Poniedziałek, 17 grudnia 2018 r.   Imieniny: Olimpii, Lazarza, Floriana
Ruch wahadłowy na obwodnicy Świecia nad Wisłą (14 km)
Ruch wahadłowy na obwodnicy Świecia nad Wisłą (14 km)
Ruch wahadłowy na obwodnicy Świecia nad Wisłą (14 km)
Polskie Radio PiK » Rozmowa Dnia

Rozmowa dnia

Kosma Złotowski

Kosma Złotowski Fot. Archiwum
Kosma Złotowski Fot. Archiwum
O ubiegłotygodniowym zamachu w Strasburgu, polityce migracyjnej, trzech latach rządów Prawa i Sprawiedliwości w Polsce. Rozmowa Dnia z europosłem Kosmą Złotowskim.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Kosma Złotowski

Agnieszka Szarecka

Rozmowa Dnia
Rozmowa Dnia
Czy toruńskie Schronisko dla zwierząt zmieni zarządcę? Do ogłoszonego pod koniec października przetargu stanęły tylko dwa podmioty: obecny zarządca czyli "Perro" Agnieszka Szarecka oraz Fundacja "Cztery Łapy”. Ta ostatnia zaproponowała bardzo niską cenę, a z kolei obecny prowadzący dwukrotnie wyższą od tej, którą przeznaczyło miasto.
Skąd takie różnice? Czy można prowadzić schronisko, uwzględniając nowe zadania za 2,3 mln złotych? O tym w Rozmowie dnia z obecną kierownik schroniska Agnieszką Szarecką.

Magda Jasińska: Wiele emocji budzi przetarg na prowadzenie miejskiego schroniska dla zwierząt w Toruniu na lata 2019 - 2022. Do przetargu przystąpiły dwie fundacje. Pani Agnieszka Szarecka zarządza schroniskiem od ośmiu lat. Pani oferta była dwukrotnie wyższa od tego co przeznaczyło miasto na prowadzenie schroniska, bo wynosiła 6.300.000 zł na cztery lata?

Agnieszka Szarecka: Tak. Tak ok. 1,5 mln rocznie. Wcześniej mieliśmy 3 mln, teraz miasto wpisało 3.200.000, więc nie jest to na pewno wystarczająca kwota. Jednak chce od razu wyjaśnić skąd taka duża kwota w naszej ofercie. Problemem są dodatkowe zapisy, które pojawiły się w umowie. Przed przetargiem sygnalizowałam, rozmawiałam u nas z wydziałem, że dodatkowe zapisy drastycznie podniosą koszty prowadzenia schroniska, są to zapisy głównie o całodobowym wyłapywaniu zwierząt i reakcji na zgłoszenie w przeciągu godziny pod rygorem kar finansowych. Te zapisy powodują potrzebę zatrudnienia większej liczby osób, dodatkowo zakupu jeszcze jednego samochodu interwencyjnego i niestety te zapisy tak bardzo te koszty podniosły.

Gro tych kosztów, które pani pomieściła w swojej ofercie to są własnie wynagrodzenia pracowników.

Tak, to są największe koszty, jeśli chodzi o prowadzenie schroniska, kolejne to opieka weterynaryjna, które też drożeje, z racji podwyższania poziomu opieki, droższe są też leki weterynaryjne oraz leczenie zwierząt po wypadkach komunikacyjnych, bo to mamy zapisane całodobowo.

Czy miasto przez ostatnie cztery lata zarządzania przez panią schroniskiem oceniało pani pracę?

Tak. Nie ma zastrzeżeń. Moja praca jest na bieżąco kontrolowana, kontrolowane są wszystkie wydatki, wszystkie przychody, regularnie tworzone są zestawienia, sprawozdania i takowe są zanoszone do urzędu miasta, miasto ma pełną kontrole nad finansami schroniska.

Czy miasto mogło przedłużyć pani umowę, bez przetargu?

Nie. Musi być przetarg. Teraz zmieniła się specyfikacja w zamówieniu, dotycząca kwalifikacji osoby, która może się zgłosić do prowadzenia schroniska.

Jaka to jest zmiana?

To budzi największe zastrzeżenia tych osób, które się tym zainteresowały i protestują w jakiś tam sposób...

Inaczej zapytam. Czy każda osoba, która prowadzi działalność gospodarczą mogłaby przystąpić do tego przetargu?

Tak, nie ważne czy jest to taksówkarz, czy sprzedawca może zostać kierownikiem schroniska, a osobą czy podmiotem, który może się starać o to prowadzenie musi się wykazać wyłapaniem, wysterylizowaniem i oddaniem do adopcji zwierząt bez podania jaka jest to liczba zwierząt, ani na jaką kwotę miałaby ta działalność być przeprowadzona.

W tej chwili schronisko jest na ile psów?

Miejsc mamy 400, bo liczbę miejsc udało nam się powiększyć, ostatnio liczba psiaków przebywających na stałe zmniejszyła się z 380 do 270.

Ile kotów?

Kotów mamy sporo, tu jest tendencja wzrostowa, (...) mamy teraz około 80 - 90 kotów, bywa też, że jest ich nawet ponad 100.

Czy za 2.300.000 zł można przez cztery lata prowadzić schronisko i prowadzić to w taki sposób, żeby nie było zastrzeżeń?

Moim zdaniem absolutnie nie. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Agnieszka Szarecka

Krzysztof Osiński

Krzysztof Osiński. Fot. Archiwum
Krzysztof Osiński. Fot. Archiwum
Dr Krzysztof Osiński był gościem Michała Jędryki w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia PiK. Historyk z Instytutu Pamięci Narodowej mówił o wydarzeniach sprzed 37 lat, o pierwszych godzinach stanu wojennego w naszym regionie, a także o ocenie politycznej i historycznej tamtych wydarzeń z dzisiejszej perspektywy.

Michał Jędryka: Mamy 37. rocznicę stanu wojennego. Panie doktorze, czego jeszcze nie wiemy, a chcielibyśmy wiedzieć o stanie wojennym?

Krzysztof Osiński: - Wiemy już bardzo dużo. Te kilkadziesiąt już lat od upadku komunizmu spowodowały, że historycy mieli możliwość przebadania archiwów, mieli możliwość dotarcia do wielu informacji. Rzeczywiście cały czas pojawiają się nowe dokumenty, pojawiają się informacje, które poszerzają naszą wiedzę i które powodują, że cały czas wnosimy nowe informacje do tego, jak stan wojenny był przygotowywany i w jaki sposób później realizowany. Do tej układanki, do tej opowieści o stanie wojennym jednak możemy jeszcze cały czas dokładać nowe "klocki" m.in. sporo można byłoby jeszcze powiedzieć o przygotowaniach do stanu wojennego, cały czas znajdujemy nowe dokumenty.

No właśnie, kiedy one się tak naprawdę zaczęły, bo przecież taka operacja nie mogła być przygotowana z dnia na dzień...
- No tak, na dobrą sprawę już strajki sierpniowe wywołały u władzy odruchy siłowego stłumienia tego protestu. Opracowano różnego rodzaju koncepcje. Kilka miesięcy temu zaledwie w wojskowych archiwach odnaleziono nowe dokumenty, które rzucają nowe światło na te przygotowania i pokazują, że chciano wykorzystać do tego wojsko, chciano wyprowadzić żołnierzy, czołgi, które miały wjechać do zakładów pracy i siłą stłumić właśnie te strajki, które wówczas się toczyły. Skala protestów, fakt, że one rozlały się na cały kraj spowodowały, że władze wycofały się z tak drastycznych rozwiązań, ale nie z przygotowań do opanowania i utrzymania władzy we własnych rękach. Te przygotowania trwały i wchodziły w coraz to nowe fazy, m.in. pierwsze listy proskrypcyjne, pierwsze listy internowanych to październik 1980 roku, a więc grubo ponad rok przed faktycznym wprowadzeniem stanu wojennego miano już opracowane listy osób, które chciano izolować, chciano zamknąć i zastraszyć, aby więcej nie występowały przeciwko władzom komunistycznym. I te przygotowania trwały, natomiast również wiemy już dzisiaj, że stan wojenny miał być wprowadzony znacznie wcześniej. Pierwszy termin, to wiosna 1981 roku.

Okres prowokacji bydgoskiej właśnie...
- Tak jest! Na przeszkodzie stanęły wydarzenia, które miały miejsce w Bydgoszczy. Fakt pobicia kilku osób, kilku działaczy związkowych postawił kraj na krawędzi strajku generalnego. Władze zdały sobie sprawę, że skoro taki - wydawać by się mogło - błahy incydent jest w stanie wywołać wrzenie w całym kraju, postawić społeczeństwo na krawędzi strajku generalnego, to co się stanie jeśli wyprowadzi się na ulice czołgi, wojsko z długą bronią, z ostrą amunicją?! W jednym z dokumentów biura politycznego możemy przeczytać wypowiedź, która mówi "Jesteśmy gotowi do stanu wojennego. Mamy wszystko opracowane, poza jednym - poza urobieniem społeczeństwa". Rozpoczęto więc działania propagandowe i mialy one jeden cel - zohydzić "Solidarność"! Wmówić społeczeństwu, że to co złego w kraju się dzieje, to jest właśnie wina związku zawodowego i partia próbuje ratować poprzez właśnie różnego rodzaju działania. Zaczęto m.in. wyprowadzać wojsko na ulicę w celu ocieplenia jego wizerunku. Jesienią 1981 roku pojawiają się m.in. tzw. "terenowe grupy operacyjne" czyli żołnierze, którzy chodzą po sklepach i kontrolują, czy pod ladą nie jest schowany towar, pomagają usuwać skutki powodzi, pomagają rolnikom w pracach polowych i w ten sposób ten wizerunek wojska jest ocieplony, by po kilku miesiącach - kiedy faktycznie wprowadzi się stan wojenny - już nie było takiej złości na wojsko. No przecież chwilę przedtem pomagali.

A w tym zohydzaniu "Solidarności" główną rolę odgrywał Jerzy Urban, który wtedy stal na czele propagandy
- Jerzy Urban ale również media, które były praktycznie w 100% w podległości władz. Były przez rzecznika rządu Jerzego Urbana wysyłane specjalne instrukcje, różnego rodzaju wskazówki dla mediów - co mają mówić, jak mówić, w jaki sposób właśnie zohydzić społeczeństwu "Solidarność". To było trudne zadanie, bo musimy pamiętać, że "Solidarność" była trzy razy liczniejsza niż rządząca wówczas partia PZPR. Ale w jakimś stopniu ta metoda trafiała do umysłów, bo sączona i powtarzana wielokrotnie - to tak jak Goebbels powiedział "stukrotnie powtarzane kłamstwo staje się prawdą" i wiele osób zaczęło w te kłamstwa wierzyć.

Jak to się stało, że te bezpośrednie przygotowania do stanu wojennego udało się zachować w tajemnicy?! Przecież o tak ogromnej operacji musiały wiedzieć setki jeśli nie tysiące osób...
- Te przygotowania rzeczywiście były prowadzone w tajemnicy. O prowadzonych pracach nie byli wtajemniczeni ani posłowie ani członkowie Rady Państwa. O takich zakulisowych działaniach świadczy również to, że we wrześniu 1981 roku wydrukowano dokumentację związaną z wprowadzeniem stanu wojennego - różnego rodzaju obwieszczenia, które później rozwieszano w kraju, z pustym miejscem na wpisanie daty i wydrukowano je w Moskwie, samolotami przywieziono do kraju. Później w ramach takiej specjalnej operacji rozwieziono je do komend wojewódzkich Milicji Obywatelskiej i tam one spoczywały w sejfach u komendantów wojewódzkich i na odpowiednio hasło z centrali miano pieczętować te koperty z dokumentacją i przeczytać rozkaz o wprowadzeniu, o realizacji stanu wojennego. W związku z tym to było ograniczone do bardzo wąskiego kręgu osób. O tej tajemniczości świadczy również fakt, że władze więzień, w których później utworzono ośrodki odosobnienia, również o tym nie wiedziały. Oni byli zaskoczeni, że 13 grudnia zaczynają zwozić do nich ludzi i zaczynają tworzyć ośrodki odosobnienia.

Czyli wszystko działo się w kręgach wojskowych, w bliskich współpracowników generała Jaruzelskiego
- W kręgu bliskich współpracowników generała Jaruzelskiego, głównie właśnie wywodzących się z wojska.

13 grudnia, kiedy już ten stan wojenny wprowadzono, wiele osób zostało internowanych. Co możemy powiedzieć o osobach z naszego regionu? Jak to tutaj wygląda?
- Skala internowań w naszym regionie nie była duża w porównaniu z innymi częściami kraju, ponieważ z Bydgoszczy było to 71 osób, z Torunia 211, a z byłego województwa włocławskiego 90 osób. Ale nie wielkość czy nie liczby tutaj pokazują skalę problemu, bo możemy powiedzieć, że tutaj było bardziej precyzyjnie - wypunktowali sobie kto jest istotny dla szkodzenia władzom i już nie za pomocą wielkiej liczby zatrzymanych, ale konkretnych osób: przywódców związkowych, przewodniczących Komisji Zakładowych w poszczególnych zakładach, najbardziej zaangażowanych studentów działających w szeregach Niezależnego Zrzeszenia Studentów, czy działaczy rolniczej "Solidarności"

Jakie nazwiska by Pan tu wspomniał?

- Wspomnieć można chociażby takie nazwiska tych szefów "Solidarności" lokalnych jak Jan Rulewski, jak Antoni Tokarczuk, jak Ryszard Helak, jak Krzysztof Gotowski, ale również można powiedzieć o bracie Grzegorza Schetyny Januszu, który również został internowany wraz z żoną. Kiedy ich internowano, w cudzysłowiu "na wolności" został ich 5-letni syn. Trzeba było zorganizować dla niego pomoc, wsparcie (...) i wówczas pojawiła się taka prawdziwa solidarność, wspólne działanie. Znajomi sąsiedzi, działacze "Solidarności", którzy nie doznali represji internowania. przychodzili z pomocą, okazywali wsparcie (...)

Ta solidarność bardzo widoczna i była też w jaki sposób bardzo szybko podchwytywana ze strony nie tylko społeczeństwa ale i kościoła. Powstawały Prymasowski Komitet Pomocy Uwięzionym...
- Tak jest! Ta pomoc kościoła była bardzo duża. Kościół był taką niezależną instytucją, niekontrolowaną przez władzę więc zapewniał taki parasol bezpieczeństwa dla tych działań. Powstawały Prymasowskie Komitety Pomocy Internowanym, w kościołach powstawały również możliwości organizowania mszy za więzionych i internowanych, które integrowały środowiska opozycyjne. Można było spotykać się, przy okazji wymieniać różnego rodzaju informacje, ulotki i prowadzić działania. Najbardziej aktywnym duchownym w Bydgoszczy był ksiądz Józef Kutermak, który został przez prymasa mianowany kapelanem więzionych i internowanych. (...) On jeździł do różnego rodzaju ośrodków odosobnienia, szczególnie do pobliskich Potulic i tam nie tylko świadczył posługę kapłańską, ale również udzielał wsparcia. Przemycał różnego rodzaju informacje, zarówno z zewnątrz dla internowanych jak i na zewnątrz, informując rodziny o tym co się w środku dzieje i w jakim samopoczuciu są osadzeni. Przemycał np. aparat fotograficzny pod sutanną, dzięki czemu mamy dokumentację zdjęciową życia internowanych.

Powiedzmy jeszcze dwa słowa o upamiętnieniu stanu wojennego, np. apel IPN o wystawienie świec w oknach.
- Apelujemy, aby dzisiaj o godz. 19:30 zapalić świece w oknach, aby poprzez taki symboliczny gęst oddać pokłon tym, którzy byli represjonowani w stanie wojennym. Również odbywają się różnego rodzaju upamiętnienia. M.in. dzisiaj odsłonięty jest w Bydgoszczy przez wojsko obelisk, który będzie poświęcony internowanym w ośrodkach wojskowych. To była taka mniej znana represja stanu wojennego, ale również ona się dokonała i doświadczyło tego wiele osób.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Krzysztof Osiński

Tomasz Kośmider

Tomasz Kośmider. Fot. Archiwum
Tomasz Kośmider. Fot. Archiwum
Gościem Rozmowy Dnia był Tomasz Kośmider, dyrektor Klubu Biznesu J. Academy. Klub Poprzednia strona zrzesza przedsiębiorców, którzy wspierają bydgoską szkółkę piłkarską działającą pod skrzydłami słynnego Juventusu.

Marcin Kupczyk: Juventus Academy Bydgoszcz - cóż to takiego? Proszę przybliżyć naszym słuchaczom.

Tomasz Kośmide r : - Jesteśmy szkółką piłkarską, która opiera się na fundamencie, jakim jest program szkoleniowy Juventusu Turyn, z którym mamy podpisaną umowę licencyjną na ich program szkoleniowy. A tak naprawdę jesteśmy też grupą pasjonatów, pozytywnie zakręconych na edukację dzieciaków, młodzieży. Jeśli chodzi o piłkę, chcemy stworzyć profesjonalnie zarządzaną szkółkę piłkarską, na wzór zachodnich klubów, czyli tutaj też opieramy się między innymi na Juventusie - bo robią to fantastycznie - aby jednocześnie dać młodzieży możliwość dalszego rozwoju i wierzę, że za kilka lat będziemy mieli wychowanka, który będzie miał szansę, żeby grać w zachodnich klubach.

M.K. Włoski program nauczania dzieci gry w piłkę nożną został przygotowany przez uniwersytet dla trenerów w Turynie. Jak wam sie udało dołączyć do niego?

T.K.: - Telefon, mail, rozmowa. Trzeba podpisać umowę, opłacić składki, wysłać trenerów, bo dzisiaj mamy 14 trenerów - dwóch od motoryki - których wysyłamy regularnie na szkolenia do Turynu. Tam są edukowani, dostają licencję i pracują zgodnie z programem.

M.K. Czyli nad Brdą kilkuletni chłopcy uczą się grać w piłkę według zasad szkoleniowych Juventusu Turyn?

T.K.: - Tak jest. A dokładniej dzieci między piątym a 15. rokiem życia - taki mamy przedział wiekowy.

M.K.: Dużo dzieciaków gra w piłkę w tym klubie?

T.K.: 300 dzieci. Mogłoby być ich więcej, ale z powodu braku miejsca ograniczyliśmy tę liczbę do 300, co nam wyszło na dobre, bo dzięki temu możemy dokonywać selekcji i dbać bardzo mocno o jakość.

M.K.: Tak samo szkoli się w różnych miejscach naszego kraju, w Europie i na całym świecie? W taki sam sposób, według takich samych kanonów i zasad Juventusu?

T.K.: - Tak. Zakładam, że jesteśmy tym pierwszym, chcemy być tym pierwszym pokojem, w którym dziecko się uczy, młodzież się uczy. Otwieramy drzwi i przed nami, czy raczej przed nimi szanse, żeby zacząć grać w szkółkach typu Barca, typu Juve, typu Leverkusen, Bayern Monachium, Manchester. Na to liczymy. Z dziećmi nie można podpisywać kontraktów. Formalnie można to robić po 15 roku życia. Natomiast zakładam, że po tym 15 roku życia będzie możliwe podpisywanie kontraktów za naszym pośrednictwem. Na tę chwilę zależy nam bardzo na tym, aby młodzież, która trenuje w bydgoskich szkółkach piłkarskich, nie odchodziła do Lecha, do Wisły, do Legii, bo tam są mocne ośrodki. Dzisiaj dzieciakom, młodzieży, trzeba zapewnić warunki do tego, aby chciały tutaj trenować i to też jest jeden z naszych celów.

M.K.: Były wyjazdy trenerów stąd do Włoch, po to by mogli się szkolić, ale są też wizytację trenerów z Turynu?

T.K.: - Tak. Raz na kwartał, raz na pół roku. Mamy opiekuna z Włoch, który regularnie przyjeżdża, audytuje, patrzy, rozmawia z trenerami, rozmawia z zawodnikami. I to też jest takie mocno budujące, motywujące.

M.K.: No tak. Trener z Włoch przyjeżdża, rozmawia z chłopcami, którzy mają po kilka przecież lat, a jest to na pewno dla nich ważne wydarzenie, które zapamiętają na zawsze. To już nie te czasy, że grało się byle czym, byle jak, odbijając piłkę o garaże pod blokiem, tylko kompletna profesjonalizacja.

T.K.: - Absolutnie.

M.K.: Przejdźmy teraz do J Academy Bussines Club. To klub biznesowy, skupia firmy z wielu branż, jednocześnie współpracuje ze szkólką piłkarską, bo J to Juventus. Proszę opowiedzieć o tym biznesie, o działalności klubu.

T.K.: - Klub Biznesu ma za cel wspierać w bieżącym finansowaniu szkółkę piłkarską. Jednym z fundamentalnych celów jest być samofinansującym się klubem, czyli nie chodzimy do miasta po prośbie. Finansujemy się od pięciu lat z własnych środków i jednym ze źródeł finansowania jest właśnie Klub Biznesu i przedsiębiorcy, którzy do nas dołączają. Jest nas dzisiaj prawie 60 firm z różnych branż: małe, średnie, duże firmy, które są otwarte na to, aby ze sobą współpracować, robić interesy, spotykać się, budować relacje biznesowe, wspierać się w tematach również pozabiznesowych.

M.K.: Czyli mamy tutaj o wiele więcej przedsięwzięć, wiele więcej pól zainteresowań niż tylko wspieranie młodzieżowej piłki nożnej?

T.K. - Absolutnie tak. Myślę, że sport i biznes to dzisiaj jest dobre połączenie. (...)

M.K.: 9 stycznia organizujecie otwarte spotkanie biznesowe. Czas biegnie szybko. Pozostał niecały miesiąc. Proszę opowiedzieć o tym wydarzeniu naszym słuchaczom.

TK.: - 9 stycznia w hotelu Holiday Inn na Grodzkiej organizujemy spotkanie biznesowe w formule otwartej dla przedsiębiorców z Bydgoszczy i okolic, na które serdecznie zapraszamy wszystkich, którzy nas słuchają. To będzie niepowtarzalna okazja do tego, żeby dowiedzieć się, jak działa ten nasz model biznesowy J Academy, jak można go wykorzystać, jak wykorzystać partnerski model biznesowy Klubu Biznesu do realizacji swoich celów. A przedsiębiorcy mają dwa kluczowe cele: zwiększyć sprzedaż, pozyskać nowych klientów, tudzież wygenerować oszczędności. To będzie na pewno doskonała okazja do tego, aby zaprezentować się uczestnikom i poznać sobie podobnych, otwartych na współpracę przedsiębiorców z Bydgoszczy, co w dzisiejszych czasach - moim zdaniem - niesie ze sobą ogromną wartość.(...)



Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Tomasz Kośmider

Łukasz Schreiber

Łukasz Schreiber. Fot. Michał Jędryka
Łukasz Schreiber. Fot. Michał Jędryka
Łukasz Schreiber, który od dwóch tygodni jest sekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów zapowiada, że swoją nową funkcję traktuje m.in. jako szansę na wzmocnienie roli Bydgoszczy i ziemi bydgoskiej w Polsce. Poseł Prawa i Sprawiedliwości z Bydgoszczy był gościem Rozmowy Dnia w Polskim Radiu PiK.

Michał Jędryka: Objął Pan nowe stanowisko 30 listopada. Historyk, autor interesującej książki o jednym z najwybitniejszych wodzów rzymskich - Lucjanie Korneliuszu Sulli, ale i doświadczony polityk, obejmuje jedno z kluczowych stanowisk w najważniejszym urzędzie RP. Historia jest nauczycielką polityki?
Łukasz Schreiber: Cyceron mówił: "Historia magistra vitae est", czyli że historia jest nauczycielką życia. Jest w tym sporo prawdy. Nową rolę, funkcję przyjmuję jako wielki zaszczyt, ale też wielkie zobowiązanie. To są ambitne zadania, które postawił przede mną pan premier Mateusz Morawiecki. Jednocześnie to jest też okazja i szansa - i tak to traktuję - wzmocnienia głosu Bydgoszczy i naszej ziemi, bo to przecież nie tylko Bydgoszcz, ale cały nasz okręg - ziemia bydgoska, Bory Tucholskie, Nakło, Krajna, Pałuki, Kujawy ze stolicą historyczną w Inowrocławiu... Jednocześnie chciałbym pracować dla całego województwa kujawsko-pomorskiego, bo uważam że to wzmocnienie jest na pewno potrzebne.

Jakie były pierwsze sprawy, które trafiły na Pana biurko w nowej pracy?
- Przede wszystkim mieliśmy nowe, kolejne posiedzenie Sejmu, a więc szereg spraw związanych z zakresem tego działania legislacyjnego, bo wśród moich zadań jest m.in. koordynacja pracy między rządem, a parlamentem i proces legislacyjny - rozmowy między ministrami o tych sprawach to są jedne z moich podstawowych obowiązków. Nie jest to funkcja, która się wiąże z jakąś możliwością brylowania, czy pokazywania w świetle jupiterów i kamer, ale ważna z uwagi na funkcjonowanie całego procesu legislacyjnego.

Poprzednikiem na tym stanowisku był Pański ojciec. To utrudnia, czy ułatwia objęcie takich obowiązków?
- Widziałem szereg różnych, także dziwnych komentarzy na ten temat. Tata był poprzednikiem w tym sensie, że pracował w Kancelarii Rady Ministrów i szereg rzeczy było podobnych. To utrudnienie na pewno dlatego, że poprzeczka jest bardzo wysoko postawiona. W tej pracy nie prowadzi się samodzielnie ustaw, nie można przeprowadzać reform, tylko czuwa się nad tymi procesami. Fakt, że ani razu w mediach nie było żadnej awantury dotyczącej ojca pracy i że nigdy nie musiał się z niczego tłumaczyć świadczy, jak dobrze to robił.

Tworzy Pan zaplecze premiera i rządu. Przejdźmy więc do spraw, którymi zajmuje sie premier i jego kancelaria. Po trzech latach rządów PiS, po roku rządów premiera Morawieckiego, mamy przegląd rządu. Są już pierwsze wnioski?
- Byłoby niestosowne, abym podejmował się za premiera oceniać kolegów z rządu. Proszę mnie zwolnić z tego pytania. Moja nominacja to decyzja premiera, także prezesa Kaczyńskiego. Skupiam się na zadaniach, jakie mi postawiono, a nie na recenzowaniu kogokolwiek.

Tę trzyletnią perspektywę zrecenzował już Jarosław Kaczyński na ostatnim spotkaniu w Jachrance. Mówił m.in. "że w możliwie krótkim czasie, potrzebne jest sprawne państwo, sprawne instytucje. To dzisiaj przyznają nawet najbardziej zaciekli liberałowie". Tymczasem kilka dni temu w Rzeczpospolitej Czesław Bielecki napisał, że "Polską rządzi ponad 700-tysięczna bezgłowa armia urzędników i każdy polityk rządowy czy samorządowy, który obejmuje władzę natychmiast zostaje poddany obróbce, której nie zna żaden szef firmy. Dostaje grafik najbliższych wizyt i palących spraw". Tak jest rzeczywiście?
- To zależy, jak kto potrafi albo nie potrafi, chce mu się albo nie chce organizować sobie pracy i to niezależnie od tego, czy zostaje prezesem Polskiego Radia czy ministrem w rządzie. Na pewno pierwsze dni wymagają determinacji, bo to jest praca po 14-15 godzin na dobę i trzeba się z tym liczyć. Spotkanie, które mieliśmy w Jachrance, wyjazdowe posiedzenie klubu parlamentarnego i diagnoza, którą postawiono - ona zresztą była później pogłębiona na zamkniętej części tego posiedzenia - wszystko to jest bardzo ważne. Możemy mówić o kilku obszarach, na które warto wskazać. Po pierwsze - rzeczywiście nie ma demokracji bez sporu, ale nie ma też przyzwolenia na nachalne kłamstwa. Po drugie - co bardzo mocno wybrzmiało - my chcemy Polski w Unii Europejskiej, ale ma to być podmiotowa jej pozycja. Prawo powinno być stanowione w polskim Sejmie, a nie - tak, jakby chciała często opozycja - by orzeczenia zabezpieczające Trybunał Sprawiedliwości stanowiły polskie prawo. Chcemy, by walutą była polska złotówka, ze względu na bezpieczeństwo przedsiębiorców, emerytów i w ogóle polskich rodzin, a nie - tak, jak proponują dziś główne siły opozycyjne - by w szaleńczym pędzie zamieniać złotówkę na euro, gdy nie ma żadnych przesłanek gospodarczych ku temu. Jest jeszcze trzecia sprawa - kwestia podejścia do praworządności.

Również do Konstytucji.
- O tym mówię. Udało się wytworzyć takie wrażenie - nie tylko opozycji, ile części mediów - że rząd, większość parlamentarna łamie Konstytucję. To jest teza skrajnie nieprawdziwa i zresztą oni nie potrafią na to podać żadnych poważnych argumentów. Jednocześnie to przecież druga strona wielokrotnie, na razie oczywiście będąc w opozycji, już teraz zachęca do łamania Konstytucji - choćby wzywając do wypowiedzenia posłuszeństwa przez wojsko czy policję. To powiedzmy, że można jeszcze traktować jako głupkowate wyskoki pojedynczych posłów, ale są systemowe sprawy. Na przykład atak na immunitet parlamentarny, w tym że posłowie mają być pociągani do odpowiedzialności za to, jak głosują - przecież to jest złamanie podstawowych zasad demokracji i trójpodziału także władzy. Ponadto atak i próba tego, co szczególnie możemy odczuć w Bydgoszczy - chęć likwidacji urzędów wojewódzkich, co by się równało degradacji Bydgoszczy do rangi miasta powiatowego i co także jest sprzeczne z Konstytucją. Albo atak na niezawisłość sędziowską, o której oni tak dużo mówią. My jednak stosujemy się do wyroków sądów. Mogą nam się nie podobać, komentujemy je i mamy do tego prawo, ale je respektujemy. Druga strona z kolei po przegranej w sądzie mówi, że nazwiska tych sędziów "zostaną zapamiętane". Tak mówi lider opozycji (...)
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Łukasz Schreiber

Marcin Sypniewski

Marcin Sypniewski. Fot. Archiwum
Marcin Sypniewski. Fot. Archiwum
Marcin Sypniewski, przewodniczący Rady Krajowej partii Wolność, który był dziś gościem Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK zadeklarował, że koalicja partii Wolność i Ruchu Narodowego sprzeciwiać się będzie nadmiernej ingerencji Unii Europejskiej w wewnętrzne sprawy Polski. Za taką ingerencję Sypniewski uważa na przykład stanowisko zajmowane przez UE w sprawie reformy polskiego sądownictwa.

Michał Jędryka: Kilka dni temu partia Wolność i Ruch Narodowy zawarły koalicję do wyborów do europarlamentu. To bardzo różne ugrupowania, choć obydwa prawicowe. Co Was łączy?
Marcin Sypniewski: Na pewno w wyborach do europarlamentu łączy nas sprzeciw wobec centralizmu Brukseli, wobec polityki Unii Europejskiej. Sprzeciwiamy się, by Unia ingerowała w sprawy wewnętrzne państw, jak to miało miejsce w przypadku Polski. Uważamy, że UE nie powinna tego robić. Chcemy państwa suwerennego, które samo decyduje o swoich problemach i uważamy, że politycy Unii powinni zająć się bardziej sytuacją na zachodzie Europy, bo wszyscy widzimy, co się dzieje chociażby we Francji.

A co Pan uważa za ingerencję w wewnętrzne sprawy państwa?
- Nas przykład kwestie związane z reformą sądownictwa, z tymi niby zagrożeniami dla polskiej demokracji, które były przedmiotem debat w Parlamencie Europejskim. W tym przypadku niestety nagannie trzeba ocenić postawę polskich europosłów, chociażby z Platformy Obywatelskiej, którzy bardzo ostro krytykowali rząd podczas tej debaty. Zarówno Wolność, jak i Ruch Narodowy stoją na stanowisku, że problemy polskie musimy rozwiązywać w Polsce. Nie zgadzamy się na to, żeby donosić na własny rząd i prowadzić takie debaty w Parlamencie Europejskim, bo jest to nasza - Polaków - sprawa, w jaki sposób organizujemy sobie politykę we własnym kraju.

Po komunikacie, który został ogłoszony 6 grudnia, jednym z haseł, które przeczytałem było: „Łączy nas polexit”. Rzeczywiście chcecie być aż tak radykalni? Chcielibyście występowania z UE?
- Unia w takim kształcie, jak obecnie nie służy Polsce i Polakom. Po pierwsze – z powodu, o którym mówiłem, czyli ingerencji w sprawy wewnętrzne, po drugie – z powodu imigracji z krajów muzułmańskich. W Europie obecnie, zachodniej zwłaszcza, mieszka w tej chwili już ponad 20 mln muzułmanów. To zagrożenie zarówno dla bezpieczeństwa, jak i dla naszej cywilizacji oraz kultury. Niewątpliwie polityka UE jest drogą donikąd, wiedzie ku przepaści. Twardo się temu sprzeciwiamy.
Tak samo nie odpowiada nam polityka społeczna UE, która jest zdominowana przez partie liberalno-lewicowe. Ideologia, która jest szerzona na co dzień, bardzo nam się nie podoba, czyli walka z tradycją, również z wiarą, a także z naszą kulturą europejską. Temu wszystkiemu będziemy się z pewnością mocno sprzeciwiać (...).

To można zrozumieć, jeśli ktoś ma poglądy prawicowe. W polityce jednak nic nie jest nigdy czarno-białe. Czy korzyści, które Polska ma z członkostwa w UE są Pana zdaniem mniejsze niż zagrożenia, które Pan wymienił?
- Niewątpliwie sprawę należy oceniać na wielu płaszczyznach, ale musimy myśleć o tym, co jest „tu i teraz”. Na przykład wtedy, gdy patrzymy na konflikt na Ukrainie, który się zaostrza, a polityka Unii jest taka, by stanąć raczej po stronie Ukrainy. Uważamy, że w interesie Polski to nie leży i że polityka rządu, który od lat wspiera rząd Ukrainy, jest błędna. Ukraina jest państwem nam wrogim, w którym czci się Stefana Banderę – człowieka odpowiedzialnego za ludobójstwo na Polakach na Wołyniu. Nie powinniśmy tego państwa wspierać, a przede wszystkim nie powinniśmy dać się wciągnąć w tę wojnę, gdyż Polska nie ma żadnego interesu, by brać w niej udział (…).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Marcin Sypniewski

Agnieszka Słowik

Agnieszka Słowik, fot. Monika Kaczyńska
Agnieszka Słowik, fot. Monika Kaczyńska
Gościem Rozmowy Dnia była w piątek Agnieszka Słowik - terapeuta uzależnień, kierownik poradni Towarzystwa "Powrót z U" w Toruniu. Tematem rozmowy była akcja "Masz jedno życie - Stop dopalaczom".

Michał Jędryka: Jak powstała akcja "Stop dopalaczom"?

Agnieszka Słowik: - Sama akcja "Stop dopalaczom"została zainicjowana przez Główny Inspektorat Sanitarny, w odpowiedzi na dużą liczbę zatruć, które miały miejsce w wakacje tego roku na terenie całego kraju. Finansowana jest ze środków Ministerstwa Sprawiedliwości i jest przede wszystkim akcją uświadamiającą, edukacyjną, skierowaną do młodzieży, rodziców, do środowisk wychowawczych pracujących z tą młodzieżą. W ramach tej akcji prowadzone są prelekcję, warsztaty, konferencję, różnego typu zajęcia, właśnie po to, żeby wyedukować i uświadomić społeczeństwo na temat szkodliwości używania właśnie tych nowych substancji psychoaktywnych.

M.J.: Czym są to substancje, które popularnie określa się jako dopalacze?

A.S.: - To są substancje przede wszystkim chemiczne, bardzo toksyczne, które wprowadzają w stan odurzenia i zaburzeń świadomości, które mają działanie podobne do działania substancji pobudzających, mają działanie halucynogenne, albo podobne do działania substancji takich marihuana - mówimy o syntetycznej marihuanie. Czyli jednym słowem chemia, która może być pomieszana z dodatkami też substancji naturalnych, halucynogennych, o działaniu psychodelicznym.

M.J. Mówi pani "podobne". Co to znaczy? Czy dopalacze to jest to samo, co narkotyki, czy to jest jednak coś innego niż narkotyki?

A.S.: - To jest to samo co narkotyki inne, typu amfetamina, metamfetamina. Tylko one są wytwarzane w dość szybkim procesie produkcji chemicznej i bardzo często są to całkowicie syntetyczne substancje, których działanie jest trudno przewidzieć, ponieważ w takim dopalaczu może być mieszanka różnych substancji chemicznych i jak ta substancja będzie działać na organizm to tak naprawdę testują na sobie przede wszystkim użytkownicy.

M.J.: Jak pani ocenia aktualną świadomość społeczną w tym zakresie? Czy to niebezpieczeństwo testowania na sobie takich substancji istnieje wśród ludzi młodych, wśród ich rodziców?

A.S.: - Wydaje mi się, że świadomość wzrasta. Jednakże pamiętajmy, że właśnie użytkownikami są bardzo młodzi ludzie. Ten wiek charakteryzuje się tym, że młody człowiek raczej nie myśli o konsekwencjach swoich postępowań czy działań i - mówiąc językiem młodzieży - lajtowo podchodzi do różnych sytuacji, szczególnie właśnie narkotyków, co jest bardzo, ale to bardzo niepokojące. Młodzi ludzie zdają sobie sprawę z konsekwencji, ale z mojego doświadczenia zawodowego wynika, że uznają iż używanie substancji psychoaktywnych czy nawet dopalaczy jest tylko i wyłącznie wtedy niebezpieczne, kiedy zacznie się dziać coś niepokojącego. I niestety tutaj w tym zakresie świadomość również rodziców jest też bardzo niska.

M.J. - Czy spotyka się pani z takim milczącym przyzwoleniem rodziców lub nauczycieli?

A.S.: - Trudno tu mówić o przyzwoleniu, bo musimy sobie zdawać sprawę, że jak dziecko zaczyna eksperymentować z narkotykami, to naprawdę bardzo trudno jest rozpoznać czy to są narkotyki, czy też to co się dzieje z dzieckiem jest takim wynikiem procesu dojrzewania, bo te dzieci faktycznie zachowują się - przepraszam - jak takie nieznośne nastolatki. Wydaje mi się, że tutaj rodzicom brakuje trochę wiedzy na temat tego, jak może zachować się dziecko, które zaczyna eksperymentować z narkotykami. I bardzo często to lekceważenie czy ignorancja wynika bardziej z niewiedzy niż tak naprawdę z cichego przyzwolenia. Jestem pewna, że jednak rodzic ma jakąś intuicję i gdyby pewnie wiedział, że dotyczy to zachowanie narkotyków, to przypuszczam - i zakładam, że faktycznie tak się dzieje - że wielu rodziców szybciutko trafia po pomoc.

M.J.: A gdzie mogą rodzice zdobyć taką wiedzę?

A.S.: - W szkołach robione są różne zajęcia, spotkania. Apelowałabym do państwa, żeby jednak przechodzić na tego typu spotkania, pogadanki, bo czasem może się okazać, że to co było mówione na takich spotkaniach, może być bardzo przydatne w praktyce. Druga rzecz - Krajowe Biuro Przeciwdziałania Narkomanii prowadzi stronę internetową i poradnię internetową. Jest bardzo fajna strona przygotowana też dla rodziców, dla młodych ludzi: dopalacze pl. Tam możecie państwo również sobie poczytać, pooglądać też filmiki, które instruują. Tam są również opisane konkretne kroki jak postępować w sytuacji, kiedy dziecko eksperymentuje. W przypadku dopalaczy bardzo ważne jest też, gdy dziecko przychodzi pod wpływem substancji psychoaktywnych, żeby umieć natychmiast udzielić mu pomocy, żeby wiedzieć w jaki sposób można udzielić tej pomocy.W przypadku dopalaczy ich działanie może się przedłużyć nawet do trzeciej doby i naprawdęzachęcam wszystkich rodziców, żeby - w sytuacji kiedy widzimy, że dziecko jest pod wpływem narkotyków - wzywali jednak pogotowie, żeby lekarz zdiagnozował to dziecko, żeby dziecko trafiło jednak na oddział i zostało objęte odpowiednią opieką medyczną. Stan zatrucia po dopalaczach wymaga odtrucia, czyli tak zwanej szybkiej intensywnej detoksykacji. To może uratować życie, ponieważ dziecko pod wpływem narkotyku typu dopalacz może przez pierwsze dwie godziny bardzo dobrze funkcjonować, nie musi mieć złych objawów, a po dwóch - trzech godzinach może się okazać, że dopalacz zaczyna działać, może zatrzymać akcję serca, może spowodować różnego typu zaburzenia, stwarzające wysokie ryzyko dla życia i zdrowia.

M.J.: A kiedy już ta pierwsza pomoc zostanie udzielona, to jak dalej wygląda terapia takiego człowieka?

A.S. Ja przy okazji chciałabym uświadomić Państwu, że w momencie, kiedy dziecko pod wpływem dopalaczy, albo innych substancji, trafia na oddział czy do szpitala, by tego nie ignorowali. Jeżeli dziecko wymaga opieki czy obserwacji na oddziale psychiatrii dzieci i młodzieży, to musimy sobie zdawać sprawę, że nie jest to normą, to dziecko się zatruwa i jest autoagresywne. Uważam, że należy dalej monitorować i diagnozować dziecko, niezależnie od tego, czy to jest jednorazowe użycie, czy dziecko już wcześniej zażywało narkotyki. Jeżeli jest to jednorazowe użycie, to podejmuje się działanie o charakterze psychologicznym. Jeżeli dziecko stale używa narkotyków, to wtedy bardziej są to działania skierowane na terapię uzależnień. Tych miejsc w naszym województwie jest bardzo dużo: w Toruniu Wojewódzki Ośrodek Terapii Uzależnień, jest nasza poradnia "Powrót z U", Towarzystwo Zapobiegania Narkomanii w Bydgoszczy, bydgoski ośrodek BORPA...
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Agnieszka Słowik

Krystyna Michałek

Krystyna Michałek. Fot. Tomasz Kaźmierski
Krystyna Michałek. Fot. Tomasz Kaźmierski
Gościem "Rozmowy dnia" Polskiego Radia PiK była Krystyna Michałek, rzecznik Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w Bydgoszczy. Rozmawialiśmy o elektronicznych zwolnieniach lekarskich, o pierwszych dniach funkcjonowania systemu z obowiązkowymi zwolnieniami i o tym o czym powinni pamiętać pacjenci i lekarze w związku z informatyzacją tej dziedziny życia.

Michał Jędryka: Od 1 grudnia rewolucja w systemie wystawiania zwolnień lekarskich, lekarze mogą wystawiać już tylko zwolnienia elektroniczne, papierowe odeszły do historii. Czy wszystko zafunkcjonowało prawidłowo?

Krystyna Michałek: Przypomnę, że lekarze mogą wystawiać zwolnienia elektroniczne od stycznia 2016 roku i choć początkowo była mała liczba wystawianych zwolnień, tak już teraz od 1 grudnia lekarze mają obowiązek wystawiać tylko i wyłącznie w formie elektronicznej. ZUS przygotowywał się do tego od dłuższego czasu by ułatwić lekarzom przechodzenie z wersji papierowej na wersję elektroniczną. Prowadziliśmy szkolenia dla lekarzy i płatników składek z obsługi elektronicznych zwolnień. Wprowadziliśmy udogodnienia, takie jak bezpłatny certyfikat, dzięki któremu lekarz może podpisywać elektroniczne zwolnienie, wprowadziliśmy doradce do spraw elektronicznych zwolnień, który jest dostępny w każdej placówce ZUS, również lekarze mogą liczyć na pomoc koordynatora do spraw elektronicznych zwolnień, który prowadzi konsultacje dla lekarzy, ale również szkolenia. (...).

Wygląda na to, że te działania przyniosły niezły skutek, bo w komunikacie z ZUS czytamy, że tylko 21 zwolnień papierowych w tych dniach od 1 grudnia się pojawiło.

Zgadza się, do tej pory, do dziś to co prawda już 31 zwolnień papierowych. Może pokażę proporcje. W ubiegłym tygodniu od 23.11 do 29.11 do bydgoskiego oddziału ZUS wpłynęło 4 tysiące zwolnień papierowych, bo wtedy była taka możliwość. W tej chwili 8, natomiast w toruńskim oddziale ZUS w ubiegłym tygodniu papierowych zwolnień było 4900, w tej chwili 13. Zaznaczę, że nasi pracownicy będą się kontaktować z lekarzami, którzy wystawili zwolnienia papierowe, chcemy poznać przyczynę wystawienia papierowego zwolnienia, będziemy starali się oczywiście lekarzom pomóc, przeszkolić, jeśli jest taka potrzeba.

A jeśli lekarzom zostały jakieś druki ZLA to co mają z nimi zrobić?

Oddać do ZUS, ponieważ są to druki ścisłego zarachowania i lekarze muszą się z tego rozliczyć.

Do tej pory zmorą, właściwie pacjentów i lekarzy były błędy w zwolnieniach, czy ten system trochę to zmienia?

Lekarz wystawiając zwolnienie papierowe musiał wpisywać wszystkie dane identyfikacyjne, czyli pacjent musiał znać NIP pracodawcy, musiał podać wszystkie dane i tu można było popełnić błąd. W tej chwili wystarczy, że lekarz wpisze PESEL pacjenta i automatycznie pozostałe dane identyfikacyjne uzupełni system, bądź też lekarz będzie miał prawo wybrać sobie z listy, jeśli pacjent będzie chciał wskazać inny adres zamieszkania, bo może być taka sytuacja, że na czas choroby zmieni miejsce zamieszkania, wtedy lekarz może to wpisać "z ręki". (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Krystyna Michałek

Robert Biedroń

Robert Biedroń. Fot. robertbiedron.pl
Robert Biedroń. Fot. robertbiedron.pl
- Nie interesują mnie stołki, dlatego nie przystąpię do Koalicji Obywatelskiej - zadeklarował Robert Biedroń w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia PiK. Polityk, który zakłada nowe ugrupowanie powiedział też dlaczego nie wierzy w "rycerza na białym koniu" - jak określa się ewentualny powrót Donalda Tuska do polskiej polityki. Gość Marcina Kupczyka wyjawił też cele, które chce osiągnąć zakładając własne ugrupowanie polityczne.

Marcin Kupczyk: Były prezydent Słupska, kiedyś działacz SLD, poseł Ruchu Palikota, obecnie pisarz pisarz...
Robert Biedroń: - Tak, napisałem książkę pt. "Nowy rozdział". Polecam Panstwu.

Objeżdżający Polskę z książką "Nowy rozdział" ale również z nowym pomysłem. Zrezygnował pan z ubiegania się o reelekcję na stanowisko prezydenta Słupska i postanowił poświęcić się budowie nowego lewicowego ugrupowania. Program partii ma być gotowy na przełomie 2018 i 2019 roku, teraz jeździ pan po kraju promując swoją inicjatywę, zachęcając uczestników do dzielenia się swoimi pomysłami na Polskę. Chce Pan słuchać Polaków?
- Inaczej się nie da. Wiem to jako były prezydent Słupska, że gdybym nie słuchał mieszkańców miasta, nie zrobił tych wszystkich rad konsultacyjnych, to nie czułbym tego bijącego serca miasta. Trzeba być w ciągłym kontakcie, bo politycy nie kończą Uniwersytetu Polityków, nie ma czegoś takiego. Politycy uczą się od ludzi. Dlatego jeżdżę po Polsce i piszę ten nowy rozdział, spotykam się z mieszkańcami, miałem także spotkanie z mieszkańcami Bydgoszczy. Ja mógłbym napisać program, to nie jest coś super trudnego. Tylko uważam, że lepszy program napiszę razem z ludźmi. Piszemy po kilka postulatów, to są takie postulaty, które nie dotyczą pomników czy marszu. Ludzie opowiadają co ich boli i razem szukamy rozwiązań.

Mówi pan tak - "Nie ma już czasu, trzeba zacząć pisać nowy rozdział. Zróbmy to razem. Jestem gotowy". Do czego Pan jest gotowy?!
- Do tego, żeby zmienić polską politykę. Pokazać, że da się inaczej, że dzisiaj powinniśmy zrobić krok do przodu i zakończyć tę wojnę, doprowadzić do tego, że te dwie wielkie partie, które wzięły nas w taki śmiertelny uścisk, żeby z tego wyjść w jakiś sposób i zacząć myśleć o przyszłości Polski o tym jak nam się powinno żyć, jakiej służby zdrowia chcemy, jakiej edukacji, jak doszusować do tego peletonu państw europejskich.

"Zaczynamy budowę nowego ogólnopolskiego ruchu" - możemy przeczytać, że projekt polityczny Roberta Biedronia stawia za cel zwrócenie nadziei na to, że polityka może łączyć a nie dzielić. Co znaleźć wspólnego dla takich ugrupowań, dla takich bytów jak .Nowoczesna i PiS albo dla PiS i dla PO, albo coś wspólnego dla Partii Razem i Kukiz’15?!
- Po pierwsze to nie używać języka, który dzieli. Jestem zmęczony już tymi podziałami – lepszy i gorszy sort czy "współczesnymi bolszewikami". Z jednej i z drugiej strony pada bardzo dużo obraźliwych słów, które nie mają na celu uporządkować nam jakoś rzeczy, które nie działają. Chciałbym w końcu usiąść do stołu i rozmawiać o praktycznych, konkretnych rzeczach, co naprawdę ludzi uwiera i co ich boli. To jest trudne, ale w to wierzę.

Złagodzenie języka - ale czy to wszystko? To trochę mało.
- To skok do przodu. Dzisiaj opozycja demokratyczna ma szklany sufit nad sobą, ponieważ Prawo i Sprawiedliwość w umiejętny sposób podsyca pewna antagonizmy, ale też prowadzi taką politykę, w której w populistyczny sposób, znów nierozsądnie często gospodaruje środkami publicznymi. Żeby być wiarygodnym i autentycznym, nie można wyjść tylko "antyPiSsem". Trzeba pokazać alternatywę. Nie tylko, że usuniemy Jarosława Kaczyńskiego i jego partię od władzy, ale co będzie dalej.

Powiedział Pan o budowaniu "anty PiSu" - "Kiedy mieliśmy gorący czas wyborów samorządowych Grzegorz Schetyna ogłosił, że właśnie udało się. Zbudowaliśmy *antyPiS*".
- No ale sam "antyPiS" dla "antyPiSu" nic nie znaczy. To jest wydmuszka. A gdzie jest zawartość tego?! Chciałbym, żeby tam były jakieś konkrety. Żeby ludzie mieli wybór. Dzisiaj Kaczyński na stole daję im konkretne rzeczy. Ja się z nimi nie zgadzam najczęściej, chociaż "500+" uważam, że jest to program godnościowy, który zmienił oblicze mojego miasta, który pomógł wielu ludziom.

O 40% w Słupsku zmalała bieda - dzięki programowi "500+"
- I to są realne efekty i za to trzeba chwalić obecnie rządzących. Ale za wiele innych rzeczy dotyczących praworządności, przywłaszczenia mediów publicznych… trzeba mieć odwagę, żeby to zmienić. Przecież nie można być tylko "antyPiSem"np. jeśli chodzi o media publiczne - mówię to w publicznym radiu - trzeba politykom zabrać te zabawki po prostu raz na zawsze. Ja wiem, że wszyscy politycy przychodzą do tego studia od lat i wam to obiecują, ale trzeba to w końcu odważnie zrobić. Po prostu zabrać te zabawki, żeby media publiczne nie padały łupem jakiejś partii politycznej.

Pamięta pan słowa Donalda Tuska - "Nie płaćcie na media publiczne!"
- Fatalne! Bo bez mediów publicznych nie będziemy mieli pewnych standardów dziennikarskich.

Pozwoli Pan, że zacytuję teraz - "każde nowe ugrupowanie po stronie opozycji wywołuje uśmiech na twarzy Jarosława Kaczyńskiego. Prawo i Sprawiedliwość może otwierać szampana" - powiedziała rzeczniczka .Nowoczesnej. Paulina Hennig-Kloska uważa, że obecnie jest czas łączenia a nie dzielenia opozycji czego pierwszym krokiem miała być Koalicja Obywatelska. Nie przystąpił Pan do niej?
- Nie, nie przystąpiłem i nie przystąpię z tego względu, że... Dlaczego ja ze swoim autentyzmem, wiarygodnością, z projektem, który dzisiaj budzi tak duże zainteresowanie miałbym przystępować do czegoś, co także ideowo nie jest mi bliskie? Ja jestem prodemokratyczny. Nie zgadzam się z wieloma rzeczami, które robi Jarosław Kaczyński, ale nie mam żadnego powodu, żeby tylko dla stołka przystąpić do tej koalicji, łączenia się dla stołków, żeby pokazać, że my tutaj razem? Dla mnie nie jest ważne czy ja zrobię to z Grzegorzem, z Barbarą czy z Adrianem czy z Włodkiem. Dla mnie jest ważne, co mam zrobić tzn. jeśli się przyłączę do .Nowoczesnej czy to oznacza, że w kwestiach światopoglądowych czy w kwestiach społecznych Platforma Obywatelska nagle stanie się progresywna i lewicowa? Wątpię! Tak się nie stanie! I nie wierzę, że przystępując do Koalicji Obywatelskiej mój jeden mandat w sejmie cokolwiek zmieni na przyszłość. Ja potrzebuję wielu mandatów, żeby Grzegorz Schetyna - który powinien szczególnie trzymać kciuki za mnie, żeby mi się to udało - że mógł później powiedzieć "udało się i przez Biedronia muszę wprowadzić te wszystkie rzeczy dotyczące światopoglądu, sprawiedliwości społecznej i takiej polityki, która wyrównuje szanse".

Grzegorz-Andrzej-Adrian… To teraz Adrian - Adrian Zandberg z Partii Razem proponuje, by stworzyć koalicję w wyborach do Parlamentu Europejskiego. "Mam dla Roberta konkretną propozycję: Pozmawiajmy o Europie, o tym co nas łączy. Jeśli mamy wspólne pomysły, porozmawiajmy o tym, czy jest możliwy partnerski, koalicyjny start w wyborach europejskich". Przyjął Pan to zaproszenie od Zandberga?
- Ja się zaczynam powoli czuć teraz jak taka "panna na wydaniu", która dostaje różne ofert

Wszyscy Pana chcą, to prawda!
- Bardzo mi zależy na tym, żeby nie stracić tej wiarygodności, bo ja naprawdę nie boję się o swoje miejsce na przyszłość, w sensie pracy itd. Ja nie robię tego dlatego, żeby dostać stołek, żeby się z kimś połączyć tylko dlatego, żeby być "szalupą ratunkową" czy czymkolwiek. Ja to robię dla realnej zmiany, dla pewnych wartości, które chcę, żeby były w polityce. Oczywiście Adrian Zandberg, Partia Razem to jest coś co mnie bardzo interesuje podobnie jak Koalicja Obywatelska. Uważam, że i taka lewica bardzo postępowa i konserwatywna, centrowa platforma są potrzebne w polskiej polityce. Tylko ja jestem inny, ja mam inne wartości i co tutaj łączyć?! Co oni chcą ze mną robić?!

To jeszcze jeden, Andrzej Rozenek - "politycy lewicy oczekują od Roberta Biedronia deklaracji czy będzie startował do europarlamentu ze wspólnej listy lewicy, czy nie!"

- Kibicuje i niech tworzą wspólną listę. Jak to się uda, rozmawiajmy. Trzymam kciuki. Jak na razie to nienawiść między SLD a Partią Razem nie przekłada się na współpracę, ale ja dzisiaj się koncentruję na swoim projekcie, który jest całkiem inny, wymyka się z tych tradycyjnych partii politycznych, które się zweryfikowały i dostały bardzo niskie zaufanie społeczne. Wciąganie mnie w to jest kontrproduktywne.

To jeszcze jedno nazwisko na koniec - Donald Tusk określany jako jedyny ten, który może pokonać PiS i zmienić coś. Wraca i... albo staje na czele czegoś nowego lub zostaje prezydentem, a premierem np. Grzegorz Schetyna albo Władysław Kosiniak-Kamysz... Co Pan na to i czy to jest Pana bajka?
- To jest "political fiction". Nie wiemy, co zrobi Donald Tusk, jakie ma plany i myślę, że liczenie na to, że zjawi się "rycerz na białym koniu" jest kompletnie naiwne i pokazuje też miałkość polskiej polityki. A gdzie jest przestrzeń na to? Wraca, przyjeżdża do nas "rycerz na białym koniu" i co związku z tym? Budzimy się następnego dnia i czy to oznacza, że będziemy żyli w lepszym kraju? Mnie interesuje to, co się będzie działo z moim krajem, jaki jest pomysł na Polskę, czy będzie lepsza edukacja a ludziom się będzie lepiej żyło? Czy będą bardziej szczęśliwi? Tego nie słyszałem w tym wszystkim!

Co w lutym 2019 roku usłyszą Polacy od Pana?
- Usłyszą program, który piszemy dzisiaj z Polkami i Polakami. Spotkają ludzi, którzy będą ze mną robili ten projekt i dowiedzą się, jaka będzie nazwa tego projektu. Wszystkich zapraszam 3 lutego na halę Torwar w Warszawie.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Robert Biedroń

Tomasz Latos

Tomasz Latos. Fot. Archiwum PR PiK
Tomasz Latos. Fot. Archiwum PR PiK
Gościem Rozmowy Dnia w Polskim Radiu PiK był Tomasz Latos, prezes zarządu Prawa i Sprawiedliwości w okręgu bydgoskim. Rozmawialiśmy o rocznicy utworzenia rządu Mateusza Morawieckiego.

Michał Jędryka: Mijają trzy lata od objęcia rządów w Polsce przez Prawo i Sprawiedliwość, a rok od powołania na stanowisko prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego. Czas na podsumowania. Sam premier mówi, że udało nam się zrobić "gruntowny remont naszego domu". Uważa Pan, że to słuszne sformułowanie?
Tomasz Latos: Wydaje mi się, że tak. Państwo w wielu kwestiach wymagało przebudowy i nie zawsze było to łatwe, warto jednak przypomnieć, jak wiele się zmieniło w ciągu ostatnich trzech lat, bo na co dzień o tym zapominamy albo nie dostrzegamy. Osiągnięcia to choćby wysoki wzrost gospodarczy, którym możemy się chlubić w całej Unii Europejskiej, albo rekordowo niskie bezrobocie. To wszystko pokazuje, że decyzje związane z gospodarką były właściwe, a to przecież jeszcze nie koniec - będą podejmowane także inne różne działania.
Zresztą premierowi niezwykle zależy na wspieraniu przedsiębiorczości czy innowacyjności w gospodarce. Zostały podjęte działania, związane z obniżeniem kosztów takich, jak ZUS dla małych przedsiębiorców. To wszystko miało miejsce, ale dzieje się też wiele dobrych rzeczy w kwestiach społecznych...

... na przykład w służbie zdrowia. Premier mówi, że jedną z cichych rewolucji ostatnich lat jest rewolucja cyfrowa, do której ma dojść także w służbie zdrowia. Rozpoczęło się już wprowadzanie elektronicznych zwolnień, pojawią się też elektroniczne recepty i skierowania. Mateusz Morawiecki twierdzi, że pomogą rozładować kolejki. Podziela Pan to zdanie?
- W dużym stopniu oczywiście tak, choć nie jest to jedyny sposób na kolejki w ochronie zdrowia. Sprawa jest dużo bardziej skomplikowana i pewnie warto byoby osobno o tym porozmawiać.
Natomiast jeżeli chodzi o informatyzację, możemy cieszyć się, że wreszcie do niej doszło, bo było to zapowiadane od wielu lat. Przypomnę, że poprzednia koalicja rządząca PO-PSL wydała na różnego rodzaju projekty informatyczne około pół miliarda złotych i nic z tego nie wynikło. Nie było w praktyce żadnych zauważalnych i ważnych zmian, co teraz trzeba nadrabiać. (...).
Jeżeli już mówimy o polityce społecznej, warto przypomnieć kolejny raz o ważnych programach - choćby 500 plus, który wszyscy znamy i który rząd PiS wprowadził. Nie wszyscy beneficjenci odbierający te pieniądze mają świadomość, że to rząd finansuje ten program, a prezydenci, burmistrzowie i wójtowie są tylko przekaźnikiem w tej sprawie.

Większy problem jest z programem "Mieszkanie Plus".
- Dlatego, że w tym przypadku bez aktywności samorządowców trudno było cokolwiek zrobić, wyłącznie z perspektywy rządu i Warszawy. Są oczywiście miejsca, gdzie ten program działa i pojawiły się pierwsze mieszkania, ale w takich miastach jak choćby Bydgoszcz jesteśmy daleko w polu i mamy dużo do nadrobienia. Jeśli jednak nie będzie życzliwości poszczególnych prezydentów, burmistrzów i wojtów, trudno będzie ten program realizować. (...)


Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Tomasz Latos
1234567