Czwartek, 27 czerwca 2019 r.   Imieniny: Maryli, Władysława, Cyryla
Polskie Radio PiK » Zwierzenia przy muzyce

Gość programu

Michał Kowalonek

Michał Kowalonek Fot. Milena Madziar
Michał Kowalonek Fot. Milena Madziar
Polskie Radio PiK "Zwierzenia przy muzyce" - Michał Kowalonek
Wokalista, niedawno ukazała się jego autorska płyta „O miłości w czasach powstania”, były wokalista zespołu Myslovitz.

Nawet gdyby to była idealna i świetna grupa - takie były i są - to teraz już będę pracował jako ja. Nie wiem... To nie było tak, że coś sobie nagle wymyśliłem, że nie chcę już śpiewać z grupami. Bardziej pojawiła się myśl, że potrzebuję trochę samotności w tym, co robię i poszedłem po prostu za tą myślą. Posiedziałem rok w pokoju z gitarami, z komputerem, no i wyszła mi płyta...

Sobota, 22 czerwca godz.17:05
Zacząłeś od jakiegoś czasu pracować na swoje nazwisko. Zaprzestałeś współpracy z grupą Myslovitz, teraz pracujesz już na siebie.

- Tak, to jest piękny moment w życiu. Taki z wyborami, jak to się mówi z różnymi przygodami, ale przynajmniej biorę pełną odpowiedzialność za to, co się pojawia w efekcie końcowym. Biorę to na klatę.

A w którym momencie przychodzi ta myślę, że „nie będę występował pod nazwą jakiejś grupy”?

- Nawet gdyby to była idealna i świetna grupa - takie były i są - to teraz już będę pracował jako ja. Nie wiem... To nie było tak, że coś sobie nagle wymyśliłem, że nie chcę już śpiewać z grupami. Bardziej pojawiła się myśl, że potrzebuję trochę samotności w tym, co robię i poszedłem po prostu za tą myślą. Posiedziałem rok w pokoju z gitarami, z komputerem, no i wyszła mi płyta.

Brzmi bardzo intrygująco.

- Temat Powstania Wielkopolskiego był dla mnie trochę odległy, bo przyznam szczerze, że byłem noga z historii, ale postanowiłem to jakoś odwrócić. Odrobiłem lekcje, bo sporo czytałem, spotykałem się z ludźmi, poczytałem dzienniki, wiersze, pieśni z tamtych lat, jakieś przedruki i tak się napełniłem tą wiedzą. Poznałem mnóstwo różnych historii - od takich rozdzierających serce, przez bardzo zabawne i obrałem sobie jako klucz: miłość, lojalność, stratę i poszedłem tym tropem. Jak sobie radzić z miłością? Jak sobie radzić ze stratą? I z tym co niesie też wojna, co zabiera i co daje, bo nie zawsze zabiera. Więc idąc tym tropem pisałem piosenki i powstała płyta poprzez taką potrzebę śpiewania o powstaniu, miłości, o stracie. Jako potomek powstańca wybrałem ten klucz, choć to nie był do końca klucz, bo o tym, że jestem potomkiem powstańca, dowiedziałem się w połowie pracy nad płytą. Także to nie był ten bakcyl, to nie był ten kod. To była potrzeba pobycia samemu ze sobą i trochę kłócenia się ze sobą, jak teraz napisać piosenkę, o czym?
Michał Kowalonek Fot. Milena Madziar
Michał Kowalonek Fot. Milena Madziar
Czyli nie musimy płyty tak w stu procentach przykładać do Powstania Wielkopolskiego?

- Zależało mi bardzo, żeby płyta, która powstanie była uniwersalna, żeby można było jej słuchać dziś i za 100 lat, że te historie, które się wydarzyły, wziąłem na warsztat i opisałem. One równie dobrze mogłyby się dziać dziś i myślę, że się dzieją. Jest tam człowiek - to, co czuje, jego emocje, które przepływają przez niego i się kręcą.

To jest twój pradziadek?

- Pradziadek był powstańcem i moja prababka była sanitariuszką podczas powstania. Piękna historia ich połączyła. Pradziadek jechał na wozie uciekając przed wrogiem, dostał strzał, chyba w nogę, i jakimś trafem obok była wioska, więc jego przyjaciele zostawili go, gdzie mieszkała właśnie moja prababka i tak się poznali. Ona sanitariuszka zaopiekowała się nim. To bardzo piękna historia.

Jak rozumiem ta historia, mimo że te piosenki są uniwersalne, posłużyła jako inspiracja do tworzenia dziesięciu piosenek.

- Tak, moi rodzice opowiedzieli mi tę historię, ale w momencie, kiedy już skończyłem płytę.

Jesteś bardzo związany z Wielkopolską?

- Prawda. Jestem tu cały czas, wśród tych lasów, parków, rzek i słowików.

Do produkcji krążka zaprosiłeś też gości.

- Zaprosiłem Maćka Fortunę - świetnego trębacza. W ogóle goście na tej płycie to jest osobna historia. Cała płyta w ogóle to wielka, ogromna wdzięczność dla wydziału kultury z Poznania, który gdzieś tam mi zaufał, zamknął oczy i pozwolił robić to, co chciałem zrobić. Jeśli chodzi o Macieja Fortunę, to zadzwoniłem do niego, a on mówi, że przyjeżdża jutro i nagrywamy. Po prostu wszystko było tak jak być powinno. A dzisiaj jak tutaj siedzę, to nie wierzę, że tak to sobie wymyśliłem. No to jest taka sama sytuacja jak z koncertem premierowym. I to jest też piękna historia. Nie wiem czy ją słyszałaś. Byłem sam, nie napisałem jeszcze piosenek i sam sobie grałem na klawiszach, bębenkach, czasami pośpiewałem chórki. Zrobiłem to, ale trzeba mieć zespół, z kimś trzeba wystąpić i poszedłem na ul. Święty Marcin w Poznaniu. Lubię tam chodzić, jest tam takie miejsce, gdzie spotykają się ludzie i imprezują. Poszedłem tam i poczułem dobrą energię, zadzwoniłem do szefa tego miejsca i mówię: Potrzebuję nowych ludzi, których nie znam, a którzy poczują to, co sobie wymyśliłem i zagrają ze mną. Następnego dnia wysłał mi listę osób i się spotkaliśmy na kilku próbach. Okazało się, że wszystko działa, nikogo do niczego nie trzeba zmuszać, nie trzeba właściwie nic mówić, tylko po prostu grać. Zagraliśmy piękne koncerty i liczę teraz, że jeszcze sobie pogramy. Bo taka miłość i taki przepływ dobrej energii bardzo dobrze robi, więc chciałbym jeszcze pograć z tymi ludźmi.

I tak powstał Twój zespół?

- Tak, można powiedzieć że w miesiąc. Nie wiem jak to wytłumaczyć, bo to chyba niewytłumaczalne. To jakbyśmy nagle wszyscy się spotkali na jednym przystanku albo nawet na jakimś dworcu, w porcie i po prostu wsiedli na łódkę i na niej byli.

Te piosenki musiały powstawać w takim niezłym transie?

- Powiem Tobie, że rzeczywiście rok byłem nieobecny, było mi dobrze, byłem w ogóle w stanie pisać piosenki, to było takie dla mnie błogie i takie - wiesz - błogosławieństwo, że mam czas i swobodę, że mogę wybierać sobie do współpracy przyjaciół, których szanuję i lubię.