Czwartek, 27 lutego 2020 r.   Imieniny: Gabriela, Anastazji
Polskie Radio PiK » Zwierzenia przy muzyce

Gość programu

Piotr Salaber

Piotr Salaber. Fot. Magda Jasińska
Piotr Salaber. Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Zwierzenia przy muzyce Piotr Salaber
Pianista, kompozytor, profesor Akademii Muzycznej w Bydgoszczy

„Miałem cudownych profesorów, wspaniałych ludzi spotkałem na tej mojej zawodowej drodze, teraz mam wspaniałych studentów... Wydaje mi się, że powinnością jest to, żeby się tym podzielić....”

Piątek, 21 lutego godz. 20:05
Po wojażach zawsze wracasz do Bydgoszczy.

- Cieszę się, że mogę być znowu w Bydgoszczy i że możemy rozmawiać.

Akademia Cię przyciąga i tak bardzo konsekwentnie tu powracasz.

- Tak rzeczywiście, kiedyś nawet nie spodziewałem się, że...

...że będziesz panem profesorem?

- No tego to już zupełnie się nie spodziewałem, natomiast nie podejrzewałem, że do tego stopnia mnie to zaabsorbuje i będzie mi to sprawiać tak ogromną satysfakcję.

Jesteś kolejnym muzykiem, który mówi, że nie wyobrażał sobie kiedyś pracy, takiej konsekwentnej i bardzo regularnej w Akademii Muzycznej, a po latach to wciąga?

- Bardzo. To jest powinność, która się w tym momencie pojawia, aby tę wiedzę przekazać
dalej. Miałem cudownych profesorów, wspaniałych ludzi spotkałem na tej mojej zawodowej drodze, teraz mam wspaniałych studentów... Wydaje mi się, że powinnością jest to, żeby się tym podzielić. Wykładam też na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale w tym całym zwariowanym życiu, premierach w różnych miejscach na świecie i w tej całej wędrówce, Bydgoszcz to jest taki stały punkt.
Piotr Salaber. Fot. Magda Jasińska
Piotr Salaber. Fot. Magda Jasińska
Ale nie odpuszczasz sobie tych premier i tego zwariowanego życia?

- Nie, nie wyobrażam sobie tego. W ogóle wydaje mi się, że jeśli chodzi o kształcenie w
szkolnictwie muzycznym to się powinno uzupełniać. Dobrze jeśli jesteśmy cały czas w biegu, sami wychodzimy na scenę, sami wystawiamy się na recenzje, na opinie o utworach, które piszemy, a później wchodzimy w mury akademii, no i tam też musimy się sprawdzić.

Ale wyrobiłeś sobie taką specjalizację muzyka - kompozytora teatralnego.

- Tak, chyba rzeczywiście tej teatralnej muzyki jest najwięcej, dawno przekroczyłem już 100 premier z moją muzyką, chociaż po drodze była też muzyka do trzech filmów fabularnych, dwa seriale, msza - oratorium... Obecnie pracuję też nad dwoma projektami filmowymi, ale - jak to w przypadku tego typu projektów - może się różnie skończyć. Na dodatek nie wolno mi nic na ten temat mówić.

Podpisujesz cyrograf, że niczego nie ujawnisz?

- W tym naszym świecie słowo jest cenniejsze niż podpis, więc po prostu muszę obiecać, że zostawimy to na razie w tajemnicy.

A co Ci daje ta specjalizacja kompozytora teatralnego? Podchodzisz do tego już trochę tak rutynowo?

- Nie. Nigdy, absolutnie. Zadałaś mi takie pytanie, jakie mi nieraz zadają „Czy czuję tremę wychodząc na scenę?”. Zawsze mam tremę. Nie wyobrażam sobie jej nie mieć. Rutynowego podejścia do tworzenia też sobie nie wyobrażam. Poza tym każdy projekt jest zupełnie inny. W ostatnich miesiącach pisałem muzykę do prapremiery sztuki „Czarne wdowy” Anny Burzyńskiej w reżyserii Józefa Opalskiego, ale i do polskiej prapremiery spektaklu „Bea” o kobiecie, która ostatecznie umiera na stwardnienie boczne. To dramat jej matki i opiekuna, który początkowo formalnie - zawodowo się nią zajmuje, a później pojawia się też między nimi taka bardzo specyficzna więź. Prócz tego niedawno wróciłem z Budapesztu. Tam pisałem muzykę do „Burzy” Szekspira dla Teatru Narodowego - po węgiersku oczywiście - w zupełnie innej, wielopłaszczyznowej wersji. Andrzej Bubień, który to reżyseruje - przyleciał na tę realizację z Petersburga, gdzie mieszka - wymyślił sobie historię Prospero i Ariela, którzy są bohaterami akcji, ale i jeszcze jednymi obserwatorami tego, co się dzieje. W związku z tym każdy z nich ma swoją kamerę, oglądamy akcję „Burzy”, tak jak ją Szekspir napisał, ale oglądamy też w tle na wielkich ekranach punkt widzenia Prospero i punkt widzenia Ariela. To oczywiście wymaga też odpowiedniego skomponowania ścieżki muzycznej. Tej muzyki jest tam ponad dwie godziny. Premiera miała miejsce kilka tygodni temu, na sam koniec ubiegłego roku i sądząc z pełnych sal, reakcji publiczności i recenzji, spektakl został bardzo dobrze odebrany.

Jak długo pisze się dwie godziny muzyki teatralnej? To zależy naprawdę od tego, jaki jest ten okropny„deadline”?

- Jak to? Deadline jest absolutnie konieczny. Bez terminu podejrzewam, że mógłbym tego nigdy nie skończyć. A poza tym przypomina mi się Jurek Puciata - wspaniały malarz, który mi kiedyś powiedział: „Piotrek jest taki moment, w którym ja muszę zdjąć obraz ze sztalugi, bo dalej będę go już tylko psuł”, czyli poprawiamy do pewnego momentu, a później już zaczyna dzieło żyć swoim życiem. Dzięki temu, że ja mam ten deadline wiem, że do tego dnia muszę to skończyć, potem nagrać i zawieźć na miejsce. Mogę oczywiście zrobić drobne korekty, ale tak generalnie to po prostu już musi to takie być.
Piotr Salaber. Fot. Magda Jasińska
Piotr Salaber. Fot. Magda Jasińska
I nauczyłeś się odpuszczać sobie?

- Nie, nie umiem tego robić, również w życiu...

Czyli to „poprawiactwo” tam gdzieś w Tobie jest?

- Trochę jest. Poza tym, jeżeli wydaje mi się po czasie, że coś mogłoby być lepsze to jestem okropny sam dla siebie. Nikomu o tym nie mówię, ale tak jest.

I co wtedy robisz? Poprawiasz to dzieło?

- Nie, nie mam nawet najczęściej możliwości, bo to zwykle jest gdzieś w innym państwie, jest już nagrane. Mówię oczywiście o takich absolutnych niuansach, o których czasami nawet reżyser nie wie. Czasami są to wątpliwości dzielone wyłącznie z reżyserem. To są naprawdę bardzo drobne rzeczy, najczęściej dotyczące sfery emocjonalnej, więc właściwie nieprzekładalne na jakieś takie konkretne sformułowania. A wracając do Twojego pytania „Jak długo myśmy pracowali?” to w sumie około czterech - pięciu miesięcy, zakładając że każda praca z Andrzejem zaczyna się jeszcze długo wcześniej, zanim rozpoczną się próby. Przyjeżdżając do Budapesztu na pierwszą próbę miałem pewną ilość szkiców, które sobie przez telefon uzgodniliśmy. Andrzej wtedy pracował gdzieś na Syberii, ja siedziałem w Warszawie, a scenografka Anita Bojarska mieszka w tej chwili w Oslo, więc tak zlatywaliśmy się do tego Budapesztu z różnych stron świata. Tak naprawdę najważniejsza jest zasada, żeby muzyka pasowała do danego spektaklu jak rękawiczka.

A jak się współpracuje z tym samym reżyserem. Z Andrzejem Bubieniem tworzycie taką spółkę, trochę artystyczną. To jest łatwiej?

- Pracujemy od lat w Polsce, w Moskwie, Petersburgu, Budapeszcie... Łatwiej jest na pewno na poziomie komunikacyjnym. Największy problem, na który się każdy z nas natyka - a przecież i Andrzej pracuje z innymi kompozytorami, ja też pracuję z innymi reżyserami - zawsze polega na tym, że używamy tych samych określeń, na przykład na temat muzyki, a mamy na myśli coś zupełnie innego. Jeśli jeden reżyser powie, że chciałby mieć coś ciemnego, to najczęściej ma na myśli to, że to ma być ponure i powolne, a ktoś drugi może pomyśleć, że to chodzi o sposób instrumentacji i należałoby użyć kontrabasów i kontrafagotów. Więc jest i łatwiej i trudniej. Trudniej jest o tyle, że chyba obaj mamy w sobie coś takiego, żeby nie pozwolić sobie na to, żeby się powtarzać, więc każdy spektakl jest wymyślany od początku.

Co jest tym „Mount Everestem” dla kompozytora filmowego, teatralnego? Rzeczywiście Hollywood? Bo to już się teraz zmienia.

- Zmienia się, ale z punktu widzenia globalnego mam wrażenie, że nadal to jest tak, że serce branży rzeczywiście tam bije, choć oczywiście znamy doskonałe filmy, które nigdy nie otrzymały tam nagrody.

A jak wygląda twoja współpraca z Polski Radiem, które obchodzi 95 lat, a nasza Rozgłośnia 85.

- To jest cały czas dla mnie niezwykle magiczne medium. Ogromnie się cieszę, że od lat kilka razy w sezonie pojawiają się słuchowiska Teatru Polskiego Radia z moją muzyką. Bardzo sobie cenię mojego „Amadeusza” – nagrodę kompozytorską właśnie za muzykę do spektakli radiowych. Do tego niedawno Mistrzowska Szkoła Wajdy wraz z Teatrem Polskiego Radia poprosiła mnie, obok m.in. Jana Englerta, Janusza Zaorskiego, abym był bohaterem cyklu „Spotkanie z Mistrzem” w Filmotece Narodowej w Warszawie.

Na pewno magnesem nie są pieniądze.

- Na pewno nie, ale coś jest magnesem. Po pierwsze ludzie, którzy tam pracują... w ogóle to jest magiczne miejsce i jak powiedział dyrektor Janusz Kukuła - teatr wyobraźni. W tym naszym przepełnionym świecie, gdzie nawet oglądając telewizję mamy kilka równocześnie przesuwających się pasków i jesteśmy zasypywani natłokiem informacji, możemy wieczorem usiąść przygasić światło, włączyć radio i po prostu go posłuchać.