Czwartek, 20 czerwca 2019 r.   Imieniny: Diny, Bogny, Florentyny
Polskie Radio PiK » Rozmowa dnia

Rozmowa dnia

ks. Mateusz Ziemlewski

Ks. Mateusz Ziemlewski./fot. edupolis.pl
Ks. Mateusz Ziemlewski./fot. edupolis.pl
Gościem Rozmowy Dnia 20 czerwca był ks. Mateusz Ziemlewski, z którym rozmawialiśmy na temat święta i procesji Bożego Ciała, o ich znaczeniu w religii i w kulturze.

Michał Jędryka: Boże Ciało to dla katolików szczególne święto, bo związane z zewnętrzną manifestacją wiary.

ks. Mateusz Ziemlewski: Tak, to jest święto, które zaczęto obchodzić w XIII wieku. To był moment w którym teologia i pobożność katolicka bardzo mocno akcentowała rzeczywistą obecność Chrystusa w postaciach eucharystycznych. W średniowieczu był taki kult związany z tajemnicami życia Chrystusa, zwłaszcza jego męki. Adorowano bok Chrystusa, adorowano właśnie jego ciało, jego krew i pod koniec XIV wieku, prawdopodobnie w Kolonii odbyły się pierwsze procesje eucharystyczne. To była kwestia radości wspólnoty wierzącej z tego, że jest z nią Bóg. (...). W ostatniej wieczerzy Pan Jezus powiedział, że mamy to czynić na jego pamiątkę i że te wypowiadane słowa będą na jego życzenie realizowały jego rzeczywistą obecność. Odtąd ten chleb i wino już nie jest chlebem i winem. Sam Chrystus powiedział: „to jest ciało moje, to jest krew moja”. To jest największy skarb Kościoła i przez wieki musiał być rozwijany.

Czyli procesja jest wyrazem wiary w to, że w monstrancji, w chlebie, jest rzeczywiście Chrystus.

Dzisiaj, nam współczesnym ludziom, często się mówi: czy my musimy iść do kościoła? Epoka skrajnego materializmu, bo tak dzisiejszą antyklulturę należny nazwać, ubóstwia materię, a jednocześnie wszechmogącemu Bogu, który jest fundamentem wiary, odmawia możliwości przyjęcia materii, a właśnie Bóg jest w materii i materia może być Bogiem i to jest właśnie przeistoczenie.

Wspomniał ksiądz o kontrowersjach. Na przykład luteranie nie wierzą w obecność o której ksiądz mówił.

U nich jest taka koncepcja filozoficzna, potem wynikająca z niej teologiczna, mówiąca o transsubstancjacji, to koncepcja katolicka powstała na tomizmie, a wcześniej na arystotelizmie, że zmienia się w czasie eucharystii, w czasie przeistoczenia, tak wierzymy, filozoficznie nieporadnym językiem, ale do teraz nie mamy lepszego, szukamy wciąż. To pokazuje, że chociaż przypadłości się nie zmieniają, zostają takie same, kształt, kolor smak, to jednak zmienia się substancja, to co jest niewidzialne. To nie jest przedmiot wiary, to jest konstrukt filozoficzny, który ma odpowiadać rzeczywistości. Od II wieku mamy zanotowane pierwsze oznaki czci dla wszelakich części Pana Jezusa, to znaczy chleba eucharystycznego. W katolicyzmie mam ten moment, że kiedy już mamy przeistoczone ciało i krew pańską ona jest cały czas ciałem Boga, stąd mamy kult adoracji najświętszego sakramentu, bo Chrystus jest ciągle ze swoimi ludźmi. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - ks. Mateusz Ziemlewski

Antoni Mężydło

Antoni Mężydło. Fot. Archiwum PR PiK
Antoni Mężydło. Fot. Archiwum PR PiK
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Antoni Mężydło
Czy żałuje odejścia z Prawa i Sprawiedliwości? Jak ocenia skuteczność opozycji? Jaki będzie jej program na jesienne wybory parlamentarne? Skąd się biorą czarne scenariusze dla Polski? Gościem Roberta Erdmanna w "Rozmowie dnia" w Polskim Radiu PiK był Antoni Mężydło, toruński poseł Platformy Obywatelskiej.

Robert Erdman: Panie pośle, nie żałuje pan rozstania z Prawem i Sprawiedliwością?

Antoni Mężydło: Nie, życie jest tak ciekawe, że każda decyzja jest dobra, powinna być dobra. Z reguły jestem optymistą, i mam nadzieję, że ten wybór był dobry.

Optymistyczne myślenie towarzyszy też perspektywie nadchodzących, październikowych wyborów?
- Na pewno sytuacja nie jest łatwa, ale ze względu na to, że te wybory dopiero się zbliżają, sprawa nie jest przesądzona. Ja wiem, że Prawo i Sprawiedliwość znajduje się w znacznie lepszej sytuacji, jest po wygranych wyborach ze sporym wynikiem, natomiast opozycja jest trochę w rozsypce po przegranej, bo tego się nie spodziewała. Bieg zdarzeń jest taki, że wymusza szybkie działanie ze względu na to, że ten okres między europarlamentarnymi a wyborami do parlamentu krajowego jest bardzo krótki. Właściwie planując eurowybory trzeba było, podobnie jak koalicja prawicowa, tę koalicję zawiązać od razu na następne wybory. Myślę, że byłoby łatwiej, bo wszystkie sondaże wskazują jednak na to, że im szersza koalicja, tym wynik będzie lepszy dla opozycji.

A jak pan przyjmuje wybór do europarlamentu byłych premierów z SLD? Pytam pana jako działacza opozycji z lat 70. Przecież był pan współpracownikiem i KOR-u i Wolnych Związków Zawodowych...
- Tak. Nie jest to sytuacja komfortowa, ale politycy nie znajdują się zawsze w sytuacji komfortowej i mają prawo wyboru. Pamiętam, że przed wyborami w 2005 roku Jarosław Kaczyński z działaczami "Solidarności" przygotowywał na taką ewentualność, mówił - „Jeżeli będzie do wyboru Samoobrona i SLD, to nie zdziwcie się, że będę wolał wybrać SLD ze względu na to, że jest to partia przewidywalna". Przecież tu nie chodzi o to, żeby prezentować pewną szlachetną postawę w polityce, ale żeby skutecznie rządzić i te nieprzewidywalne podmioty są po prostu trudne do współpracy. I wtedy ta decyzja Jarosława Kaczyńskiego, w pewien sposób mnie do tego pomysłu przygotowywała, i do tego, co się stało teraz w Platformie Obywatelskiej. To to nie jest dla mnie to sytuacja komfortowa, ale jest akceptowalna - właśnie z racjonalnego punktu widzenia.

Wspomniał pan o skuteczności. A co ze skutecznością Platformy Obywatelskiej w opozycji?
- Pod względem organizacyjnym, Grzegorz Schetyna jest „człowiekiem sukcesu". Jednak udało się mu zmontować tak szeroką koalicję na wybory do europarlamentu. Ten wynik nie jest zły. Co prawda, przegrana jest duża, ale to nie jest błąd Grzegorza Schetyny - tak mi się wydaje - tylko zasługa Prawa i Sprawiedliwości, pewnego zbiegu okoliczności. Chociaż myślę, że Jarosław Kaczyński ze względu na swoje metody działania i długoletnią obecność w polityce, ma pewną przewagę nad Grzegorzem Schetyną. Natomiast wielkich błędów Grzegorz Schetyna pewnie w tej kampanii nie popełnił. Teraz sytuacja stała się trudniejszą ze względu na to, że w kampanii do europarlamentu, bardzo mocno PiS wzmocnił się w elektoracie wiejskim. I to jest nie na rękę PSL.

Przed wyborami październikowymi opozycja opracuje jakąś ofertę programową?
- Jest pewien problem z programem. Władze centralne twierdzą, że w sierpniu już zaczną pokazywać ten program, nad którym pracuje „gabinet cieni". Chociaż ja nie chciałbym się ścigać z PiS-em na obietnice i wchodzić w buty PiS-u. Już kiedyś zauważyłem, że trzeba przygotowywać się na następne wybory. Wolałbym program trochę ideowy, czy ideologiczny, ale również program nie taki, jak mówi PiS: „idziemy między ludzi, co ludzie nam powiedzą, to będziemy realizowali". Nie po to są politycy i przywódcy, żeby iść za ludem, ale po to, żeby prowadzić ten lud. I tutaj ważne są również osiągnięcia nauki w danej dziedzinie, szczególnie w dziedzinie ekonomii, gospodarki, ale również doświadczenia innych państw, a nie tylko to, co co ludziom się wydaje, co ludzi boli. To trzeba po prostu załatwiać, ale w formie interwencji, a nie w formie programowej. Wolałbym, żeby nasz program był w perspektywie przynajmniej dwóch wyborów i oczywiście też był ten fragment w tym programie na najbliższe wybory. Musimy naszą myśl sformułować, pokazać ludziom do czego dążymy, bo wizja najbliższych wyborów nie wskazuje w ogóle tej perspektywy i właściwie zadań, które partia chcę realizować. Myślę, że z tym problem ma również Prawo i Sprawiedliwość, bo przecież zbyt długo na interwencjach związanej z rozdawnictwem i pobudzeniem gospodarki impulsami propopytowymi, nie będziemy mogli jechać w gospodarce, bo one w dłuższej perspektywie odbijają się negatywnie na efektach gospodarczych, na rozwoju gospodarczym.

Małgorzata Wassermann

Fot. Adrian Grycuk/Wikipedia
Fot. Adrian Grycuk/Wikipedia
PR PiK - Rozmowa Dnia - Małgorzata Wassermann
Gościem Rozmowy Dnia była posłanka Małgorzata Wassermann (PiS), przewodnicząca komisji śledczej badającej aferę Amber Gold. Komisja zakończyła prace w ubiegłym tygodniu.

Marcin Kupczyk: Niemal trzy lata pracy, 141 przesłuchanych
świadków, 30 zawiadomień do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, 16 osób usłyszało zarzuty. Czego Pani poseł, jako przewodnicząca komisji i my wszyscy dowiedzieliśmy się o naszym państwie?
Małgorzata Wassermann: Dowiedzieliśmy się, że państwo polskie nie było w ogóle zarządzane. W zasadzie nie miało gospodarza i było bezradne w sytuacji, gdy pojawił się drobny oszust - taki, jak Marcin P. Został on moim zdaniem wytypowany przez grupy przestępcze, zaopatrzony w środki finansowe i wypuszczony, aby na oczach wszystkich Polaków, polskiej policji i prokuratury, służb specjalnych, skarbowych, lotniczych i wszelkich innych, bezczelnie w biały dzień ukraść 850 milionów.
38-milionowy kraj, który ma premiera i służby został postawiony w sytuacji, w której przestępca pozyskał do współpracy syna urzędującego premiera, a funkcjonariusze tajnych służb w Polsce dowiedzieli się o tym z gazety. Państwo polskie, zarządzane przez Donalda Tuska i jego ekipę nie potrafiło podjąć żadnej reakcji - ani przez 3 lata, kiedy Marcin P. okradał ludzi, zabierając im często pieniądze ich całego życia, ani potem - gdy cała afera wybuchła.

Co jest najważniejszym ustaleniem komisji według Pani, jako przewodniczącej?
- Bez wątpienia komisja ustaliła, że Marcin P. miał swoich mocodawców i był tak zwanym słupem. Przypominam, że Marcin P. - zanim otworzył Amber Gold - dziewięciokrotnie karany trafił do więzienia nie dlatego, że dostał wyrok, ale z tego powodu, że nie stać go było, aby oddać pieniądze - około 30 tys. zł - za poprzednie przestępstwa.
Oczywiste jest więc, że nie miał żadnych pieniędzy, żeby rozkręcić Amber Gold. Nie miał też pomysłu, ani wiedzy na temat skomplikowanych procedur. Proszę nie zapominać, że Marcin P. z dnia na dzień zaczął posługiwać się wszystkimi regulaminami, dotyczącymi złota, platyny, srebra. W więzieniu nie był w stanie tego wszystkiego wymyślić, to był chłopak po maturze. O pomaganie Marcinowi P. w praniu pieniędzy Polaków podejrzanych jest kilkanaście osób.
Dowiedzieliśmy się również, jak działała wtedy prokuratura i jak konieczne były zmiany. Przypomnijmy, że pierwszą rzeczą, którą zrobiło Prawo i Sprawiedliwość po dojściu do władzy było natychmiastowe połączenie prokuratury z Ministerstwem Sprawiedliwości. Dzisiaj już nie jest tak, jak było wtedy - że prokuratura była niezależna, a jednocześnie była chłopcem do bicia i wszystko na nią zrzucano. Dzisiaj jest ktoś, kto stoi na czele prokuratury, on przydziela zadania i z nich rozlicza. Tego potrzebują Polacy i z tego się wywiązujemy.

Konkluzją zawartą w raporcie jest stwierdzenie, że - w ocenie komisji śledczej - powstanie i ekspansja grupy Amber Gold były wynikiem słabości państwa, dysfunkcjonalności organów stojących na straży praworządności i wymiaru sprawiedliwości, systemowych luk prawnych, bierności i pobłażliwości aparatu urzędniczego, a także braku stosowania przepisów prawa przez organy władzy publicznej. To jest orzeczenie nokautujące!
- Jak zaczynałam pracę w komisji, zakładałam, że na pewno były błędy, ale czytając te akta i słuchając świadków nie mogłam uwierzyć, że można było dopuścić takich dyletantów do zarządzania czymkolwiek. Wydawałoby się, że człowiek odpowiedzialny nie podjąłby się pewnych działań, gdyby nie miał o nich bladego pojęcia. Okazuje się jednak, że jest to możliwe. Słuchaliśmy przecież, jak jeden, drugi, piąty i siódmy oficer ABW, włącznie z szefem na czele mówili, że o współpracy syna premiera Donalda Tuska z przestępcą dowiedzieli się, gdy Michał Tusk udzielił wywiadu w gazecie.

Słabość służb?
- Nie tylko słabość służb, brak realizowania zadań przez nie czy koordynowania pracy. Tu można postawić o wiele dalej idące wnioski - uważam, że niestety część działań była absolutnie celowa. (...)

Tomasz Latos

Tomasz Latos. Fot. Archiwum
Tomasz Latos. Fot. Archiwum
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Tomasz Latos
Jaka będzie strategia PiS na wybory parlamentarne? Co z obniżeniem podatków? Czy są prowadzone rozmowy z Kukiz'15 o przyłączeniu się do Zjednoczonej Prawicy? Rozmowa Dnia z posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym sejmowej komisji zdrowia.

Robert Erdmann: W piątek odbyło się wyjazdowe posiedzenie klubu PiS. Strategia na wybory parlamentarne ustalona?

Tomasz Latos: Początek jak najbardziej ustalony. Nastrój jest dobry, ponieważ to zwycięstwo w najtrudniejszych dla nas wyborach do Parlamentu Europejskiego rzeczywiście było bardzo wyraźne i zdecydowane i oczywiście planujemy, że wakacji nie będzie, tylko ciężka praca, mobilizacja całych struktur, wszystkich parlamentarzystów, przedstawicieli rządu, również i nowo wybranych europosłów. Wszyscy mamy swoje zadanie, wszyscy będziemy spotykać się z wyborcami, wszyscy będziemy działać.

Ale ten wynik do europarlamentu PiS chyba też zaskoczył?

Myślę, że skala tego zwycięstwa tak, bo zakładaliśmy i kalkulowaliśmy oczywiście, że wygramy, natomiast jest to zwycięstwo bardzo zdecydowane, biorąc pod uwagę zwłaszcza fakt, że niemal cała pozycja zjednoczyła się przeciwko nam. Trzeba ten wynik powtórzyć albo najlepiej jeszcze poprawić jesienią, ale to wymaga dużego zaangażowania i ciężkiej pracy.

No tak, ale opozycja zarzuca, że Prawo i Sprawiedliwość kupuje wyborców. Kupuje?

Prawo i Sprawiedliwość obiecuje i spełnia to, co deklarowało w swoim programie wyborczym. My w naszym programie wyborczym zapewnialiśmy właśnie o tym, co jest realizowane i jesteśmy po prostu słowni. To, o czym mówiliśmy w kampanii, w co powątpiewali nasi konkurenci polityczni, to my konsekwentnie realizujemy. Co więcej, Polska rozwija się znakomicie, bo wzrost gospodarczy, jaki się u nas notuje, to wywołuje ogromny szacunek w bardzo wielu krajach i Polska jest traktowana pomału jako... kiedyś były tygrysy azjatyckie, jako taki tygrys Europy. (...) To wzbudza ogromne zainteresowanie. Wreszcie trzeba powiedzieć jasno - my zwracamy to, co ludziom się po prostu należy. Szacunek, docenienie i te wszystkie środki finansowe, te wszystkie programy prospołeczne, które są realizowane. Te pieniądze, które dzięki tym program trafiają do ludzi, ale również wracają później do budżetu państwa - to jest nic innego jak zwracanie szacunku obywatelom, którzy już dawno powinni właśnie w ten sposób być traktowani.

Będzie obniżenie podatków?

Będzie. Myśmy zapowiadali w „piątce Kaczyńskiego”, że to obniżenie podatków będzie. Będziemy to realizowali od października, tak jak zresztą zapowiadaliśmy: najniższa stawka podatkowa zostanie obniżona dla wszystkich, a dla osób do 26. roku życia, które pracują będzie zerowa stawka podatku PIT i nie będzie ten podatek uiszczany, nie będzie deklaracji PIT dla tych osób do 26. roku życia. To oczywiście też jest jeden z elementów zatrzymywania młodych ludzi w Polsce, ale także takiego działania - mam nadzieję -również i prodemograficznego. Łatwiej będzie młodym ludziom wchodzić w to już nie dorosłe życie, ale dorosłe w sensie zawodowym, w sensie samodzielności i samodzielnego funkcjonowania.

Przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości prowadzą jakieś się rozmowy z Kukiz'15 na temat ewentualnego przyłączenia się do Zjednoczonej Prawicy.

Nic mi na ten temat nie wiadomo, natomiast z pewnością jesteśmy otwarci. Jeżeli byłaby sytuacja taka, że są propozycję wspólnego startu, to wydaje mi się, że możemy o tym jak najbardziej rozmawiać. My przede wszystkim działamy samodzielnie, nie oglądamy się na innych i idziemy do przodu. Staramy się mieć kontakt z wyborcami, stąd z jednej strony to zapowiedź ciężkiej pracy w wakacje, ale także już wcześniej takie sprawy zorganizowane jak kongres Prawa i Sprawiedliwości, który ma się odbyć na początku lipca właśnie po to, aby być jeszcze bliżej ludzi.

W ubiegłym tygodniu został przewodniczącym sejmowej komisji zdrowia. Na ostatniej prostej obecnej kadencji sejmu to chyba nie planuje pan rewolucji w pracy komisji...

Oczywiście że nie, bo trudno coś na kilku posiedzeniach rewolucyjnego zrobić, natomiast niewątpliwie trzeba pilnować kolejnych ustaw, które będą z rządu do komisji trafiać. Realizować może trochę więcej niż to było do tej pory robione z naszego planu pracy, który jest bardzo interesujący, dotyczy wielu ciekawych zagadnień, a przypominam, że byłem przecież w poprzedniej kadencji przewodniczącym komisji zdrowia, cieszyłem się myślę opinie osoby, która potrafiła łączyć różne środowiska i w sposób spokojny, merytoryczny prowadzić debaty w komisji zdrowia. To jest potrzebne właśnie w tej bardzo trudnej dziedzinie, która pewnie będzie jednym z tych głównych tematów w kampanii wyborczej. W związku z tym warto abyśmy przynajmniej w jakim zakresie spraw umieli się dogadywać, rozmawiać ponad podziałami politycznymi.

A czym komisja zajmie się na najbliższych posiedzeniach?


Na najbliższych posiedzeniach czekamy na nowe jeszcze ustawy, które trafiają do rządu. Na zupełnie najbliższym posiedzeniu, które odbędzie się 25 czerwca, będziemy zajmować się kwestiami związanymi z absolutorium dla rządu. Przyjrzymy się jak w naszej części był realizowany budżet. Oprócz tego chciałem, aby na posiedzeniach podkomisji czy komisji zająć się takimi sprawami jak chociażby uproszczenie różnego rodzaju biurokracji w ochronie zdrowia. Jest tego naprawdę sporo. Możemy na pewno to zrobić. Jest też kilka innych zagadnień, o których mówi się dość sporo i warto o tym rozmawiać na posiedzeniach komisji.

O napięciach płacowych w środowisku nie lekarskim, ale w służbie zdrowia też będziecie państwo debatować?

Inaczej. Jeżeli będzie taka potrzeba, to z pewnością tak, ale wydaje się że... dochodzi tutaj do pewnego paradoksu w ochronie zdrowia, dlatego że właściwie z każdym postulatem w tej chwili idzie się do rządu czy do parlamentu, mimo że przecież szpitale są samodzielne - są szpitale samorządowe, powiatowe. Jeżeli jest jakaś sytuacja konfliktowa w takim szpitalu, to te sprawy powinieneś przede wszystkim na tym poziomie rozwiązywane, ale oczywiście jeżeli będzie taka potrzeba, to również my z pozycji parlamentu, komisji zdrowia włączymy się w takie rozmowy.

Jak będzie budowany nowy budżet? Służba zdrowia, opieka zdrowotna będzie mogła liczyć na większe pieniądze niż dotychczas?

Chcemy realizować konsekwentnie ten minimalny, przewidzianych ustawą 6-procentowy wzrost nakładów na ochronę zdrowia. Mówiąc inaczej - ustawa, którą przyjęliśmy w sejmie, która mówi o dojściu do nakładów na ochronę zdrowia, które będą wynosiły 6 proc. Produktu Krajowego Brutto, który cały czas przecież rośnie. To oznacza ni mniej ni więcej jak wzrosty po minimum kilka, jeśli nie więcej miliardów złotych co roku. I tak będzie również oczywiście w kolejnym roku. Na początku oczywiście zakłada się te wynikające z ustawy wzrosty kilkumiliardowe, natomiast będziemy walczyć o to, aby one były jeszcze większe, tak jak stało się to chociażby w tym roku, kiedy nie tak dawno na posiedzeniu komisji zdrowia opiniowaliśmy dodatkowy wzrost nakładów o ekstra ponad 4 mld zł. Mam nadzieję, że podobnie będzie również w roku przyszłym.

prof. Janusz Golinowski

prof. Janusz Golinowski./fot. PR PiK/archiwum
prof. Janusz Golinowski./fot. PR PiK/archiwum
Gościem Rozmowy dnia był profesor Janusz Golinowski z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Komentator odpowiadał na pytania dotyczące nowej inicjatywy samorządowców związanych z opozycją. Czy możliwy jest start prezydentów miast i marszałków do Senatu? Czy wyższa izba parlamentu może zamienić się w Izbę Samorządową?

Marcin Kupczyk: Samorządowcy na spotkaniu w Gdańsku wysunęli 21 postulatów - m.in. likwidacji urzędów wojewódzkich, decentralizacji funduszy unijnych czy samodzielności w ustalaniu podatków, a także przekształcenia Senatu w Izbę Samorządową? Czy to możliwe?

prof. Janusz Golinowski: Jak każda propozycja godna jest by ją przeanalizować. Jeśli by wziąć wszystkie elementy, które padają w tych postulatach, to można założyć, że te propozycje nie są traktowane poważnie. Już na starcie należałoby zmienić Konstytucję. Patrząc na obecne stosunki: rządzący - opozycja, jest to raczej niemożliwe. Nie wiem czy akurat w Polsce, która nie ma tradycji landyzacji, regionalizacji, byłoby to potrzebne. To idzie naprzeciw temu co deklarują i rządzący, i opozycja, idee równoważnego rozwoju zostają zaniechane. Regiony byłyby bardzo zróżnicowane. Jedne byłyby silne, inne słabe. W pewnym momencie pojawiła się też mowa o podatku katastralnym czyli wyciąganiu jeszcze większych pieniędzy od obywateli - to by jeszcze bardziej powiększyło różnice między poszczególnymi regionami. Jeśli mówimy o decentralizacji, musimy pamiętać też o kosztach. Te koszty są, moim zdaniem, duże. Jeśli przyjąć perspektywę biznesową, zwykle jest tak, że mamy do czynienia z rozwojem firmy, w której następują tego typu procesy decentralizacji, w przypadku gdy pojawia się kryzys, a tego nie możemy wykluczyć, to dochodzi wtedy do zjawiska recentralizacji, czyli ponownego centralizowania. To nieprzypadkowa analogia, bo chcę pokazać, że ta propozycja, gdyby ją traktować literalnie, jest bardziej potraktowana względami wyborczymi czyli chęcią przełamania impasu, który panuje dziś po stronie opozycyjnej.

Wśród propozycji jest też decentralizacja rozdziału funduszy unijnych. Może chodzi o to, że „na dole” wiedzą jak lepiej zarządzać tymi pieniędzmi?

To jest pewien mit, który jest bardzo skutecznie podtrzymywany, natomiast pamiętamy, że powstawały lotniska, moim zdaniem, niepotrzebne, np. w Gdyni. Myślę, że wtedy lokalne przedstawicielstwo władzy, jest w stanie coś zostawić po sobie, w związku z tym działa mechanizm oligarchizacyjny, budowania oligarchicznych wpływów i w tym kontekście, to zupełnie odstaje od idei zrównoważonego rozwoju, a myślę, że tego w Polsce nam najbardziej potrzeba. Jest to też działanie, które może oznaczać wydatkowanie potrzebnych środków, na niepotrzebne inwestycje.

Cytat z prasy: „Siła, której PiS może się obawiać. Samorządowcy zapowiadają odbicie Senatu z rąk PiS”. To ma być tak, że prezydenci miast, mający silny mandat, znani marszałkowie mieliby duże szanse w wyborach, tym bardziej, że do Senatu są wybory jednomandatowe?

To niewątpliwie jest jakiś zamysł dotyczący poszukiwania przeciwwagi dla PiS. Ja powtarzam, że kiedyś przestanie istnieć PiS, kiedyś przestanie istnieć PO, natomiast zostanie Polska. Jeśli eksperymentuje się tak głęboko, z myślą o tym doraźnym celu: „musimy przejąć władzę” to jest to niepoważne, zwłaszcza względem obywateli, ponieważ tak głębokie reformy wiążą się z bardzo istotnymi zagrożeniami. Świat, Europa, Polska znajduje się w takim okresie dość mocnych turbulencji, dostrzegamy w Europie ruchy populistyczne, skrajnie prawicowe, to elementy ruchów odśrodkowych. Ja bym spodziewał się działań, które będą jeszcze bardziej rozpraszać Polskę, która jest krajem unitarnym, która nie ma problemu z mniejszościami, te problemy zostałyby wytworzone na siłę. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - prof. Janusz Golinowski

Eugeniusz Kłopotek

Eugeniusz Kłopotek
Eugeniusz Kłopotek
PR PiK - Rozmowa Dnia - Eugeniusz Kłopotek
Czy budowa Koalicji Polskiej to pomysł Polskiego Stronnictwa Ludowego na odzyskanie elektoratu po nieudanym eksperymencie Koalicji Europejskiej, czy może próba rozliczeń wewnątrzpartyjnych? Między innymi o tym rozmawialiśmy z posłem Eugeniuszem Kłopotkiem z PSL.

Michał Jędryka: „Ludowcy lubią swoje spory rozstrzygać po cichu” - tak zaczyna się jeden z artykułów, opisujących sytuację partii. To prawda?
Eugeniusz Kłopotek: Tak bywało do tej pory, ale po ostatnim wystąpieniu Pawlaka i po wypowiedziach Marka Sawickiego wygląda to trochę inaczej.

Wystąpienie premiera Waldemara Pawlaka było mocno krytyczne wobec Władysława Kosieniaka-Kamysza.
- Rozumiem treść tego wystąpienia - prezes Pawlak chciał obudzić sumienia ludowców, dotrzeć ze swoim przekazem do szerokiej rzeszy, bo przecież nie wszystko, co odbywa się na gremiach statutowych - jak rada naczelna, dociera do członków na samym dole. Zgadzam się w dużej części z treścią tej wypowiedzi, natomiast forma była raczej zaskakująca i chyba niezbyt szczęśliwa.

Proszę przypomnieć Słuchaczom o co chodziło.
- Były użyte mocne słowa, ale generalnie chodziło o to, do czego również się skłaniam - że popełniliśmy błąd wchodząc do Koalicji Europejskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Powinniśmy iść sami jako komitet wyborczy Polskiego Stronnictwa Ludowego. Przynajmniej wiedzielibyśmy po 26 maja, na czym stoimy.
Dzisiaj jesteśmy w dużo trudniejszej sytuacji, nic właściwie nie wiemy - czy mamy jeszcze potencjał wyborczy, czy też go nie mamy? Czy pójść dalej samodzielnie czy nie? Słyszę w tej chwili, że wahadełko zaczyna się z lewej strony trochę podnosić do góry - pytanie, czy przejdzie na prawą stronę? Jeśli chodzi o naszych szeregowych członków PSL - na pewno tutaj w woj. kujawsko-pomorskim, zdecydowana większość chce, żebyśmy dalej szli jako komitet wyborczy Polskiego Stronnictwa Ludowego. Decyzja najprawdopodobniej będzie podjęta 29 czerwca, bo wówczas planowane jest posiedzenie rady naczelnej.

Za tym błędem - jak Pan określił - głosowało 86 radnych rady naczelnej, przeciwko było 8.
- Przegraliśmy z kretesem - przegrał Pawlak, Sawicki, Kłopotek, Sosnowski, bo my akurat głosowaliśmy, żeby pójść samodzielnie. Trudno - stało się. Dzisiaj kodeks wyborczy dopuszcza trzy warianty startu, natomiast tak naprawdę w grę wchodzą dwa - albo klasyczny komitet wyborczy PSL, albo koalicja partii politycznych. Oczywiście ten dopisek - Koalicja Polska - może być na naszych plakatach, ulotkach itd., ale na pismach, obwieszczeniach urzędowych, kartach do głosowania może być tylko komitet wyborczy PSL.
Czym będzie koalicja partii politycznych? Tego nie wiem, natomiast trzeci wariant jest nie do przyjęcia. To jest komitet wyborczy wyborców i wtedy możemy startować oczywiście pod własnym nazwiskiem, ale bez szyldów partyjnych i bez szans na zwrot części wydatków, związanych z kampanią wyborczą i ewentualnie z uzyskanymi mandatami z budżetu państwa.

Czym ma być Koalicja Polska?
- Tak, jak cały czas się o tym mówi i co podkreślają liderzy - to jest takie centrum chadeckie. Czy jesteśmy w stanie poszerzyć ten krąg zainteresowań i wyjść poza Polskie Stronnictwo Ludowe? Są osoby fizyczne, kojarzone z różnymi ugrupowaniami politycznymi, które są skłonne przystąpić do nas. Miłym zaskoczeniem jest dla nas na przykład syn pana Mazowieckiego, który wstąpił do naszego klubu mimo, że kandydował poprzednio z listy Platformy Obywatelskiej. Czy uda się jeszcze inne osoby nakłonić, chociażby pana Zdrojewskiego? Trudno mi dzisiaj powiedzieć, ale trzon list wyborczych będą stanowić członkowie Polskiego Stronnictwa Ludowego. (...)

Marek Ciesielski

Marek Ciesielski/fot. Tomasz Kaźmierski
Marek Ciesielski/fot. Tomasz Kaźmierski
PR PiK - Rozmowa Dnia - Marek Ciesielski
Bydgoszcz zaliczana jest do najbardziej zakorkowanych miast w Polsce i to wówczas, gdy nie ma remontów. Tymczasem trwają duże inwestycje drogowe. Jak zatem jeździ się po bydgoskich ulicach? Gdzie i jak można usprawnić ruch? Rozmowa Dnia z taksówkarzem Markiem Ciesielskim.

Robert Erdmann: Spóźnił się Pan.
Marek Ciesielski: Jak się w Bydgoszczy nie spóźnić, skoro tyle inwestycji i takie korki?

A skąd Pan jechał?
- Z Fordonu, z panią doktor z wojskowego szpitala. Trwało to prawie godzinę. Ze szpitala do radia jechałem 20 minut. Cała ul. Powstańców Warszawy w stronę Gdańska jest zakorkowana. Sama Gdańska już pusta - gdyby nie to, że były światła, to bym pewnie te 4 minuty spóźnienia nadrobił.

Według raportu TomTom Traffic Index Bydgoszcz znalazła się w pierwszej piątce najbardziej zakorkowanych miast w Polsce, jeszcze bez tych wszystkich modernizacji i remontów. Brakuje dróg czy sprawnej komunikacji, która odciążyłaby ruch na naszych ulicach?
- Ja myślę, że jedno i drugie. Jeśli chodzi o drogi, to mamy opóźnienie 20-letnie. Kiedyś byłem członkiem komisji gospodarki komunalnej w Radzie Miasta - to był rok 2000, zabierałem głos z ramienia taksówkarzy. Wtedy budowano ul. Kamienną - starano się to robić jak najszybciej.
Dziś wszystko utknęło - brakuje drugiej części mostu, łączącego ul. Fordońską z Toruńską, jest tylko zwężenie Planu 6-letniego w dół. To tylko jeden pas i ogromne korki.
Gdy do tego dodamy nowe inwestycje, które - gdyby już wtedy były rozpoczęte, dzisiaj byśmy tych kłopotów nie mieli - to mamy zakorkowane miasto.

Czy inwestycje, które w tej chwili są realizowane wyprzedzą potrzeby właścicieli samochodów w Bydgoszczy?
- Myślę, że one są „na wczoraj". Na ulicę Glinki i wiadukt czekamy z rocznym opóźnieniem (...).

Czego brakuje w Bydgoszczy, jeśli chodzi o rozwiązania komunikacyjne?

- Mieszkam za Bydgoszczą i widzę, że do miasta jadą samochody osobowe, w których jest tylko kierowca, a pracuje też jego żona, uczą się dzieci i każdy jedzie swoim samochodem. Z 20 lat temu byłem dłużej w Holandii i tam sąsiedzi się umawiali na wspólną jazdę do centrum Amsterdamu czy innego miasteczka, gdzie pracowali. Do miasta jechały pełne samochody. W tym więc też widzę problem - dużo lepiej byłoby u nas, gdyby nie każdy „chwalił się” swoim samochodem, bo korkujemy Bydgoszcz. (...)

Sześciu pianistów zagra razem w Filharmonii

Adam Kośmieja, Mariusz Klimsiak, Radosław Kurek, Michał Szymanowski, Paweł Wakarecy i Bartłomiej Wezner. Fot. Magda Jasińska
Adam Kośmieja, Mariusz Klimsiak, Radosław Kurek, Michał Szymanowski, Paweł Wakarecy i Bartłomiej Wezner. Fot. Magda Jasińska
Sześć fortepianów, sześciu artystów. To będzie wydarzenie!
To będzie wydarzenie bez precedensu - wyjątkowy koncert w Filharmonii Pomorskiej na sześć fortepianów i orkiestrę kameralną Capella Bydgostiensis. Na fortepianach zagrają pianiści, związani z Akademią Muzyczną w Bydgoszczy: Adam Kośmieja, Mariusz Klimsiak, Radosław Kurek, Michał Szymanowski, Paweł Wakarecy i Bartłomiej Wezner. Po raz pierwszy na estradzie Filharmonii Pomorskiej pojawi się aż sześciu pianistów jednocześnie w utworze (z 1973 roku) amerykańskiego kompozytora, jednego z pionierów minimalizmu w muzyce - Steve’a Reicha, dwukrotnego zdobywcy prestiżowej nagrody Grammy. O idei tego wyjątkowego przedsięwzięcia opowiadali sami wykonawcy.


Magda Jasińska : Dzisiaj wyjątkowa rozmowa dnia, takie jeszcze rozmowy nie było, aż sześciu gości w studiu Polskiego Radia PiK, i nie będziemy rozmawiać o polityce, a o kulturze. Już jutro (12.06.)w Filharmonii Pomorskiej wyjątkowy koncert: 6 fortepianów naraz na jednej estradzie. W studio gościmy Adama Kośmieję, Mariusza Klimczaka, Radosława Kurka, Michała Szymanowskiego, Pawła Wakarecego i Bartłomieja Weznera. Skąd pomysł, żeby zgromadzić 6 fortepianów na jednej estradzie?

Adama Kośmieja : Pomysł pojawił się w trakcie zakupu nowych instrumentów do Filharmonii Pomorskiej. Był czas, że w zapadni, w filharmonii, stało 6 koncertowych instrumentów. Od razu przyszedł mi do głowy mi utwór Steve'a Reich'a na sześć instrumentów, oczywiście pomyślałem o naszej ekipie. Zaproponowałem dyrektorowi Cezaremu Nelkowskiemu zorganizowanie takiego koncertu, mówiąc, że to jest świetna okazja, być może jedyna, bo nie wiadomo, jak długo to fortepiany w jednym miejscu będą. Dyrektor równie entuzjastycznie podszedł do tego pomysłu. Zaczęliśmy rozmawiać o programie. Gramy ten koncert.

Czy pozostali panowie także podeszli do tego projektu z entuzjazmem?

Paweł Wakarecy : Unisono - można powiedzieć, czyli jednym głosem. Ogromną frajdę sprawia nam wspólne muzykowanie na estradzie, a jednocześnie potraktowaliśmy ten projekt w kategoriach pewnego wyzwania. Utwór „Six piano's” jest bardzo wymagający, szczególnie w kategoriach, z których na co dzień nie korzystamy jako pianiści, jako kameraliści.

Michał Szymanowski: Rzeczywiście, jest w tym utworze wiele elementów, o których na początku wcale nie myśleliśmy. Dla słuchaczy są być może niezauważalne. Każdy z nas ma swoją osobowość, swoją technikę artykulacji. Staramy się, nie rezygnując naszej osobowości, wykreować wspólną interpretację, wspólny dźwięk. Mamy różne instrumenty, a jednak staramy się dźwięk unifikować. Głośność, artykulacja, kwestia. Tych kluczowych zagadnień jest mnóstwo. W czasie pracy nad kompozycją Steve'a Reich'a pojawiły się takie kwestie, nad którymi na co dzień nie myślimy, ponieważ nie pracowaliśmy w szóstkę. Zatem to wielkie wyzwanie, frajda, ale i technicznie trudność, którą musimy pokonać. Nad tym pracujemy od kilku dni intensywnie.

Ten koncert będzie z wielu powodów wydarzeniem bez precedensu...

Mariusz Klimsiak: Muszę przyznać, że wcześniej nie znałem tego utworu. Dopiero, gdy usiedliśmy razem do fortepianów, zaczęła z tej partytury płynąć jakaś muzyka, muzyka, która wręcz wprowadza w trans, co myślę, że będzie bardzo ciekawym doświadczeniem dla słuchaczy, a dla nas rzeczywiście nie jest łatwe ten stan osiągnąć. Szczególnie istotna jest konieczność utrzymania niezwykłej koncentracji na bardzo długim odcinku. Jeżeli ktoś gra na fortepianie to wie, że zagranie dwóch dźwięków razem, przez dwóch pianistów, jest skrajnie trudnym zadaniem, wręcz można powiedzieć, że niemożliwe fizycznie. A tutaj jest aż sześć fortepianów. Chodzi o to, żeby być na tyle razem, żeby odczuć to wspólne narastanie dźwięków i taką niesamowitą motorykę, która z tej wspólnoty wynika. Niesamowite doświadczenie. Sam jestem ciekaw, jak to wyjdzie na koncercie. (...)

Paweł Machalski

Paweł Machalski. Fot. Archiwum
Paweł Machalski. Fot. Archiwum
Na polskiej scenie politycznej trwają powyborcze przegrupowania. Platforma
Obywatelska łączy się z Nowoczesną. PSL tworzy chadecję, a Kukiz rozmawia
zarówno z Konfederacją jak i z PSL. O tym wszystkim rozmawialiśmy z
politologiem, dr. Pawłem Machalskim.

Michał Jędryka: Do budowy wspólnego, jak najszerszego, demokratycznego bloku na wybory parlamentarne wezwały w sobotę Rady Krajowe Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej. Czy taki blok będzie jakąś nową jakością, czy to raczej będzie powtórka tego co było?

Paweł Machalski: To nic nowego. Platforma Obywatelska od przegranych wyborów z 25 października 2015 roku tworzy coraz to kolejne bloki, Koalicje Obywatelskie, Europejskie i nie ma w tym nic dziwnego, bo przecież po drugiej stronie też mamy swoistą koalicję Zjednoczonej Prawicy trzech partii: Prawa i Sprawiedliwości, partii Porozumienie Jarosława Gowina oraz Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobro. Chodzi tylko o to, że, o ile po prawej stronie, te trzy ugrupowania różnią się czasami, ale co do idei, co do tego głównego nurtu światopoglądowego, nurtu poglądu na państwo są blisko siebie. Natomiast Platforma Obywatelska często szuka sprzymierzeńców po drugiej stronie barykady, mimo że ma rodowód partii postsolidarnościowej - dziś nie widzi nic złego w sojuszu z postkomunistami, z partią Zielonych, która zawsze miała lewicowe, liberalne tendencje. Z Polskim Stronnictwem Ludowym Platforma jakoś porozumiewała się przez 8 lat i choć ta akurat linia porozumienia wydaje się najbardziej naturalna, to ona najszybciej nie zdała egzaminu.

Czy jeszcze istnieje skrzydło konserwatywne w Platformie?

Ta partia od swojego początku w 2001 roku stopniowo dryfuje w stronę, najpierw centrum, później w lewą stronę, taką liberalną. Z konserwatywnych poglądów w Platformie znany był zawsze Marek Biernacki, były minister spraw wewnętrznych. Paradoksalnie u nas w województwie Platforma Obywatelska jest bardziej konserwatywna, niż w ujęciu ogólnopolskim, bo ona jest często okazywana twarzą marszałka Piotra Całbeckiego, któremu nie można odmówić poglądów bliskich z nauczaniem Kościoła Katolickiego. To wyraziło się chociażby w determinacji w nadaniu patronatu Świętego Jana Pawła II nad naszym regionem. Jednak to są naprawdę wyjątki, które w skali ogólnopolskiej można policzyć na palcach jednej, no może dwóch rąk.

Czy program, który Platforma przedstawiła na początku czerwca może być atrakcyjny, może być przełomem? Mam na myśli regionalizację i dużą autonomię regionów.

Jeśli chodzi o regionalizację to nie jest to możliwe. W Konstytucji z 2 kwietnia 1997 roku, czytamy w trzecim artykule bardzo wyraźnie, że: Rzeczpospolita Polska jest państwem jednolitym czyli unitarnym, a pewne poglądy wyrażone w tych nowych elementach programowych nawiązują do zupełnie przeciwstawnego modelu urządzenia terytorialnego państwa, do modelu federalnego, tak jak Republika Federalna Niemiec, Federacja Rosyjska, Stany Zjednoczone, Belgia czy Austria - to są państwa federalne, ale one mają to umocowane w konstytucjach, mają długą czy nawet nie taką długą tradycję federalizmu jak Belgia, ale musi to być w konstytucji. To nie jest tak, że pod wpływem sondaży wyborczych i spojrzenia na mapę można to zmienić. Przypominam, Polska jest państwem unitarnym, z zapisaną wyraźną rolą wojewodów czyli przedstawicieli rządu. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Paweł Machalski

Radosław Sikorski

Radosław Sikorski. Fot. Archiwum
Radosław Sikorski. Fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Radosław Sikorski
Gościem Polskiego Radia PiK był Radosław Sikorski, który w Eurowyborach uzyskał półtora tygodnia temu najlepszy wynik w województwie kujawsko-pomorskim i zdobył mandat do Europarlamentu.

Michał Jędryka: Otrzymał Pan prawie 130 tys. głosów. Jak Pan sądzi, co się złożyło na ten sukces?
Radosław Sikorski: Chciałbym podziękować wszystkim wyborcom - wszystkim mieszkańcom - przede wszystkim za setki rozmów, które odbyliśmy. Zapewniam, że wiele z nich mnie zainspirowało - używam Państwa argumentów w rozmowach z politykami w kraju i za granicą. To był naprawdę bardzo intensywny czas, który sobie bardzo cenię. Dziękuję i za krytykę, i za słowa otuchy, zachęty, oczywiście także za wynik.
Dodam, że wynik w naszym województwie jest optycznie gorszy, bo jesteśmy najmniejszym okręgiem wyborczym. 129 tys. głosów u nas to dwa razy tyle gdzie indziej - nie mówię tylko o moim wyniku, ale także wszystkich konkurentów. To nie jest porównywalne w liczbach absolutnych. Uważam, że nasza ordynacja do Parlamentu Europejskiego jest najdziwniejsza w Europie i powinniśmy ją zmienić.

Chciałbym odwołać się do Pańskiej biografii, która jakoś wpływa na wynik wyborów. Radosław Sikorski jako korespondent wojenny z Afganistanu, wiceminister obrony w rządzie Jana Olszewskiego, minister obrony w rządzie Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, minister spraw zagranicznych w rządzie Donalda Tuska i wreszcie - marszałek Sejmu. Która z tych ról jest dziś Panu najbliższa?
- Myślę, że jest coś takiego jak zbiorowa mądrość narodu. Ludzie czują, kto jest w czym dobry. Mamy utalentowanych polityków w naszym regionie, którzy są świetni w innych sprawach, ale jeśli chodzi o sprawy europejskie, zagraniczne, skuteczne reprezentowanie kraju na zewnątrz, to ludzie czują, że siedmioletni minister spraw zagranicznych jest po prostu bardziej skrojony do tej roli. Tak też odbieram mój sukces.

Kiedyś był Pan znany z tego, że przy wjeździe do Pańskiej posiadłości był napis „strefa zdekomunizowana”. Jest nadal?
- Nie, chociaż rzeczywiście pod tą tabliczką się fotografowały wycieczki. To był żarcik z 1993 roku - wtedy, gdy SLD wygrało. Polska się zmieniła od tego czasu, ludzie SLD się zmienili. Dziś ludzie lewicy są bardziej proeuropejscy niż niektórzy koledzy z prawicy, nad czym bardzo boleję. Widzieliśmy nawet podczas jednej z debat przed Eurowyborami w Polskim Radiu PiK, że twarda, nacjonalistyczna prawica jest dziś antyeuropejska. Jako były minister spraw zagranicznych uważam, że nasze członkostwo w UE jest żywotnym, polskim interesem narodowym. Po 25 latach żyjemy w innej Polsce i Europie.

I to jest powód, dla którego Koalicja Europejska wraz z SLD szła do wyborów. Pan był na liście razem z Januszem Zemke.
- Janusz Zemke ma zasługi dla naszego regionu – przypomnę, że mamy jedyną w Polsce instytucję NATO – JFTC. Ja mu tej zasługi nie odbieram.
Mam nadzieję, że jeszcze w wojsku ktoś pamięta, że to moją decyzją w Bydgoszczy powstał Inspektorat Wsparcia, z którego zarządzamy całą logistyką Wojska Polskiego i olbrzymim budżetem, a także że to ja uratowałem nasze Muzeum Wojsk Lądowych. Zemke jednak też ma zasługi i te 50 tys. głosów, które otrzymał jest tego odzwierciedleniem. (...)
1234567