typu, że im strony bardziej zapomną to, co było i powiedzą idźmy razem do przodu, tym lepiej dla naszego miasta, tym lepiej dla funkcjonowania sportu.

Czy miasto powinno się włączyć w rozwiązanie tej sprawy?

Moim zdaniem tak. Miasto nie powinno w tej kwestii ingerować, natomiast nie byłoby żadną przeszkodą i nie byłoby źle zrozumiane, gdyby to, co przed momentem powiedziałem, przyszedł ktoś z Ratusza i dokładnie powiedział, że życzeniem Ratusza jest, aby w ten sposób trwała debata. Moim zdaniem strony zrozumiałyby, że miastu zależy i jednych i drugich, bo z wyrokami sądu nie należy dyskutować. Wyrok sądu jest jednoznaczny.

Czyli właściwie możemy liczyć na to, że od nowego sezonu V liga Zawisza...

...to po dzisiejszych obradach. Ja nie jestem członkiem CWZS-u, natomiast wydaje mi się, że tak to powinno być. Logika tak wskazuje.

Czy w Bydgoszczy nadal funkcjonuje koalicja PO-SLD?


Nie dość że PO-SLD, to jeszcze SLD idąc do wyborów było SLD Lewica Razem. Tak, ta koalicja istnieje, nic nie zmieniło.

Nic się nie zmieniło w tej szorstkiej przyjaźni, którą widzimy podczas sesji.

To nie była szorstka przyjaźń. Kiedy prowadziłem te obrady, występowałem w imieniu Rady - jako jakby pierwszy radny tego dnia - aby Rada była szanowana i wtedy, kiedy dyskutujemy o czymś, co ma być w Bydgoszczy, aby robić to na równych prawach.

Tomasz Latos

Tomasz Latos, fot. Archiwum PR PiKMinisterstwo Zdrowia zaprezentowało nową politykę lekową na lata 2018-22. W dokumencie jest mowa o bezpieczeństwie produkcji, dostępności leków, czy refundacji. Na czym ma polegać nowa polityka lekowa? Co z tego będą mieli pacjenci ? Czy leki będą tańsze i bardziej dostępne? Na te i inne pytania odpowiada poseł Tomasz Latos, członek sejmowej komisji zdrowia.

Marcin Kupczyk: Ministerstwo Zdrowia zaprezentowało kilka dni temu nową politykę lekową na lata 2018-2022. Dokumentów obszerny, 110 stron. Jest tam mowa o bezpieczeństwie produkcji, dostępności leków, także o refundacji. Na czym ma polegać ta nowa polityka lekowa? Co będą z tego mieli pacjenci? Czy leki kiedyś staną się tańsze, czy może bardziej dostępne dla pacjentów? Polacy płacą bardzo dużo za leki. Współpłacenie jest jednym z najwyższych w Europie, sięga u nas 46%. A do tego jeszcze leki są drogie. Mimo, że droższe są gdzie indziej, jednak my musimy relatywnie wydawać na nie więcej.

Tomasz Latos: - Tak, rzeczywiście. W wyniku różnego rodzaju negocjacji z koncernami farmaceutycznymi ceny leków w porównaniu z krajami ościennymi są niskie. To jest jedną z przyczyn wywożenia leków z Polski, ponieważ jest bardzo duża różnica cenowa między na przykład ceną leku w Polsce a ceną leków w Niemczech. Natomiast jednocześnie w tych innych krajach, chociażby właśnie w Niemczech, jest wysoka refundacja, czyli pacjent płaci relatywnie niewiele. W większość krajów jest to kilkanaście procent, w Polsce to było około 30%. Jest to dużo. Oczywiście są leki ryczałtowe, gdzie płacimy wyłącznie ryczałt i tutaj to współpłacenie jest znikome. Myślę tu o pewnej średniej, którą przeciętnie pacjent zostawia w aptece. Oczywiście jest ten program "Opieka 75 +". Podjęliśmy decyzję, że dla seniorów 75 plus będą darmowe leki. Oczywiście nie wszystkie. Kilkaset milionów złotych co roku wpływa na ten program. To oznacza, że seniorzy nie wykupili leków za kilkaset milionów złotych, lecz zostały im one przekazane za darmo. Pojawia się dyskusja, kto ma prawo wypisywać te darmowe leki. Chciałoby się otworzyć szerzej tę furtkę, aby to nie byli wyłącznie lekarze rodzinni. Problem polega na tym, że w Polsce - mimo że nasi poprzednicy wydali około pół miliarda złotych na programy informatyczne - do dzisiaj system informatyczny nie działa. W związku z tym nie ma żadnej możliwości monitorowanie przepływu wypisywanie leków, kolejek. Wprowadziliśmy niedawno program i przyjęliśmy ustawę o e-recepcie, więc to jest właśnie krok w tym kierunku, aby ten system w pełni monitorować. I wtedy będzie można poszerzyć spektrum osób, które będą wypisywać darmowe recepty.

Chciałbym, aby liczba papierów malała a rosły te 5-letnie przeżycia pacjentów - tak powiedział doktor Leszek Borkowski, farmakolog prezes fundacji "Razem w chorobie". - Jeśli uświadomimy sobie, że co roku około 20 000 osób umiera tylko dlatego, że leczy się w Polsce, to powinno zmusić nas wszystkich do zmian. Nie chodzi o fajerwerki, ale o marsz drobnymi krokami w jedną stronę. Odnoszę jednak wrażenie, że nie zawsze mamy wytyczony jasny kierunek dokąd zmierzamy. Czy ten program lekowy ma tę sytuację poprawić, o której mówi tutaj prezes fundacji "Razem w chorobie"?

- No tak, bo ministerstwo dostrzega te wszystkie problemy. Pamiętajmy, że to jest kwestia nie tylko środków przeznaczonych na refundację, ale to jest kwestia związana w ogóle nakładami na ochronę zdrowia. Czyli jeżeli zwiększyliśmy nakłady na ochronę zdrowia ustawą, chcemy dojść do tego 6% produktu krajowego brutto, to między innymi z tego powodu.

Lekarze mówią, że to za mało...

- No tak, ale od czegoś trzeba zacząć. To jest jakby nie liczyć przy prawie 90 miliardów złotych nakładów na ochronę zdrowia. Czyli ten 1%, przy zwiększeniu z 4,9 do 6 %, to jest około 20 miliardów złotych w ciągu roku. To są gigantyczne pieniądze. Jeżeli mówimy, że zadłużenie wszystkich szpitali w Polsce wynosi około 12 miliardów złotych, to proszę zobaczyć jaka to jest skala takie zwiększenie nakładów. Ale wracając do leków. Jest pewna kwota w planach Narodowego Funduszu Zdrowia przeznaczona na refundację leków i za naszych poprzedników, ale także i na początku naszych rządów tak się składało, że nawet ta kwota nie była w pełni wykorzystana - z różnych powodów, ale tak to było. W tej chwili ta kwota, z tego co mi wiadomo, jest nie tylko wykorzystana ale jest wręcz przekroczona i to pokazuje też zmianę podejścia obecnej władzy do polityki lekowej. Jeżeli co 2 miesiące dokonuje się korekty na liście leków refundacyjnych. Oczywiście za każdym razem jest niedosyt. Są osoby niezadowolone. Trzebaby zrobić więcej, lepiej, ale jednak idzie to w kierunku poszerzenia dostępności leków refundowanych dla pacjentów i kwotę, która wydawała się nie do osiągnięcia, my nie tylko realizujemy, ale jeszcze przekraczamy.

Czy refundacja obejmie większy pakiet leków? Wydłuży się lista tych leków, pacjenci z ulgą będą wychodzić z apteki, że jeszcze trochę im zostało grosza w portfelu?

- Ja jestem zwolennikiem, żeby dokładać więcej, odważniej, nowych innowacyjnych leków. To jednak kosztuje. Jednak trzeba iść z pewnym duchem czasu, z postępem. Czyli mamy dwojakiego rodzaju problem. Z jednej strony to są leki generyczne, często leki polskie, które po zakończeniu ochrony patentowej produkują również inne firmy. Są identyczne co do działania, a są dużo tańsze. Z drugiej strony trzeba odważniej wprowadzać leki nowacyjne, nowoczesne. Organizacje pacjenckie bardzo często właśnie o tym mówią, że w Polsce często zbyt zachowawczo podchodzi się do nowych terapii. Wiadomo one są drogie i często wymyśla się, jaki jeszcze znaleźć powód, żeby opóźnić wprowadzenie tych leków. Trzeba to robić odważnie. Z tego co wiem, ministerstwo to robi dużo odważniej niż to było do tej pory i wraz ze zwiększeniem nakładów na ochronę zdrowia na pewno w tym kierunku będziemy iść.

Dominik Gajewski

Dominik Gajewski. Fot. konfederacjalewiatan.plSejm przed tygodniem przyjął tzw. pakiet odpadowy, którego skutkiem ma być uszczelnienie przepisów oraz walka z patologiami w gospodarce śmieciowej. Teraz projektami ustaw zajmuje się Senat. Głosowanie przewidziano na koniec obecnego posiedzenia. Czy nowe prawo uporządkuje tę branżę, wyeliminuje niewyjaśnione dotąd pożary składowisk, m.in. w naszym regionie? Jak oceniają proponowane zmiany przedsiębiorcy? Czy nowe przepisy zmniejszą udział szarej strefy w sektorze odpadowym? O tym w "Rozmowie dnia" w Polskim Radiu PiK. Gościem Magdy Jasińskiej był Dominik Gajewski - radca prawny i ekspert Konfederacji Lewiatan.

Magda Jasińska:Co można powiedzieć, co się zmieni po wprowadzeniu tej nowelizacji?

Dominik Gajewski - Jako Konfederacja Lewiatan popieraliśmy inicjatywę ustawodawczą dotyczącą uszczelnienia systemu odpadowego, wskazywaliśmy na konieczność ograniczenia nieprawidłowości w tym zakresie, w szczególności w zakresie bezprawnego porzucania odpadów. Jednakże wskazywaliśmy iż rozwiązania, które powinny zostać zaproponowane, muszą być proporcjonalne i nienadmierne. Niestety, niektóre z tych rozwiązań, które zostały przyjęte przez Sejm, tego warunku nie wypełniają. Cieszymy się z tego, że na skutek uwag zgłoszonych m.in. przez Konfederację Lewiatan, ustawa w stosunku do pierwotnej wersji została w znaczącym stopniu poprawiona. Jednakże widzimy kilka aspektów, które mogą wpłynąć na jakość później wykonywanych przepisów

Dokładniej mówiąc, o który przepis chodzi?

- Jest wiele takich przepisów. Zarzucamy m.in. tej ustawie być może niezgodność z rozporządzeniem unijnym 1013, dotyczącym przemieszczania odpadów, w szczególności w sytuacji, w której ostałby się całkowity zakaz importu odpadów pochodzących z odpadów komunalnych. W naszej ocenie może to pozostawać niezgodne z prawodawstwem unijnym obowiązującym wprost, wpływając tym samym na ograniczenie swobody przepływu towarów z tzw. "zielonego załącznika" czyli takich odpadów, które mają dużą wartość ekonomiczną, gospodarczą, a nie stwarzają żadnego zagrożenia tzw. środowiskowego.

Czy dobrze rozumiem, że chodzi o odpady np. opakowaniowe z metali?

- M.in. o tego typu odpady chodzi. Na ostatnim etapie prac w Senacie ten zakaz został złagodzony, ponieważ wyłączone zostały odpady zbierane selektywnie, przeznaczone do recyklingu. Należy się zastanowić, czy to wyłączenie jest wystarczające. Czas pokaże.

A czy przepisy dotyczące chociażby możliwości składowania odpadów na składowiskach tylko przez rok - do tej pory mamy taką możliwość przez 3 lata - czy to w jakikolwiek sposób może uporządkować obecny stan rzeczy?

- Źle, że te rozwiązania są wprowadzane tak szybko, ponieważ to ograniczenie, to zmniejszenie czasu magazynowania odpadów z trzech lat do jednego roku spowoduje dodatkowe koszty po stronie przedsiębiorców, którzy w trakcie, nazwijmy to, roku budżetowego będą musieli się przeorganizować, ponieważ będą musieli się dostosować do tego wymogu, iż okres magazynowania będzie ograniczony do roku - to wymaga ponownej kontraktacji przeprowadzenia być może zamówień publicznych w tym zakresie, to może generować koszty. Tutaj potrzebny jest dłuższy "vacatio legis" względem tego, co zaproponował ustawodawca. Sam mechanizm jest OK. Jego wykonanie może być trudne w praktyce, z uwagi właśnie na pośpiech przy w stanowieniu tych regulacji.

A wprowadzenie kaucji finansowej zabezpieczy Pana zdaniem te samorządy przed chociażby porzucaniem śmieci?

Samo wprowadzenie kaucji finansowej, zabezpieczenia finansowego oceniamy pozytywnie co do zasady. Niestety, w szczegółach w naszej ocenie obowiązek ustanowienia kaucji jest zbyt szeroko zakreślony zarówno przedmiotowo i podmiotowo. W związku z tym, co do zasady stanowi dobre rozwiązanie - w praktyce będzie dotyczyło zbyt wielu podmiotów, które gospodarują odpadami które zajmują się gospodarowaniem odpadami.

Dlaczego dochodzi do umyślnych pożarów składowisk? Ktoś już zarobił na tym i chcę porzucić te składowisko?

- To, czy były to pożary umyślne, czy nieumyślne zostanie ocenione w innych postępowaniach, pewnie w postępowaniach karnych. My możemy tylko i wyłącznie przypuszczać, że kończył się trzyletni okres możliwego magazynowania odpadów. Możemy również przypuszczać, że wpłynął na to zakaz eksportu odpadów wprowadzony przez Chiny... to są tylko przypuszczenia. Jednakże te przypuszczenia pewnie układają się w jakąś logiczną całość i ta wiedza istniała po stronie zarówno Inspekcji Ochrony Środowiska jaki resortu środowiska.

Czy wprowadzone zmiany Pana zdaniem zmniejszą udział "szarej strefy" w sektorze odpadowym?

- Projekt tej ustawy był procedowany w pośpiechu, bez odpowiednio przeprowadzonych konsultacji społecznych. I to jest wada, jest on niedopracowany pomimo że co do zasady Zgadzamy się z nim, jest on niedopracowany. W mojej ocenie podlegał on tak zwanej notyfikacji technicznej, notyfikacji przepisów technicznych, to nie zostało przeprowadzone. W związku z tym ja widzę tutaj wadliwość procesu legislacyjnego mogące skutkować tym, że te zmiany - pomimo że słuszne co do zasady - mogą okazać się nieskuteczne w praktyce. Brak notyfikacji powoduje w prawodawstwie unijnym skutek taki, że zmiany legislacyjne uznawane są za nieważne. Znów pośpiech w stanowieniu prawa być może przesądzić o tym, że te zmiany, które są potrzebne, okażą się nieskuteczne.

Piotr Król

Piotr KrólDlaczego kandydatem Zjednoczonej Prawicy na prezydenta Inowrocławia został Ireneusz Stachowiak, a nie nie Marcin Wroński? Komitet polityczny PiS zdecydował, że w wyborach samorządowych nie będą mogli startować kandydaci zajmujący wysokie stanowiska w spółkach skarbu państwa. Czy skomplikuje to tworzenie list wyborczych w naszym regionie? Rozmowa Dnia z posłem PiS Piotrem Królem.

Maciej Wilkowski: Dlaczego kandydatem Zjednoczonej Prawicy na prezydenta Inowrocławia został Ireneusz Stachowiak, a nie Marcin Wroński?

Piotr Król: Prawo i Sprawiedliwość występuje jako Zjednoczona Prawica i mamy koalicjantów. W związku z tym, że tam [w Inowroclawiu - dop.red.] są dwaj mocni kandydaci reprezentujący dwie partie wchodzące w skład Zjednoczonej Prawicy, została podjęta decyzja, że to ich reprezentant będzie naszym wspólnym kandydatem.

A dlaczego tak długo trzeba było czekać na tę decyzję skoro kandydatów na prezydentów Bydgoszczy, Torunia, Włocławka i Grudziądza znamy już od dłuższego czasu?

Bo najpierw wskazaliśmy naszych kandydatów, a tutaj, jak się domyślam, trwała jakaś dyskusja i zarówno między między koalicjantami jak i centralą naszej partii. Natomiast wydaje się, że im szybciej się tego kandydata ogłasza tym lepiej, bo ten taki okres niepewności raczej nie sprzyjał czy budowaniu programu czy gromadzeniu informacji, które będą potrzebne czy znajdowaniu kandydatów, w tym przypadku do rady miejskiej. Dobrze, że ta decyzja jest.

Wróćmy do mojego pierwszego pytania - dlaczego Stachowiak a nie Wroński?

Obaj panowie mieli z całą pewnością swoje swoje zalety i pewne argumenty za nimi przemawiały. Jak jest dwóch, to tak jak w piłce nożnej, przynajmniej od fazy pucharowej - ktoś musi wygrać i ktoś musi przegrać. Natomiast mam nadzieję, że Marcin Wroński włączy się aktywnie w kampanię w Ireneusza Stachowiaka. Jest aktywnym radnym. Mogę tylko powiedzieć, jakby patrząc na to troszkę z boku - nie wiem czy nie było pewnym grzechem zaniechania nieutworzenie wspólnego klubu radnych pod szyldem Prawa i Sprawiedliwości [ w Radzie Miasta Inowrocławia - dop.red].

Właśnie, czy to nie wykluczyło Marcina Wrońskiego na tym ostatnim etapie, już po dogrywce, właściwie podczas rzutów karnych, jeśli używamy już tej terminologii futbolowej. Czy właśnie to, że Marcin Wroński nie utworzył tego silnego klubu w radzie miasta nie sprawiło, dalej idźmy w tę terminologię piłkarską, że przestrzelił tego karnego?

Albo przestrzelił albo został obroniony... To jest jednak jakaś decyzja i drużynowa i wynik drużynowy. To nie jest tylko tak, że to wola Marcina Wrońskiego mogła decydować, że ten klub powstał czy nie. Natomiast utrzymywanie takiego stanu, w którym faktycznie klubu nie ma, z drugiej strony dwa środowiska Zjednoczonej Prawicy współpracują, ale nie potrafiły, czy z różnych względów nie chciały, nie mogły - nie będziemy już tego rozpatrywać, natomiast ja sobie nie wyobrażam, żebyśmy w nowej kadencji nie mieli klubu radnych Zjednoczonej Prawicy pod szyldem Prawa i Sprawiedliwości w Radzie Miejskiej Inowrocławia. Tym bardziej, że mam gorącą nadzieję na to, że Ireneusz Stachowiak te wybory wygra, jest doświadczonym samorządowcem, ma doświadczenie w zarządzaniu, więc jest realna szansa na to, żeby ten układ władzy w Inowrocławiu zmienić. Raczej bym rozpatrywał to w takich kategoriach - co mogłoby pomóc? Wydaje się, że to utworzenie tego wspólnego klubu w tej kadencji mogłoby Marcinowi Wrońskiemu pomóc, a nie przeszkodzić. Jeszcze raz podkreślam, że obu cenię i szanuję - są doświadczonymi samorządowcami. Decyzja jest, teraz wszystkie ręce na pokład i trzeba po prostu spowodować, żeby inowrocławską "Dobrą zmianę" dokonać.

Czyli umowa jest na przykład taka, że jeśli w Inowrocławiu Prawo i Sprawiedliwość, koalicja z Solidarną Polską z Porozumieniem, na przykład będzie miała większość w Radzie Miasta, to Marcin Wroński będzie przewodniczącym tej Rady?

Nie było jeszcze takich rozmów. Liczymy na to, że najpierw Ireneusz Stachowiak wejdzie do drugiej tury, potem pewnie będziemy prowadzili rozmowy, żeby to poparcie dla niego w drugiej turze było jak najszersze, więc tego typu rozmów jeszcze nikt prowadzi, to byłoby typowe dzielenie skóry na niedźwiedziu.

Zmieńmy temat. Cytat: "Stanęła sprawa kandydowania tych, którzy jednocześnie mają wysokie pensje w spółkach Skarbu Państwa i zapadła decyzja zgodna z tym, co mówiłem do tej pory - do polityki nie idzie się dla pieniędzy. Ci, którzy są w spółkach są przez nas szanowani, ale nie będą kandydowali. Decyzje konkretne, dotyczące list, będą ostatecznie ogłoszone w nieodległym czasie" - powiedział to 4 dni temu prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. To chyba nie był miły weekend dla niektórych działaczy pańskiej partii?

No cóż, będą musieli dokonać wyboru. Trudno odnosić mi się do stanu ducha niektórych moich kolegów. (...) Jakieś komentarze słyszałem - myślę, że część była po prostu zdziwiona, bo jest stosunkowo blisko do wyborów, więc być może niektórzy mieli już plany dotyczące kampanii... Natomiast będę bronił tej decyzji, bo ona jest konsekwentna po ewidentnym błędzie, jaki popełniliśmy z nagrodami w rządzie. Potem podjęliśmy wspólnie decyzję dotyczącą obniżenia wynagrodzeń parlamentarzystów. Myślę, że w odbiorze społecznym to, co prezes powiedział: "Do polityki nie idzie się dla pieniędzy" [ zostało dobrze przyjęte - dop. red.]. Tutaj trzeba dokonać takiego rozróżnienia - albo ktoś pracuje aktywnie w zarządzie czy jest jest dyrektorem w spółce Skarbu Państwa no i ma dużą dozę odpowiedzialności. Przy tym, no myślę, że relatywnie duże pieniądze - w wielu przypadkach z całą pewnością większe od pierwszego progu podatkowego, czyli tam, gdzie jest większość Polaków. No i niech na tym te osoby się skupią. W Bydgoszczy to nie jest jakieś wielkie grono osób, z miejskich radnych to może dotyczyć dwóch może trzech osób, więc to nie jest jakieś takie gremialne zjawisko, żeby tutaj jakieś wielkie komentarze się pojawiały...

Tutaj jeszcze ostatecznych warunków chyba nie znamy, one nie zostały ustalone.

One mają być dookreślone, tak. Podkreślam, to jest moje domniemanie - wydaje mi się, że członkowie rad nadzorczych będą mogli kandydować, no bo to jest w praca. Nadzorowanie zarządu to nie jest praca ani na etacie ani na kontrakcie i z tego tytułu z całą pewnością nie uzyskuje się jakichś wielkich przychodów, ale czekamy na decyzję.

Będzie jakiś próg dochodowy?

Wiem, że dziennikarze nie lubią tej odpowiedzi, ale jeszcze to nie jest uszczegółowione. Po prostu nie wiem, a nie chcę gdybać. Według mojego domniemania myślę, że to nie będzie dotyczyło rad nadzorczych, natomiast to rozdzielenie będzie realizowane w samorządzie.

Ta decyzja na razie dotyczy wyborów samorządowych, ale czy w przyszłości może również dotyczyć wyborów parlamentarnych i do europarlamentu?

Proszę pamiętać, że w przypadku parlamentarzystów trzeba dokonać rozróżnienia - większość z nas jest po prostu etatowymi pracownikami Kancelarii Sejmu [ posłami zawodowymi - dop.red.], więc jakby automatycznie odchodzi się z tej pracy. Jest jakaś grupa posłów, która na przykład prowadzi własną działalność - wtedy tylko pobierają dietę z parlamentu. Poza tym w przypadku mandatu posła i senatora jest zakaz łączenia funkcji - w przypadku zasiadania w zarządzie spółki bycie posłem jest niemożliwe.

Od 1 lipca obowiązuje rozporządzenie obniżające o 20 proc. pensje prezydentów, burmistrzów, wójtów... Czy to jest niewypał? Dlaczego tak pytam? Przeanalizowałem kilkanaście uchwał rad gmin i ci wójtowie zarabiają więcej niż zarabiali.

No cóż, jest takie stare polskie przysłowie: "Każdy orze jak może". Jako parlamentarzyści - posłowie i senatorowie, sami obniżyliśmy sobie wynagrodzenia. Wydawało mi się, że samorządowcy również podzielą nasz pogląd, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy. Natomiast, wie pan, ja też byłem samorządowcem i samorządowiec jest samodzielny w podejmowaniu swoich decyzji. Natomiast ja sobie nie wyobrażam i chciałbym, żeby to zdecydowanie wybrzmiało - jeżeli się zdarzało, a niestety są tego typu sygnały w Kujawsko-Pomorskiem, że samorządowcy, którzy zostali wybrani z listy Prawa i Sprawiedliwości, teraz przepraszam za określenie, robią takie numery - że głosują jakby wbrew naszemu programowi, wbrew rozporządzeniu, które wydaje nasz rząd, to ja sobie nie bardzo wyobrażam, oni oczywiście mogli podjąć taką decyzję - jakby ich sprawa, ale ja sobie nie wyobrażam, żeby ponownie kandydowali z naszych list.

Kosma Złotowski

Kosma Złotowski,fot. Archiwum PR PiKGościem Rozmowy Dnia jest europoseł PiS Kosma Złotowski. Czy batalia w sprawie przepisów o delegowaniu pracowników została już wygrana? Jaki los czeka polskie firmy transportowe, które działają na terenie Unii Europejskiej? Jak zostało w Parlamencie Europejskim przyjęte wystąpienie premiera M. Morawieckiego? Europosłowie Zdzisław Krasnodębski i Marek Jurek napisali list do przewodniczącego PE Antonio Tajaniego, w którym domagają się interwencji w sprawie obrażających Polaków wypowiedzi lidera liberałów w PE, Guya Verhofstadta.

Marcin Kupczyk: Miesiąc temu już ucieszyliśmy się z pewnych decyzji zapadających w Parlamencie Europejskim. Otóż europosłowie zdecydowali po wielomiesięcznej batalii, że przepisy dotyczące delegowania pracowników nie będą dotyczyły transportowców, co dla Polaków, dla polskich firm jest bardzo ważne. Głosowania nad pakietem mobilności mają uregulować rynek transportu w Unii ucieszyło polskich przewoźników. Eurodeputowani nie zgodzili się na zrównanie praw kierowców ciężarówek z pracownikami miejscowymi. Projekt narzucał firmom transportowym obowiązek dostosowania się do zasad wynagradzania obowiązujących we wszystkich krajach.Oznaczało to konieczność podwyższenia stawek kierowcom polskim przez polskie firmy.

Kosma Złotowski: - Nie tylko. To oznaczałoby przede wszystkim straszliwą biurokrację, a to tez kosztuje. W związku z tym wzrost kosztów.

Ucieszyliśmy się z tej decyzji, tymczasem okazuje się, że wszystko wraca i jest po staremu. Jak to się stało?

Tak, dlatego że to była bardzo kontrowersyjna sprawa w Parlamencie Europejskim. W związku z tym zakwestionowano mandat negocjacyjny. Bo po tym jak parlament coś uchwali, to się negocjuje jeszcze z Komisją Europejską i Radą Europejską. To zakwestionowanie oznacza, że wracamy do początku. To znaczy głosujemy nad projektem i poprawkami Komisji Europejskiej i poprawkami zgłoszonymi w trakcie debaty. Tak było tym razem. Podczas ostatniej sesji zeszłotygodniowej w Strasburgu. Część poprawek dla nas korzystnych przeszła, a potem kiedy przyszło do głosowania nad całością, no to się okazało, że większość jest przeciwna. Innymi słowy wracamy do samego początku. Komisja Transportu Parlamentu Europejskiego będzie pracowała na tymi trzema projektami, bo to dotyczy wszystkich trzech projektów. Tego, który mówi o delegowaniu pracowników, tego który reguluje zasady kabotażu i tego, który reguluje zasady pracy kierowców. Wszystkie 3 projekty zostały odrzucone. Stoimy u samego początku drogi, ponieważ ta droga trwała do tej pory cały rok, to przypuszczam, że do końca kadencji nie uda się tutaj nic wypracować. Aczkolwiek to nie jest wykluczone, dlatego że te głosowania mówią nam, w którym kierunku można pójść, tylko pytanie czy chcemy w tym kierunku iść. No i jesteśmy w tym samym miejscu. Mamy jeszcze 5 lat, dlatego że dyrektywa o delegowaniu pracowników wejdzie w życie dopiero za 5 lat i przez te 5 lat obowiązują dzisiejsze zasady, a potem zobaczymy.

W poniedziałek - tydzień temu - Komisja Europejska rozpoczęła postępowanie przeciwko Polsce o naruszenie unijnego prawa za ustawy o Sądzie Najwyższym. Postępowanie może zakończyć się pozwem do unijnego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. W środę premier Mateusz Morawiecki przekonywał w Strasburgu, że każdy z krajów członkowskich ma prawo do reformowania swojego państwa. Podkreślał, że nie można dyktować państwom wspólnoty warunków praworządności, a podczas środowej debaty w Parlamencie Europejskim w Strasburgu większość liderów frakcji parlamentarnych krytykowała polski rząd za reformy wymiaru sprawiedliwości. Manfred Weber na przykład sześć frakcji Europejskiej Partii Ludowej nawiązał nawet w swoim wystąpieniu do słów Jana Pawła II, do Lecha Wałęsy: wierzymy w Polskę, która opiera się na wartościach i koncepcjach Lecha Wałęsy i Jana Pawła II. Podziwiamy to co oni zrobili dla Polski i dla Europy - mówił. Weber jednocześnie zaznaczył, że pojawia się wiele pytań teraz dotyczących Polski: czy telewizja państwowa jest już propagandową telewizją a nie niezależnym medium, dlaczego rząd zmienia sędziów według dwóch opcji politycznych i czy prezes Sądu Najwyższego w Polsce ciągle urzęduje.

To są pytania zupełnie nieoparte na znajomości faktów i rzeczywistości. Parlament Europejski jest rzeczywiście miejscem, w którym argumenty padają obok. To znaczy nie ma na argumenty odpowiedzi kontrargumentem tylko to były pytania, które zresztą zupełnie nie dotyczyły problemu tej debaty. Bo to była debata z serii debat na temat przyszłości Unii Europejskiej. Premier Morawiecki wygłosił przemówienie, w którym przedstawił bardzo interesującą wizję przyszłości Unii Europejskiej czy Europy w ogóle. Natomiast do tej wizji przedstawiciele frakcje w Parlamencie się nie ustosunkuwali a mówili: a u was biją Murzynów. Były takie debaty na temat praworządności w Polsce, gdzie było miejsce na zadawanie tego rodzaju pytań, na wygłaszanie tego rodzaju komentarzy. Tak, że to była zupełnie niepotrzebna strata czasu.

Pozwoli pan, że zacytuję jednego z naszych polityków: Dla mnie nie ulega najmniejszej wątpliwości, że prezes Jarosław Kaczyński ze swoimi pomocnikami: premierem Morawieckim i prezydentem Dudą i swoim zapleczem - nie mówiąc tego wprost - rozpoczął proces wyprowadzania Polski z Unii Europejskiej. Jest to największe zagrożenie dla naszej przyszłości To są słowa Jarosława Kalinowskiego z PSL-u.

No cóż ja mogę powiedzieć. Jeżeli pan Kalinowski nie ma wątpliwości, to trudno. Natomiast Prawo i Sprawiedliwość zawsze było za członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Jesteśmy za tym członkostwem, ale mamy swoją wizję Unii Europejskiej. Nie wyobrażamy sobie, żeby dobrze funkcjonowała Unia, w której któryś z krajów do czegoś czuje się zmuszony. Taka Unia nie ma sensu.O tym również mówił premier Morawiecki w swoim wystąpieniu. (...)

Wiceszef Parlamentu Europejskiego Zdzisław Krasnodębski i europoseł Marek Jurek napisali list do przewodniczącego Antonio Tajaniniego, w którym domagają się interwencji sprawie wypowiedzi lidera liberałów w Parlamencie Europejskim Verhofstadta. Verhofstadt w czasie ostatniej sesji plenarnej w Strasburgu stwierdził, że tworząca rząd w Polsce i jego zaplecze parlamentarne partia, czyli Prawo i Sprawiedliwość, jest finansowana przez prezydenta Rosji Władimira Putina, że współpracuje z wywiadem rosyjskim, że należy do piątej kolumny Putina.

- Tu się objawia charakter Parlamentu Europejskiego. Nie ma żadnego kontrargumentów lub przedstawienia jakiegokolwiek dowodu na to, że jakoby mielibyśmu być finansowani przez Rosję czy przez samego prezydenta Putina. To są po prostu obelgi. Dyskusja polega na tym, że jedna strona ma jakieś argumenty, a druga ma kontrargumenty. Podczas gdy ta dyskusja w Parlamencie Europejskim polega jedynie na tym, że my przedstawiamy jakieś argumenty, a one są zbijane obelgami. To nie jest dyskusja.

Niektórzy domyślają się, że być może niechęć niektórych zachodnich liderów, czy też zachodnich państw Unii Europejskiej, bierze się z naszego nieugiętego proamerykanizmu, że teraz po breksicie, czyli po odejściu Wielkiej Brytanii, będziemy najbardziej proatlantyckim krajem na terenie kontynentu europejskiego i to może się niektórym nie podobać.

N,o to jest niewątpliwie prawda i to się niektórym nie podoba, dlatego że w Europie Zachodniej, a zwłaszcza od wyboru prezydenta Trumpa, istnieje bardzo duża niechęć do Stanów Zjednoczonych. Dlatego, że Donald Trump jest człowiekiem zdrowego rozsądku występującym przeciwko poprawności politycznej, która w Unii Europejskiej zaczyna być niestety normą.(...)


prof. Yuriy Zorenko

prof. Yuriy Zorenko. Fot.I.Sanger8 lipca na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy rozpocznie się "13. Europejska Konferencja Fizyki Defektów w Materiałach Izolujących - EURODIM 2018". To prestiżowa konferencja fizyków i chemików, która ma m.in. ogromne znaczenie dla onkologii - produkcji detektorów używanych w radioterapii i wykrywających nowotwory. O konferencji, jej znaczeniu dla UKW i wyróżnieniu Bydgoszczy, a także zastosowaniu badań i metod naukowych w medycynie, mówił gość Magdy Jasińskiej w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia PiK - prof. Yuriy Zorenko - z Instytutu Fizyki UKW, przewodniczący EURODIM 2018.

Prof. Yuriy Zorenko - To jest oczywiście wielki zaszczyt dla Bydgoszczy przejmować takie międzynarodowe forum naukowe, ponieważ to jest wyróżnienie naszego Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego, który organizuje tę konferencję oraz środowiska naukowego w Bydgoszczy, ponieważ ta konferencja dotyczy aktualnych tematów fizyki...

Magda Jasińska - Powiedzmy, że po raz drugi w ogóle w Polsce odbywa się ta konferencja, bo wcześniej we Wrocławiu, kilka ładnych lat temu nawet kilkanaście. Jakby doszło do tego, że Bydgoszcz dostała zaproszenie do organizowania?

- To bardzo dobre pytanie. Rzeczywiście, jeśli konferencja organizowana jest w takich miejscach jak Warszawa Kraków, to zrozumiałe, że związany jest z tym że dorobek naukowy kolegów z takich znanych ośrodków znajdujących się w tych miejscach i jest dobrze znany na świecie. Pracuję na stosunkowo młodym Uniwersytecie, ale to nie znaczy, że nie mam siły pracować na takim poziomie, który całkiem odpowiada poziomem naukowym na całym świecie, czyli musimy pracować na taki temat, który wyróżnia Bydgoszcz może pośród innych miast Polski i przede wszystkim tutaj skupiamy się właśnie na fizyce i chemii defektów materiałów izolujących, ponieważ te materiały znajdują dość szerokie zastosowanie, np. w medycynie, w innych zakresach elektroniki jako choćby przetworniki promieniowania jonizującego, stosowanego do badań medycznych tutaj w Bydgoszczy, do radioterapii chociażby...

Czy w tej konferencji biorą udział tylko naukowcy czy również przedstawiciele przemysłu?

- W jakim sensie to jest międzynarodowe forum, które łączy między sobą rzeczy dotyczące zasady np. fizyki defektów materiałów izolujących, a także zastosowania tych materiałów. Jako naukowcy musimy zawsze patrzeć na zastosowanie tych materiałów, ponieważ to dla nas wielki zaszczyt kiedy ta praca naukowa odnajduje zastosowanie w przemyśle.

Jak długo pan tworzył w Bydgoszczy swój zespół?

- Przyszedłem tutaj 8 lat temu, udało się mnie w ciągu może następnych 5 lat założyć nowe laboratorium materiałów luminescencyjnych w Instytucie Fizyki UKW i w jakim sensie udało się teraz przez kolejne 2 lata jeszcze stworzyć już zespół ludzi, który pracuje w tym temacie. Nie ukrywam, że z pomocą kolegów, który też współpracowali ze mną we Lwowie (...) Nie tak łatwo stworzyć w stosunkowo młodym uniwersytecie taki zespół, takie laboratorium, które musi od razu pracować na poziomie międzynarodowym. Uważam, że jest to dobra sytuacja, że Uniwersytet może potrzebował taki rodzaj badań naukowych, udostępnił dojście do takich możliwości strukturalnych, wspierał na każdym z tych etapów naszego rozwoju w Instytucie Fizyki i w tym przypadku wyszła bardzo dobra symbioza tych naszych możliwości oraz potrzeby Uniwersytetu.

Przez najbliższy tydzień, od poniedziałku do piątku, naukowcy z wielu krajów świata, bo przecież przyjadą do nas naukowcy rzeczywiście z całego świata, będą dyskutować o ważnych sprawach, a pokłosie tej konferencji potem będzie zamieszczone w jakimś opracowaniu...

- Planujemy że materiały z konferencji zostaną opublikowane w takim bardzo znanym czasopiśmie międzynarodowym, jak "Optical Materials". Oczywiście musimy zrobić recenzję tych publikacji siłami uczestników naszej konferencji, ale to też może być dobrym wyróżnieniem poziomu tej konferencji, ponieważ "Optical Materials" znajduje się na "liście filadelfijskiej" z dobrym "pack factorem" co uważam też za dobry wynik naszej konferencji.

Czyli punkty nam przybędą...

- Oczywiście!

Prof. Roman Kotzbach

Prof. Roman Kotzbach, fot. Archiwum PR PiKSejmowa komisja polityki społecznej i rodziny powołała nadzwyczajną komisję do rozpatrzenia obywatelskiego projektu zakazującego aborcji eugenicznej. Polscy biskupi popierają inicjatywę zaostrzającą prawo do przerywania ciąży jako krok do pełnej ochrony życia.

Obowiązująca od 1993 r. ustawa o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży zezwala na dokonanie aborcji, gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety, jest duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, lub gdy ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego.

Czy potrzeba zaostrzenia prawa? Gościem Rozmowy Dnia w Polskim Radiu PiK jest profesor Roman Kotzbach - specjalista II stopnia z ginekologii i położnictwa.

Magda Jasińska: Przypomnę, że "Zatrzymać aborcję" to obywatelski projekt ustawy, który usuwa z obowiązujących teraz przepisów przesłankę embriopatologiczną, czyli zakłada, że aborcja ze względu na nieuleczalne i ciężkie wady płodu powinna być zabroniona. Czy pana profesora zdaniem jest potrzeba zaostrzenia obecnego prawa. To prawo istnieje od 25 lat.

Prof. R. Kotzbach: Uważam, że ustawa, która obecnie obowiązuje w Polsce od tych 25 lat jest ustawą w jakiś sposób załatwiającą - brzydko mówiąc - sprawę. Niestety faktem, jest że mamy z jednej strony radykalizm w postaci aborcji na życzenie i z drugiej strony radykalne grupy, które chcą "stop aborcji" - zatrzymać wszystko. Mamy w tej chwili doskonałe możliwości badania ultrasonograficznego. Jeżeli są wady, jest brak nerek u dziecka, są różnego rodzaju wady, które powodują bezmózgowie, które powodują, że to dziecko nie ma żadnych szans na przeżycie poza łonem matki, my nie mamy prawa (tej kobiety zmuszać do utrzymania ciąży - dop. red.) Oczywiście jest rozmowa z psychologiem. To kobieta decyduje - zdecydowanie ona decyduje o tym, czy ta ciążę musi być terminowa. No, bo jak to dziecko się urodzi i kobieta zobaczy dziecko z tym uszkodzeniem, które za godzinę, za dwie umiera - to my ją narażamy na stres, który zostaje jej do końca życia.

Panie profesorze, ale czy Pana zdaniem sam zwrot "przypadki eugeniczne" nie jest zbyt szeroki, zbyt pojemny?

- Oczywiście! Eugenika - jak doskonale wiemy - jest to tak zwana teoria czystości rasy. Wybiera się: blondyn, niebieskie oczy, wysoki wzrost. I to jest niedopuszczalne.

Ale ten zwrot również kryje chociażby zespół Downa, czy też wady serca.

- Zespół Downa i wady serca nie wchodzą w zakres przepisu, który mówi jednoznacznie: musi być wada płodu, która uniemożliwia jego przeżycie poza łonem matki. To powinno zamykać sprawę. Nie ma takiej możliwości, żeby kobieta, u której stwierdzono wadę kariotypu powodującego zespół Downa, żeby ona przyszła i powiedziała, że chce, żeby tę ciążę usunąć. Takiego prawa nie ma.

Wady serca, które w przeszłości oznaczały tak naprawdę śmierć dziecka, dzisiaj są leczone?

- Oczywiście! My w Polsce już zaczęliśmy operować też niemowlęta. Poza tym są różnego rodzaju zabiegi wewnątrzmaciczne, które się u płodu wykonuje. Medycyna poczyniła tak olbrzymie postępy, że my możemy te wady leczyć.

Badania prenatalne tak?

- Tak, badania prenatalne jak najbardziej. Tym bardziej, że po 30. roku życia lawinowo narasta możliwość wystąpienia wady w ciąży, którą ta kobieta nosi.

A czy duże jest nadal podziemie aborcyjne? Czy to w ogóle ktoś jest w stanie to ocenić?

Sądzę, że lekarz ginekolog, położnik, taki z prawdziwego zdarzenia, nie będzie wykonywał obecnie zabiegu przerywania ciąży. Wiąże się to dla niego z ewentualnością zakończenia kariery jako lekarza, a poza tym niestety z sankcjami karnymi w postaci więzienia. Natomiast mamy ogłoszenia w prasie różnego rodzaju, są tabletki, które powodują poronienia wczesnej ciąży. To powinno być absolutnie karalne.

Zmieniamy temat. Czy w świetle ciągłego braku lekarzy nie należałoby się zastanowić nad utworzeniem drugiej uczelni medycznej w naszym regionie?

- Nie chciałbym tutaj za daleko dywagować. Natomiast faktem jest, że lekarzy brakuje w Polsce. Jedna Akademia Medyczna - kiedyś było takie powiedzenie - pracuje na rzecz Zachodu, na rzecz innych krajów, które podbierają nam lekarzy. Dostają kredyty, dostają mieszkania, spłacają szybko te kredyty. Warunki są zupełnie nieporównywalne z naszymi. U nas jest trudno o specjalizację, jest sprawa rezydentów. Nie mniej jednak jest ważne, że polscy lekarze kończący akademie, nasze uniwersytety medyczne, są naprawdę bardzo dobrze wykształceni. Z tego możemy być dumni. Tu tylko chodzi o sprawy bytowe, sprawy finansowe. Ale jest szereg takich programów socjalnych, społecznych, które zresztą poprawiły znacznie pozycję socjalno-bytowa naszego społeczeństwa z racji 500 Plus, z racji 300 Plus. Rezydenci przecież protestowali, były strajki i dostali podwyżkę. Nie mniej trzeba wziąć pod uwagę, że jest to grupa zawodowa, która powinna mieć specjalne uprawnienia właśnie w tym zakresie. Tak jest na Zachodzie. Pokazujesz dyplom lekarza medycyny i od razu otrzymujesz odpowiednie uprawnienia, dotacje. I to jest ta przyczyna, że lekarze wyjeżdżają z Polski.

A może więcej tych lekarzy należałoby kształcić?

- Jakość też jest ważna! Ale jeszcze jest problem nie tylko lekarzy, ale personelu średniego: położnej, pielęgniarki.(...)

Na razie tylko mówimy, że brakuje nam pokolenia lekarzy, ale czy będziemy za chwilę bić na alarm?

- Myślę, że już trzeba bić na alarm, tak jak w szeregu innych sprawach, które wiążą się z ze sprawą starzenia się społeczeństwa. To jest jeden z takich aspektów naszego życia, gdzie alarm jest już potrzebny.

A może być taka sytuacja, że będziemy szukać tych lekarzy z zagranicy?

- Już pracują w Polsce. Szereg lekarzy pracuje właśnie z zagranicy, z Białorusi, z Ukrainy, z innych krajów. Mamy u siebie nawet z Mongolii w klinice lekarkę, ale to nie załatwi chyba problemu. Mimo wszystko trzeba pomyśleć tutaj na miejscu o naszych lekarzach. Tym bardziej, że studia medyczne cieszą się ogromnym uznaniem, powodzeniem. (...)

Dzisiaj wspominamy Irenę Szewińską, którą będziemy żegnać w Warszawie. Wybierał się pan na pogrzeb.

Pojechał ekipa Zawiszaków. Z Ireną znaliśmy się osobiście od wielu lat. Wspaniała kobieta. Jakby nie było to pierwsza pierwsza dama polskiej lekkoatletyki. Znamy ją wszyscy. Przyjeżdżała często do Bydgoszczy. Lubiła Bydgoszcz. Była jej honorowym obywatelem. Odeszła po ciężkiej chorobie, po walce z nowotworem piersi.

Adam Szponka

Adam Szponka. Fot. Iwona Muszytowska-RzeszotekSpecjalne bransoletki, dzięki którym można m.in. wezwać pomoc, trafiły do ponad 50 osób na Kujawach i Pomorzu. To pilotażowy program "teleopieki domowej" dla niesamodzielnych seniorów. Jak działa? Kto może w nim uczestniczyć? O tym mówił gość Macieja Wilkowskiego w dzisiejszej "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia PiK, Adam Szponka – dyrektor Regionalnego Ośrodka Polityki Społecznej.

Maciej Wilkowski: Skupimy się na "teleopiece". Specjalne bransoletki, dzięki którym można np. wezwać pomoc, trafiły wczoraj do ponad 50 osób w naszym regionie. Jest to pilotażowy program marszałkowski "teleopieki domowej" realizowany przez Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Toruniu, którym pan dyrektor kieruje i Polski Czerwony Krzyż. Na czym polega ten program?

Adam Szponka - To jest bardzo duże przedsięwzięcie skierowane do osób niesamodzielnych, na który składa się kilka komponentów. Jednym z tych komponentów jest właśnie wyposażenie seniorów w "bransoletki życia", które w trudnych momentach mają nam pomóc uratować komuś życie (...) Jest to całkiem zgrabna bransoletka wyglądająca jak urządzenia sportowe do mierzenia kilometrów bądź naszej kondycji (...) Jest to bardzo ciekawe urządzenie, jednakże ma dwie bardzo ważne funkcje. Przede wszystkim pokazuje naszą lokalizację, więc w przypadku kiedy nam coś się wydarzy, opaska jest w stanie wysłać sygnał do Centrum Opiekuńczego ze wskazaniem lokalizacji, w której się znajdujemy, co oczywiście ułatwia wezwanie ewentualnej pomocy. Druga ważna cecha tej tej opaski to jest czujnik upadku, czyli w przypadku kiedy coś się nam wydarzy i stracimy przytomność, to opaska automatycznie wyśle sygnał do centrali po to, aby mogła ona zareagować i sprawdzić, czy jest przypadkowe uderzenie np. o jakiś mebel opaską czy faktycznie jest to upadek i jest wymagana wręcz niezbędna pomoc osoby osoby drugiej.

Sygnał z tej opaski dociera do Centrum, co się później dzieje?

- Sygnał poprzez GPS jest wysyłany do C, które obserwuje wszystkich naszych seniorów zaopatrzonych w bransoletki. Korzysta z nich aktualnie 55 osób. W Centrum przed ekranem monitora siedzi osoba, która odbiera sygnał powiedzmy alarmowy. Na mapie punkty punkt o tym, że coś się dzieje zaczyna mrugać na czerwono, wyskakuje informacja z danymi tej osoby i alert, że należy podjąć jakieś działanie. Kolejnym elementem jest próba dodzwonienia się do opaski, bo ma ona możliwość komunikacji. Osoba, która siedzi przed monitorem dzwoni do tej opaski i nawiązuje kontakt z osobą, która jest jej właścicielem. Jeżeli kontakt jest pozytywny i dostajemy sygnał, że nic się nie stało, to zatrzymujemy tę całą akcję. Następnie są dwa scenariusze - albo osoba zgłasza nam, że coś się wydarzyło i potrzebna jest pomoc, albo się nie zgłasza i musimy w inny sposób zweryfikować, czy ta pomoc jest potrzebna. Informowane są również osoby z listy, która ustalana jest właśnie z seniorem, może to być sąsiad, może to być jakiś partner, może to być rodzina, może to być na przykład pracownik Ośrodka Pomocy Społecznej. Dostają informację, że z tą osobą w tym miejscu coś się dzieje i przypadku kiedy nie nawiązujemy tej łączności, tego kontaktu z seniorem, wzywane jest również pogotowie.

55 osób Wczoraj otrzymało ten opaski. Skąd są te osoby? Z całego województwa czy też może gdzieś są skupione w dużych miastach?

- Generalnie osoby są rozsiane po całym województwie, jednakże największa liczba osób faktycznie jest z Torunia. Tak jakoś wyszło, że Toruń najchętniej przystąpił do tego projektu.

To jest pilotażowy program, do kiedy on potrwa?

- Projekt potrwa do końca 2019 roku

I rozumiem, że wyciągnięcie z tego pilotażu jakie wnioski. Czy są szanse na to, że ten program zostanie na stałe, że będzie rozwijany, że tych seniorów będzie więcej?

- Mamy taką nadzieję. Oczywiście my również uczymy się tego systemu. Z naszej strony sprawdzamy, jak to działa. Uczymy się tego też na podstawie doświadczeń i współpracy z seniorami. Chcielibyśmy, aby kolejna edycja była już realizowana w powiązaniu z miastami i gminami, żeby to przedsięwzięcie rozlało się na na obszar całego województwa, żeby Urząd Marszałkowski stał się pewnym liderem tego naszego kujawsko-pomorskiego Centrum Teleopiekuńczego, żeby tutaj nastąpiła też mocna współpraca z gminami, z miastami i jakaś partycypacja w kosztach, żeby to nabrało trwałego charakteru

Jeśli o pieniądzach rozmawiamy, czy uczestnicy tego programu muszą coś płacić?


Nie, na dzisiaj te urządzenia są dostarczane darmowo przez cały okres realizacji. Są to opaski bezpłatne. Zobaczymy jak to będzie wyglądało w drugiej edycji, może wprowadzimy już jakiś montaż finansowy. Przyznam jednak, że jeszcze za szybko, aby o tej drugiej edycji rozmawiać.

A ile kosztuje ten pilotaż?

To jest bardzo duże przedsięwzięcie, kosztuje 12 milionów złotych. Ale oprócz tych usług opiekuńczych, mamy rozwój pomocy sąsiedzkiej, mamy rozwój usług dziennych dla osób mieszkających na obszarach wiejskich, mamy rozwój wolontariatu, wsparcie opiekunów. Faktycznie jest to bardzo duże przedsięwzięcie, wiele komponentów.

Ewa Kozanecka

Ewa KozaneckaSejmowa komisja polityki społecznej i rodziny zajęła się przygotowanym przez komitet "Zatrzymaj aborcję" obywatelskim projektem ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Czy polskie przepisy aborcyjne będą zmienione? O tym w Rozmowie Dnia z posłanką Prawa i Sprawiedliwości Ewą Kozanecką.

Maciej Wilkowski: Pani poseł znalazła się w składzie specjalnej podkomisji, która zajmie się projektem "Zatrzymaj aborcję", zakładającym zniesienie możliwości przerywania ciąży ze względu na duże prawdopodobieństwo ciężkich i nieodwracalnych wad płodu. O powstaniu tej podkomisji zdecydowała wczoraj sejmowa komisja polityki społecznej i rodziny. Pani poseł, dlaczego podkomisja, a nie komisja się tym zajmie?

Ewa Kozanecka: Przede wszystkim należy rozpocząć od tego, że w styczniu marszałek Sejmu skierował obywatelski projekt ustawy "Zatrzymaj aborcję" do komisji polityki społecznej i rodziny oraz do komisji sprawiedliwości. Na dziś sytuacja wygląda w ten sposób, że komisja sprawiedliwości wydała już pozytywną opinię w tym temacie, natomiast wczoraj na posiedzeniu komisji polityki społecznej i rodziny zdecydowaliśmy, że jednak ten projekt - z racji tego, że to jest bardzo ważna, delikatna materia - będzie procedowany na podkomisji nadzwyczajnej. W skład podkomisji weszło dziewięciu członków komisji polityki społecznej i rodziny, wczoraj dokonaliśmy ukonstytuowania się tejże komisji - wybraliśmy przewodniczącego i rozpoczynamy procedowanie.

Jaki cel ma podkomisja?

Przede wszystkim celem tej podkomisji są merytoryczne rozmowy. Mamy mnóstwo opinii, które wpłynęły do komisji polityki społecznej i rodziny właśnie w sprawie tego projektu obywatelskiego. Są to opinie zarówno zwolenników tej ustawy jak i przeciwników. W związku z tym postanowiliśmy, że na podkomisji będziemy toczyć merytoryczne rozmowy z udziałem ekspertów - autorytetów w tej dziedzinie. Jest to bardzo ważna kwestia i delikatna, bowiem w grę wchodzi ludzkie życie. Dlatego też postanowiliśmy jednak, że najpierw będziemy procedować ten projekt w podkomisji nadzwyczajnej.

Ile mogą potrwać takie prace?

Trudno powiedzieć jak długo będą trwał, bo tak jak wcześniej powiedziałam - mamy i zwolenników i przeciwników tego projektu obywatelskiego. Wczoraj państwo mogliście się przysługiwać obradom komisji polityki społecznej i sami widzimy wszyscy jakie emocje wzbudza ta ustawa. Dlatego właśnie podkomisja, żeby wszystkie zainteresowane strony mogły się wypowiedzieć, również z udziałem autorytetów i ekspertów.

Na posiedzeniu komisji, o którym pani wspomniała bywało gorąco. Padały dosyć ostre słowa. Jak pani się czuje, gdy słyszy pani taką opinię - można ją było wczoraj usłyszeć, bodajże pani Kaja Godek to powiedziała, że powoływanie takiej podkomisji to jest bycie za zabijaniem dzieci, ci którzy znaleźli się w tej podkomisji to ci, którzy głosowali przeciwko projektowi... Co pani wtedy czuła?

Przede wszystkim to jest nieuprawnione, co pani Kaja Godek mówi, ponieważ w Prawie i Sprawiedliwości wszyscy parlamentarzyści są za tym, aby życie ludzkie było chronione - jesteśmy przeciwko zabijaniu dzieci, wyznajemy zasadę, że życie ludzkie należy chronić od poczęcia do naturalnej śmierci i to, co pani Kaja Godek opowiada to jest absolutnie nieuprawnione. My pochylamy się jak najbardziej nad tym projektem ustawy. Świadczą o tym chociażby działania, które już wykonaliśmy, będziemy wykonywać, czyli zaczęliśmy od podkomisji, na najbliższym posiedzeniu sporządzimy harmonogram pracy i działań podkomisji. Wszystko zmierza w dobrym kierunku, tak jak obiecaliśmy projekt obywatelski będziemy rozpatrywać i to się dzieje.

Czy pani czuje, że pracuje w tej sprawie pod presją? Z jednej strony bardzo duży nacisk między innymi ze strony w ruchów pro-life, z drugiej strony nacisk ze strony tych, którzy nie chcą zaostrzenia przepisów aborcyjnych. Mamy niedzielny list Episkopatu Polski, który zachęca posłów do tego, aby sprawą się zajęli... Czuje pani presję?

To jest duże słowo "presja", ponieważ nie możemy pracować pod presją. Ja takiej presji absolutnie nie czuję. Wiem, że jesteśmy odpowiedzialni za ochronę życia. Czujemy odpowiedzialność, by dyskusja toczyła się merytorycznie, spokojnie, była pełna szacunku, bowiem w grę wchodzi ludzkie życie i jego ochrona. Przy tym wszystkim musimy też pamiętać o kobietach i o tym, że one też wymagają szacunku i ich rola tutaj jest nieodzowna. Jeżeli niektóre środowiska poruszają kwestie kobiet, chociażby tego, że nie szanujemy ich, że chcemy na siłę cokolwiek wprowadzić - absolutnie jest to nieprawda. Tak jak powiedziałam - merytoryczne spokojne rozmowy doprowadzą, mam nadzieję, do do pozytywnego finału tejże ustawy.

Czy pani uważa, że to jest priorytetowa sprawa, którą teraz należało się zająć?

Przede wszystkim jest to projekt obywatelski i tak, jak powiedzieliśmy w kampanii wyborczej - wszelkie projekty obywatelskie będą procedowane. Wpłynął projekt z poparciem ponad 100 tys. obywateli, dlatego musimy się nad tym projektem pochylić.

No dobrze, ale był także projekt, który Sejm w styczniu odrzucił - to projekt "Ratujmy kobiety 2017". Też miał odpowiednie poparcie.

Tak, natomiast pragnę przypomnieć, że ten projekt nie odpadł z tego względu, że Prawo i Sprawiedliwość zagłosowało inaczej, tylko to opozycja - Platforma Obywatelska i Nowoczesna - nie stawiła się na głosowanie, nie przyszła, nie zagłosowała i tutaj jeżeli chodzi o kwestię braku procedowania nad tym projektem to winę ponosi tylko i wyłącznie opozycja nie głosując nad tym projektem.

Pytałem czy jest to dla pani priorytetowa sprawa, bo znalazłem wypowiedź ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, który w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej po objęciu urzędu mówił w styczniu, że finansowanie in vitro i zmiana ustawy regulującej sprawy aborcji nie są w tej chwili jego priorytetem.

Jak pan minister powiedział, to tak jest.

Opozycja z kolei podnosi, że to jest temat zastępczy. Argumentuje, że ta sprawa pojawia się właśnie teraz, by odwrócić uwagę opinii publicznej na przykład od takich tematów jak zmiany w wymiarze sprawiedliwości czy ostatnie zmiany w ustawie o IPN.

Wszyscy doskonale wiemy, że projekt obywatelski wpłynął do Sejmu. W styczniu marszałek skierował projekt do dalszych prac, no i my mamy obowiązek się nim zająć. To nie jest tak, że w tej chwili jest to temat zastępczy, bo jak wszyscy doskonale wiemy naciski różnych środowisk powodują, że w końcu postanowiliśmy, że tak ważna ustawa będzie procedowana na podkomisji i tutaj nie ma żadnego podtekstu politycznego. Ja też chciałbym zaapelować do do opozycji, aby nie urządzała z tak ważnego tematu - delikatnego, jakim jest ludzkie życie takiej hucpy politycznej. My musimy skupić się nad projektem ustawy, procedować bez politycznych emocji, bez żadnych emocji. Tutaj prosilibyśmy też opozycję, aby się w te działania włączyła. Są członkowie komisji polityki społecznej i rodziny również w podkomisji z ramienia opozycji, zatem zapraszamy do merytorycznej dyskusji, przede wszystkim spokojnej, bez politycznych emocji.

Cytat: "Zwracamy się z apelem do posłanek i posłów, aby nie zmieniali Konstytucji w artykule dotyczącym godności człowieka. Konstytucja naszym zdaniem dostatecznie chroni życie i godność człowieka". Czy pani wie, kto podpisał się kiedyś pod tym apelem?

Nie wiem, niech mi pan pomoże.

To był apel z 2007 r. w sprawie utrzymania tak zwanego kompromisu aborcyjnego, a podpisała się pod nim ówczesna Pierwsza Dama, świętej pamięci Maria Kaczyńska...

No to, jak pani Maria Kaczyńska podpisała się pod tym, to tak to jest. Natomiast jeśli chodzi o Konstytucję, to tutaj pan prezydent zaproponował referendum i jeżeli będą pytania... Zobaczymy jak one będą sformułowane, czy również w tym kierunku.

Czy w tej kadencji zakończą się prace w sprawie, o której dzisiaj rozmawiamy?

Bardzo byśmy chcieli, żeby te prace jak najszybciej się zakończyły, natomiast jak to rzeczywiście się potoczy, to zobaczymy.

1234567
Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce prywatności

Zamieszczone na stronach internetowych www.radiopik.pl materiały sygnowane skrótem „PAP” stanowią element Serwisów Informacyjnych PAP, będących bazą danych, których producentem i wydawcą jest Polska Agencja Prasowa S.A. z siedzibą w Warszawie. Chronione są one przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Powyższe materiały wykorzystywane są przez Polskie Radio Regionalną Rozgłośnię w Bydgoszczy „Polskie Radio Pomorza i Kujaw” S.A. na podstawie stosownej umowy licencyjnej. Jakiekolwiek wykorzystywanie przedmiotowych materiałów przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione. PAP S.A. zastrzega, iż dalsze rozpowszechnianie materiałów, o których mowa w art. 25 ust. 1 pkt. b) ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, jest zabronione.

Rozumiem i wchodzę na stronę