Środa, 27 stycznia 2021 r.   Imieniny: Przybysława, Anieli, Jerzego
Miasto Bydgoszcz wypowiada umowę firmie Komunalnik wywożącej śmieci. Przestanie obowiązywać od 14 lutego
Miasto Bydgoszcz wypowiada umowę firmie Komunalnik wywożącej śmieci. Przestanie obowiązywać od 14 lutego
Miasto Bydgoszcz wypowiada umowę firmie Komunalnik wywożącej śmieci. Przestanie obowiązywać od 14 lutego
Polskie Radio PiK » Rozmowa dnia
Plichta

Rozmowa dnia

Zbigniew Ostrowski [wideo]

Zbigniew Ostrowski/fot. Archiwum
Zbigniew Ostrowski/fot. Archiwum
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Zbigniew Ostrowski
Gościem Rozmowy Dnia był wicemarszałek województwa kujawsko-pomorskiego Zbigniew Ostrowski. Rozmawialiśmy o sytuacji wojewódzkich placówek kultury w okresie zarazy, a także o sieci połączeń kolejowych w nowym rozkładzie jazdy.

Michał Jędryka: W czasie sesji Sejmiku sporo czasu poświęcono sprawom instytucji kultury, bo ich funkcjonowanie w obecnym czasie wymaga pewnej uwagi. Część instytucji jakoś sobie radzi, ale jest to dla nich czas trudny.

Zbigniew Ostrowski: Dyskusja na temat sytuacji zwłaszcza małych instytucji kultury rozpoczęła się kiedy pani przewodnicząca Elżbieta Piniewska przedstawiła stanowisko Sejmiku w sprawie wsparcia instytucji kultury. Chcieliśmy w tym stanowisku, które zostało chyba jednogłośnie przyjęte, upomnieć się o te małe domy kultury działające przede wszystkim w gminach. Duże instytucje kultury w dużych miastach pewnie sobie poradzą, choć to nie jest łatwy czas dla nikogo. Natomiast te mniejsze, gdzie sprawa pandemii nie tylko pokrzyżowała plany ekonomiczne gmin, ale także plany artystyczne, znajdują się w trudnej sytuacji. To stanowisko skierujemy do ministra kultury i dziedzictwa narodowego. Chcemy zwrócić uwagę pana ministra na to, że pomaganie, czy tworzenie funduszy różnego rodzaju na wsparcie kultury w dobie pandemii nie może polegać na tym, że z mapy znika jakiś obszar. Duże dyskusje na temat sytuacji kultury wzbudziły ostatnie działania ministerstwa m.in. w sprawie podziału funduszu wsparcia kultury. Tam się znalazły na tej liście różne podmioty artystyczne. Maciejowi Figasowi, dyrektorowi Opery Nova, pogratulowałem, że z tego funduszu otrzymał około 150 tys zł., czyli trzy razy mniej niż zespół Bayer Full. Tego nawet nie potrzeba komentować.


Mówiono już o tym dosyć dużo. To co pan wspomniał o mniejszych instytucjach, bo gminne instytucje to są przede wszystkim domy kultury, muzea...


Domy kultury na wsi są miejscem szczególnym. To jest centrum kultury dla danej miejscowości. Sytuację tych miejsc oceniam jako wicemarszałek odpowiedzialny za kulturę, bowiem przy ewentualnych przekształceniach bibliotek w gminach, opinię musi wydawać jedna, bądź druga wojewódzka biblioteka publiczna. Było wiele prób łączenia instytucji kultury i bibliotek, przecież nie dlatego, że ktoś ma takie widzimisię, że ktoś sobie to wymyślił, po prostu chodziło o szukanie oszczędności. To był dowód, wiele lat temu, na to, że te instytucje są w specyficznej sytuacji. Jest takie powiedzenie, że jeśli mamy oszczędzać to rozpoczynamy od reklamy i kultury, a potem idziemy wyżej, dlatego tym instytucjom należy pomóc i my im pomagamy. Tym, którzy tworzą kulturę podczas pandemii, jako urząd marszałkowski, też staramy się pomóc. Pandemia zatrzymała realizację wielu projektów, którym zostało przyznane nasze wsparcie. Z każdą z imprez rozmawialiśmy, żeby w jakiś sposób ratować te projekty. (...).


Sławomir Sadowski [wideo]

dr Sławomir Sadowski, Fot. Archiwum
dr Sławomir Sadowski, Fot. Archiwum
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Sławomir Sadowski
Gościem Rozmowy dnia był politolog dr Sławomir Sadowski, a rozmawialiśmy o powstających i rozpadających się koalicjach oraz scenariuszach w polskiej polityce na najbliższe tygodnie.


Michał Jędryka: Sytuacja dot. budżetu UE nie zmienia się. Ciągle mamy stanowisko Polski i Węgier, ale pojawiła się też informacja, że Portugalia zaczyna przychylać się do polskiego stanowiska. Jak ta sytuacja będzie się rozwijać?

dr Sławomir Sadowski: W tej chwili jesteśmy w okresie negocjacji. Te negocjacje powodują, że te stanowiska się albo usztywniają, albo następuje pewne złagodzenie. Warto podkreślić, że to co Komisja Europejska proponowała w sprawie praworządności w lipcu, to jest zupełnie co innego niż teraz. Tylko, że nie nastąpiło zaostrzenie, a zdecydowany krok wstecz. O ile początkowo mówiono o praworządności jako takiej, co można było rozumieć jako różnorodne naciski w ogóle w sprawach nie związanych z budżetem, to teraz, to ostatnie wynegocjowane porozumienie mówi wyłącznie o przestrzeganiu prawa w wypadku pozyskiwania środków europejskich. Przypomnę, jesteśmy na etapie negocjacji, strony zdefiniowały swoje pozycje negocjacyjne i teraz dzieje się to do czego nie mamy dostępu, czyli rozmowy zakulisowe. Sądzę, że jak zwykle w UE skończy się to pozytywnie, obie strony spotkają się w miejscu, gdzie będzie to dla nich do zaakceptowania.

Sytuacja premiera Morwieckiego wydaje się dosyć trudna. Podlega naciskom nie tylko w UE, ale również naciskom wewnętrznym Zjednoczonej Prawicy.

Taka rola polityka, zwłaszcza rządzącego. W dużej społeczności europejskiej istnieją różne interesy i przedstawiciele tych interesów naciskają na tych, którzy decydują. Premier zatem musi się spodziewać, że będą naciski ze strony tych, którzy uważają, że trzeba stanowisko utwardzić, ale też inne. Ani jedna, ani druga strona nie ma do końca racji. Premier Morawiecki teraz lawiruje, aby z jednej strony, pozyskać te środki, a z drugiej, nie utracić większości w Parlamencie.

Czy to nie jest tak, że kompromis, który zostanie wypracowany będzie miał również konsekwencje w polityce polskiej? Czy wzmocni o pozycję premiera, PiS, czy przeciwnie?

Gdyby udało się uzyskać gwarancje, że te naciski ze strony Komisji Europejskiej, w sprawie praworządności, nie będą jakieś bezwarunkowe i zdołało się pozyskać pieniądze, to pozycja premiera uległaby wzmocnieniu. Generalnie pewnie zakończy się to w ten sposób, że każdy z negocjatorów coś uzyska, tak by każdy mógł do domu pojechać z dobrą nowiną przed świętami. (...).

Józef Łyczak

Senator Józef Łyczak./fot. Kancelaria Senatu/Wikipedia
Senator Józef Łyczak./fot. Kancelaria Senatu/Wikipedia
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Józef Łyczak
Gościem Rozmowy Dnia był senator Józef Łyczak. Rozmawialiśmy o debacie senackiej nad ustawą covidową oraz o tym jak skończy się sprawa „piątki dla zwierząt”?

Michał Jędryka: W Senacie debatowano nad „ustawą covidową”. Skończyło się tym, że opozycja oskarża stronę rządzącą o łamanie prawa, a tym łamaniem prawa ma być nowelizowanie ustawy jeszcze nie opublikowanej. Co pan sądzi o tym sporze?

Józef Łyczak: Ja akurat nie pracuję w komisji zdrowia, pracuję w komisji rolnictwa i komisji środowiska. Zacznę od tego, że ten rząd wprowadzając tarcze osłonowe już wiosną, te tarcze były bardzo drogie, że tak powiem, ta pomoc wyniosłą wtedy blisko 160 mld., co spowodowało, że uratowanych zostało od 5,5 do 6 mln. miejsc pracy, że przeżyliśmy ten pierwszy atak pandemii, chyba najmniej boleśnie w Europie. Teraz mamy kolejny atak, ale myślę, że już najgorsze mamy za sobą, pracujemy w tym kierunku, żeby pomóc. Ja wiem, do czego pan zmierza. W tej ustawie zostały wprowadzone zmiany zmierzające do usunięcia tych zapisów, które weszły już w Sejmie...

Chodzi o wynagrodzenia medyków, które zostały zbyt hojnie przyznane.

Zmieniamy to z prostej przyczyny, żeby było sprawiedliwie, a poza tym budżet nie jest z gumy i dlatego, te podwyższone uposażenia będą dotyczyły, ale tylko tych medyków, którzy otrzymają skierowanie do pracy w drodze decyzji administracyjnej.

Wspomniał pan o tym, że COVID-19 wpływa na gospodarkę, że mamy kryzys z tym związany, pan jest jednak związany z producentami rolnymi, sam pan prowadzi gospodarstwo. Czy skutki kryzysu są widoczne na tym rynku?

Nie da się ukryć, że skutki kryzysu są widoczne wszędzie. Cieszę się, że ta pomoc tarczowa spowodowała, że w Polsce, mimo różnych prognoz, bezrobocie aż tak nie wzrosło. Mieliśmy na mój wniosek specjalne posiedzenie komisji rolnictwa w której brał udział minister rolnictwa i przedstawiłem tę arcytrudną sytuację na wsi jeżeli chodzi o produkcję zwierzęcą, stawiałem wnioski, podpowiadałem ja wybrnąć z tej sytuacji. Dziś trzoda chlewna kosztuje 3,20 - 3,40 zł to są najniższe ceny w wolnej Polsce! (...).

Maciej Świątkowski [wideo]

Maciej Świątkowski/fot. Archiwum
Maciej Świątkowski/fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Maciej Świątkowski
Gościem Rozmowy Dnia był bydgoski radny, profesor Maciej Świątkowski, a rozmawialiśmy między innymi o tym, czy Uniwersytet Medyczny w Bydgoszczy jest realny i potrzebny.

Michał Jędryka: Trwa cały czas debata na temat powstania lub nie bydgoskiego Uniwersytetu Medycznego, odrębnego od Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Dwa dni temu posłanka Iwona Michałek skrytykowała działania, które mają doprowadzić do wyłączenia Collegium Medicum ze struktur UMK. Pan miał inną koncepcję - żeby w Bydgoszczy, niezależnie od Collegium Medicum, powstał drugi Uniwersytet Medyczny.

Maciej Świątkowski: Na początek może kilka słów historii. Z bydgoską uczelnią medyczną jestem związany od roku 1972. Najpierw jako student, potem jako pracownik kliniki prof. Romańskiego, a od 1989 roku pełniłem funkcję kierownika katedry przez ponad 20 lat. Jednocześnie brałem udział wewszystkich gremiach, czy radach wydziału, senacie uczelni medycznej, też senacie UMK. Jestem też szefem związku zawodowego „Solidarności”, dlatego też mogłem uczestniczyć z głosem doradczym w tych gremiach i sprawę śledziłem.

Pomijam fakt, że w sposób nie do końca właściwy została przekazanabydgoskauczelnia do Torunia. Wszyscy pamiętamy, że notowania SLD wówczas pikowały w dół, więc podnoszono jew ten sposób, że warunkowouczelnie umieszczanooczkowyżej w hierarchii. Była taka sytuacja, że Akademia Bydgoska przekształciła się wtedy w Uniwersytet Kazimierza Wielkiego, ale w zamian za to UMK zażądało uczelni medycznej, strasząc nas, że zostaniemy zlikwidowani itd.

Potem trochę oszustwo polegało na tym, że w ustawie były tak naprawdę dwie – jedna, która likwidowała Akademię Medyczną i druga, która powoływała Collegium Medicum w strukturze UMK. Nie wiem, czy ówczesny prezydentBydgoszczyKonstanty Dombrowicz o tym wiedział? To jest sprawa nie do końca nam wiadoma. (...)

Potem, jak obserwowałem uczelnię bydgoską – Collegium Medicum w strukturze UMK – to ona upadała. Nawet na tym etapie Colegium Medicum utworzone przyuniwersytecie w Olsztynie jest wyżej notowane w Rankingu Perspektyw niż bydgoskie – my jesteśmy gdzieś na 80 miejscu. Ten upadek, jak analizowałem, wynika z traktowania nas przez UMKjako szkoły zawodowej, natomiast nie ma żadnego istotnego rozwoju naukowego, co wynikało choćby z tego, że Collegium Medicum nie dostało ani grosza na aparaturę badawczą w Bydgoszczy. (…)

Pan mówi o rankingach, a pani poseł Iwona Michałek argumentuje, że UMK znalazło się w gronie 10 elitarnych uczelni badawczych…

- Pani Michałek miała taki sztandar, jak była posłanką, że nie może być Uniwersytetu Medycznego w Bydgoszczy, tylko musi być w ramach UMK. Zresztą miała wsparcie - niech Pan zobaczy, ile razy minister Gowin był w Toruniu…

Ależ oczywiście, minister Gowin wspierał ten projekt...

- Posłanka Michałek był odznaczona najwyższymi odznaczeniami toruńskimi i i rektor UMK wprost powiedział, że pierwsze informacje miał zawsze od niej i dzięki temu mógł działać. (...)


Zbigniew Gryglas

Zbigniew Gryglas. Fot. Archiwum
Zbigniew Gryglas. Fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Zbigniew Gryglas
Magdalena Ogórek rozmawiała ze Zbigniewem Gryglasem, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych. Rozmowa dotyczyła między innymi budowy szpitali covidowych.

Magdalena Ogórek: Obecnie pojawiło się wiele ataków, dotyczących szpitali tymczasowych. „Gazeta Wyborcza” komentuje, że powstają w Warszawie „na wyścigi”, ale dlaczego dopiero teraz? Wydaje się, że media lewicowo-liberalne szukają dziury w całym, a tymczasem chodzi o zdrowie i życie Polaków. Jak rzeczywiście wygląda sytuacja ze szpitalami tymczasowymi?
Zbigniew Gryglas: Dokładnie - chodzi o zdrowie i życie Polaków. Każdy odpowiedzialny rząd, każde państwo, które myśli o przyszłości i dba o swoich obywateli, musi zabezpieczyć przyszłość. Często podkreślam, że szpitale są obiektami zapasowymi, ale musimy je posiadać. Musimy być przygotowani na najgorszy scenariusz, który przecież jeszcze może nastąpić, bo - jak mówi minister zdrowia – nie jest wykluczona trzecia fala pandemii. Nie jest też wykluczone, że będziemy chorowali na grypę i inne sezonowe choroby, więc miejsca w szpitalach będą zwyczajnie potrzebne. Osobiście w Ministerstwie Aktywów Państwowych mam przyjemność koordynować proces budowy takich obiektów przez spółki skarbu państwa - dziewięć spółek i jeden Bank Gospodarstwa Krajowego. Te kilka podmiotów wybuduje w całym kraju aż kilkanaście szpitali tymczasowych. Dla mnie koordynacja tego procesu w całym kraju to wielkie wyzwanie menadżerskie. Bankowcy, ludzie zajmujący się na co dzień paliwami, czy innymi kwestiami nie znają się na budowie szpitali, ale potrafią organizować projekty inwestycyjne i to nam dobrze wychodzi. Pracujemy pod kierownictwem służb medycznych, lekarzy, którzy doskonale radzą sobie z takimi zadaniami.

Wczoraj było ponad 10 tys. zachorowań. Czy jeżeli będziemy solidarni w tej quasi-narodowej kwarantannie i jeżeli jeszcze do tego poświęcimy ferie, jest szansa, że zachorowania będą spadać?
- Tak, to jest kwestia społecznej solidarności. Irytują mnie ludzie, którzy narzekają, że w ich mieście nie ma lodowiska, czy w tym roku nie pojadą na narty. Proszę zdać sobie sprawę z powagi sytuacji, walczymy o zdrowie i życie Polaków! Widzę na co dzień personel medyczny – lekarzy, pielęgniarki, którym jestem winien olbrzymi szacunek. Poświęcają swoje zdrowie, często ryzykują życie, żeby nam pomóc. Jesteśmy im winni solidarność, więc zróbmy to, co każdy z nas może zrobić indywidualnie – chrońmy siebie i swoich najbliższych, chrońmy rodaków, bo pandemia jest bardzo zdradziecka. Widzimy skalę ofiar na całym świecie, niestety również w naszym kraju. Proszę nie sugerować się tą lekką poprawą, to jeszcze nie jest koniec pandemii. Tak naprawdę o końcu pandemii będziemy mogli mówić, gdy zachorowania spadną do zera. Dziś to ciągle kilkaset osób, które umiera dziennie w całym kraju.

Lekarze mówią, że do wiosny trzeba będzie bardzo uważać, a to wcale nie znaczy, że kiedy wiosna się skończy, to wirus zupełnie nas opuści. Nie znamy jeszcze zachowania tego wirusa, więc może z nami zostać jeszcze na jakiś czas. Czy szczepionkę wita Pan entuzjastycznie, czy przygląda się jej z ostrożnością?
- Rząd Polski uczyni wszystko, by Polacy mieli dostęp do szczepionki. W tej chwili na rządowych zespołach zarządzania kryzysowego zajmujemy się całą logistyką szczepień. Ruszą pod koniec stycznia – taki jest rządowy plan.
Muszę przyznać, że byłem sceptyczny do szczepień, ale wraz z wiedzą, którą nabywam o szczepionkach, jestem bardziej spokojny. Jest niezbędne, abyśmy się zaszczepili. Ta szczepionka jest trochę inna, niż znane nam z przeszłości, które polegały na tym, że wszczepiano nam zarazki danej choroby, pozwalające, by nasz organizm się uodpornił. W tym przypadku sytuacja jest trochę inna. Podany zostanie naszemu organizmowi pewien kod, który umożliwi walkę z chorobą, więc to nie jest tak bardzo inwazyjna szczepionka. Ja się przekonałem, dam się zaszczepić, oczywiście poczekam na swoją kolejkę, jak wszyscy. Będziemy zaczynali od grup najbardziej narażonych – lekarzy, pielęgniarek, później osoby starsze, które chorują najciężej i w końcu kolejne grupy tak, żeby cała populacja mogła być odporna na tę straszną zarazę. (...)

Paweł Szramka

Paweł Szramka. Fot. Nadesłane
Paweł Szramka. Fot. Nadesłane
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Paweł Szramka
Gościem Rozmowy Dnia był Paweł Szramka z Kukiz'15, a jednym z tematów możliwe konfiguracje polityczne w obecnej kadencji parlamentu.

Michał Jędryka: Ponoć miało się odbyć spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z Pawłem Kukizem i zakończyć ofertą cichego poparcia dla kluczowych projektów rządowych. Czy według pana wiedzy rzeczywiście takie spotkanie się odbyło?

Paweł Szramka: Z tego co się orientuję Paweł Kukiz rozmawia ze wszystkimi liderami politycznymi, którzy tylko chcą rozmawiać o zmianach w Polsce, więc prawdopodobnie z Jarosławem Kaczyńskim również się spotykał, natomiast jestem przekonany, że chodziło o kwestie ustrojowe, o które postulujemy już od pięciu lat, jak tylko jesteśmy w Sejmie, które miałyby dać większe możliwości wywierania wpływu na władzę przez obywateli.

Chodzi o referenda, chodzi o coś więcej?

Referenda również. Przede wszystkim ordynacja wyborcza, choć tutaj niewątpliwie będzie to najcięższe do przeforsowania, natomiast nawet w kontekście ostatnich wydarzeń widzimy coraz bardziej jak te referenda - gdyby miały faktyczną moc - mogłyby się w Polsce przydać, ponieważ mamy całą masę strajków na ulicy i to w czasie pandemii, kiedy jednak powinniśmy ograniczać tak tłumne zgromadzenia. Gdybyśmy mieli instytucję referendum, która w Polsce by działała, której wynik byłby obligatoryjny lub chociaż politycy musieliby nim się zająć, to mielibyśmy zupełnie inną kwestię. Wystarczyłoby, że raz na rok rozpisalibyśmy takie ogólnopolskie referendum z kluczowymi pytaniami i odpowiedzi na te pytania byłyby wskazówkami dla polityków, jak należy się zachowywać i jak należy wprowadzić zmiany w Polsce tak, żeby były one wprowadzane zgodne zgodnie z wolą narodu.

Ale te kwestie, o których pan mówił, wymagałyby chyba zmian w konstytucji, bo żeby referendum było wiążące, to właśnie ustawa zasadnicza musiałaby być zmieniona i chyba perspektyw w tej chwili na zmiany konstytucji w Polsce za bardzo nie widać ze względu na brak odpowiedniej większości w parlamencie.

Z jednej strony tak, natomiast jeśli podnieślibyśmy poważną dyskusję o tym, czy dać więcej głosów obywatelom i na to nie zgodziłyby się co niektóre partie, to myślę, że byłby to strzał w kolano dla tych partii, bo myślę, że Polacy coraz bardziej dostrzegają to, że jedyne co mogą, to wrzucić głos raz na 4 lata, a później politycy mogą robić co im się tylko podoba. Polacy mogą w całej swojej populacji wyjść na ulicę, protestować przeciwko jakiegoś rozwiązaniu, a władza może, ale nie musi się pod tym ugiąć, ponieważ nie ma aktualnie dla Polaków żadnego sprawnego i skutecznego rozwiązania, żeby wywierać wpływ na władzę. Jedyny nasz instrument demokratyczny to jest udział w wyborach i ten instrument kończy się po wrzuceniu głosu do urny. Później przez 4 lata robią co chcą. Polacy oczywiście mogą protestować, mogą sprzeciwiać się tym decyzjom, natomiast przy tym ustroju, przy tym rozwiązaniu, gdzie referendum ma bardzo małą moc w Polsce, jesteśmy postawieni jako obywatele pod ścianą.

To jest rzeczywiście pewien element programowy, który od początku głosicie, natomiast chciałem wrócić do tego pierwszego pytania, bo jednak są pewne bieżące realia w polityce i czy jest szansa na to, że posłowie Kukiz'15 mogliby poprzeć w koalicję rządzącą, gdyby ta utraciła większość, na przykład gdyby nie porozumiała się z Solidarną Polską.

W mojej ocenie jest to źle postawione pytanie, bo my nigdy nie patrzymy na to, kto składa ustawę, kto proponuję rozwiązania, tylko jakie to są rozwiązania na Polski, dlatego jeśli PiS zaproponuje ustawy bądź też reformy, które będą zgodne z naszymi ideami i będziemy uważać, że są konstruktywne, że będą pomagały w rozwoju Polski, to nasze poparcie będzie, natomiast na pewno nie podchodzimy do sprawy w ten sposób, że poprzemy PiS tylko po to, żeby im się przypodobać. Nie ma takiej opcji. Moglibyśmy wystartować z PiS-em już w ostatnich wyborach, natomiast nie zgodziliśmy się na to, ponieważ PiS nie popiera naszych postulatów. Jeśli będzie zielone światło, że partia rządząca czy też rządząca większość jest w stanie przeforsować przez Sejm postulaty Kukiz'15 z 2015 roku, które cały czas głosimy, to jest oczywiście miejsce na współpracę, tak jak powtarzaliśmy od początku, natomiast obecnie za bardzo tego nie widać.

Halina Peplińska

Halina Peplińska. Fot. Archiwum
Halina Peplińska. Fot. Archiwum
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Halina Peplińska
Gościem Rozmowy Dnia była Halina Peplińska - przewodnicząca Kujawsko-Pomorskiego Oddziału Ogólnopolskiego Związku Pielęgniarek i Położnych. Tematem rozmowy była zapowiedź wejścia w spór zbiorowy z pracodawcami i groźba strajku generalnego.

Marcin Kupczyk: Związek Pielęgniarek i Położnych poinformował, że rozpoczyna przygotowania do sporów zbiorowych na terenie całego kraju. Bezpieczne warunki pracy, wynagrodzenia, godziwe traktowanie przez kadrę kierowniczą i szereg innych postulatów. Skąd ta decyzja o tak radykalnych krokach w dobie pandemii?

Halina Peplińska: Jest pandemia, ale problemy pielęgniarek trwają od wielu, wielu lat i właśnie należałoby się dziwić, dlaczego takie nierozsądne, nieroztropne działania Ministerstwa zdrowia i rządu skłaniają nas do tych działań. Dziwi nas informacja wiceministra Kraski, który jest zdziwiony takimi dzałaniami, że w dobie epidemii to jest nierozsądne. Tak naprawdę to my powinniśmy zadać pytanie ministrowi Krasce, czy jego zdaniem jest rozsądne i roztropne to co się dzieje w dobie epidemii w walce o życie pacjentów. Dla nas, dla pielęgniarek dobro pacjentów jest zawsze najważniejsze. Jednak nie możemy być traktowane jako grupa zawodowa, która ma udawać, że nic się nie dzieje, ze sobie ze wszystkim radzimy. System upada i jest niewydolny. Sytuacja jest dramatyczna w naszych grupach zawodowych i w ochronie zdrowia.

Gdy usłyszałem o przygotowaniach do strajku generalnego to się przeraziłem. Wyobraziłem sobie to co mamy w tej chwili z pandemią, z ciężko chorymi ludźmi i pielęgniarki, które mówią o strajku. Moment jest zły.

No może moment jest zły, ale każdy moment jest zły. Teraz sytuacja stała się dramatyczna. Pandemia jeszcze bardziej to ukazała.

To są zaniedbania wieloletnie.

Tak, ale w tej chwili na to nakładają się działania ministerstwa i rządu, które powodują, że środowisko jest bardzo wzburzone. Jeśli powiemy o warunkach pracy, normach zatrudnienia, które przez wiele lat wypracowywano, liczba pielęgniarek na łóżko, w tej chwili ministerstwo to zawiesiło. W psychiatrii miały normy wejść, a nawet ich nie wdrożono, a już mamy informacje, że Konwent Marszałków wniósł o ich przesunięcie do 2024 roku. Mamy dane z Mazowsza, gdzie wyliczono, że na samą psychiatrię potrzeba ponad 400 pielęgniarek. Działania, która są teraz podejmowane nie przysporzą nam ludzi do zawodu. W tym roku kształcenie pielęgniarek i położnych ukończyło prawie 5 tys. osób. A ile podjęło pracę? Ponad 900 osób. Gdzie jest reszta? Reszta nie chce przyjść do tego zawodu, który jest notorycznie niszczony i dławiony. (...).

Kosma Złotowski

Kosma Złotowski./fot. PR PiK/archiwum
Kosma Złotowski./fot. PR PiK/archiwum
Rozmowa Dnia: Kosma Złotowski
Gościem Rozmowy Dnia był europoseł Kosma Złotowski, z którym rozmawialiśmy o zawetowaniu budżetu Unii Europejskiej przez Polskę i Węgry.


Michał Jędryka: Polska i Węgry zawetowały budżet unijny. Czy to jest dobra decyzja, czy Polska na niej skorzysta?

Kosma Złotowski:
Zobaczymy, dopiero teraz zaczyna się pewna gra. Polska i Węgry zawetowały ten budżet, ale nie z powodu rozwiązań budżetowych, jak wiadomo, bo te nam się podobają, ale dlatego, że wprowadzono mechanizm badania praworządności w różnych krajach, i ten mechanizm jest czysto uznaniowy. Nie ma ściśle określonych kryteriów, według których bada się dany kraj i się orzeka: to jest niepraworządne, to proszę zmienić. Nie ma takich kryteriów. A wiemy, że od paru lat Polsce i Węgrom - przede wszystkim - zarzuca się brak praworządności, przy czym to nigdy nie jest sprecyzowane. Parlament uchwalając kolejne rezolucje, powołuje się wręcz na swoje poprzednie rezolucje, a nie na żadne fakty popierające tezę, że w Polsce brak jest praworządności. Uważamy, że ten mechanizm teraz jest bezpośrednio skierowany przeciwko Polsce i Węgrom, a w przyszłości może być wykorzystywany wobec każdego państwa unii pod byle pretekstem.

A czy państwa starej Unii, które lansowały to rozwiązanie, spodziewały się tego weta, czy może myślały, że Polska blefuje?

Nie wiem, zresztą nie powiedziałbym, że to państwa starej Unii. To liberalno - lewicowa większość PE. W lipcu odbyła się rada Unii i na niej zdecydowano o wieloletnim planie finansowym, o funduszu covidowskim, i o tym mechanizmie tak skonstruowanym, że wtedy nie mieliśmy większych zastrzeżeń. Jednak PE dał wyraz temu, że koniecznie chce zastosowania takiego mechanizmu praworządnościowego i ten mechanizm został stworzony w ostatnim czasie przez prezydencję i przedstawicieli PE.

Jednak kanclerz Niemiec Angela Merkel wysyłała zdaje się sygnały do premiera Morawieckiego, że może będzie taka zasada: pieniądze za praworządność, ale tak to zinterpretujemy, że to pieniądze mają być wydawane praworządnie

Taki był efekt po lipcowym posiedzeniu Rady (...).

Marek Jurek

Marek Jurek. Fot. Wikipedia
Marek Jurek. Fot. Wikipedia
PR PiK - Rozmowa Dnia - Marek Jurek
Minęła setna rocznica pierwszej na świecie legalizacji aborcji, która miała miejsce w 1920 roku w Rosji Sowieckiej. Gościem Rozmowy dnia był najbardziej konsekwentny obrońca prawnej ochrony życia poczętego w polskiej polityce, Marek Jurek.

Michał Jędryka: 100 lat minęło od pierwszej na świecie legalizacji aborcji, która miała miejsce w 1920 roku w Rosji Sowieckiej. Od tego czasu aborcja stała się sprawą polityczną?
Marek Jurek: Trudno użyć tego słowa w tym miejscu, ale na pewno tradycją, do której skrajna Lewica cały czas nawiązuje w Parlamencie Europejskim. Słyszałem tam pochwałę rewolucji bolszewickiej – jedna z włoskich posłanek mówiła, że rewolucja sowiecka zagwarantowała tzw. prawo do aborcji, a Aleksandra Kołłontaj – komisarz sowiecka była pierwszą bojowniczką o tego typu rewindykację. To jest stuletni już nurt podmywania kultury europejskiej – ogłoszenie, że ludzie nie mają żadnych powinności, że wszystko im wolno. Bardzo szybko się okazało, że skoro ludziom wszystko wolno, to również władzy wszystko wolno. To jest bardzo niebezpieczna sytuacja, z której również wtedy jakaś część społeczeństwa rosyjskiego nie zdawała sobie sprawy.
Ludzie nie zdają sobie sprawy, że dynamika zakwestionowania prawa moralnego jest dynamiką straszną. Na początku niby życie jest wygodniejsze, ale za chwilę podważane są wszystkie kolejne prawa.
Zresztą widzimy, że nawet w Polsce dochodziło w ostatnich latach do dobijania czy pozostawiania, żeby zmarły bez żadnej pomocy rodzące się dzieci. Nie jest to żadna teoria, ani żaden przypadek. To się działo kilka lat temu w szpitalu na Madalińskiego w Warszawie - przypadek małego Huberta był pierwszym przypadkiem ujawnionym…

To była głośna sprawa wtedy.
- Niedawno pan Artur Stelmasiak – znany dziennikarz katolicki pokazał zasady funkcjonujące w wielu szpitalach – formularze od rodziny, która zgadza się na zabicie dziecka w ten sposób, że jeżeli urodzi się żywe, to nie będzie ratowane i żeby absolutnie nie domagać się wtedy pomocy, więc to po prostu straszliwy horror. Biorąc pod uwagę, że każde społeczeństwo musi być oparte na jakimś prawie, to jest bardzo prosty wybór – czy wybieramy życie czy śmierć?. Czy chcemy żyć w społeczeństwie opartym na prawie do życia i na wzajemnym obowiązku, czy to odrzucamy?

Jest Pan zadowolony z tego, że Trybunał Konstytucyjny podjął decyzję taką, jaką podjął?
- Względnie tak. Przede wszystkim jestem niezadowolony z tego, że władza od wielu lat nie powoływała się na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 28 maja 1997 roku, który wtedy stwierdził, że poszanowanie prawa do życia od poczęcia jest obowiązkiem demokratycznego państwa prawa. Państwo przestaje być demokratyczne i praworządne, jeżeli tego obowiązku nie realizuje. W tamtym orzeczeniu brali udział wybitni prawnicy, którzy dzisiaj często wypowiadają się krytycznie o władzy – prof. Andrzej Zoll, prof. Marek Safjan. Tamto orzeczenie było po prostu racją prawną nie do odparcia.
Tymczasem na to orzeczenie nigdy władza się nie powoływała, a co najbardziej szokujące – nawet nie powoływała się po ogłoszeniu tego ostatniego wyroku z 22 października 2020 r. Nie powoływała się, żeby pokazać, że tak naprawdę nie ogłoszono niczego nowego – że to jest norma prawna, która nie była realizowana, ale powinna była obowiązywać zawsze. I w dużej części społeczeństwa powstało takie przekonanie, że to jest tak, jak mówi władza, że to światopoglądowa kwestia subiektywnego sumienia (...)

Wojciech Konieczny

Wojciech Konieczny./fot. Wikipedia
Wojciech Konieczny./fot. Wikipedia
PR PiK - Rozmowa Dnia - Wojciech Konieczny
Gościem Magdaleny Ogórek był senator Wojciech Konieczny - lekarz i polityk, przewodniczący rady naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej. Rozmowa dotyczyła sytuacji epidemicznej w Polsce.

Magdalena Ogórek: Wiemy cokolwiek więcej o specyfice tego wirusa? Pytam, bo w pierwszej fazie, gdy nastąpiło uderzenie z Chin, wszyscy byli przerażeni. Dzisiaj jesteśmy bardziej oswojeni? Wirus wydaje się bardziej zjadliwy, zbiera śmiertelne żniwo.
Wojciech Konieczny: Trochę wiemy – że ma swoje odmiany, że w jednym kraju może być kilka mutacji tego wirusa. Pełna wiedza jednak o jego zachowaniach jeszcze nie jest nam znana. Na początku mieliśmy przekonanie, że w naszej populacji wirus jest mniej zjadliwy, mniej śmiercionośny, niż w populacji krajów zachodnich. Teraz niestety to się zmienia, albo bardziej podatne grupy naszego społeczeństwa zostały zaatakowane. Rzeczywiście wirus odrobinę zmutował i jest bardziej groźny. Ilość ciężkich przebiegów, ilość zgonów zwiększa się. Musimy się z tym jakoś zderzyć.

Pytam Pana nie tylko jako polityka, ale przede wszystkich lekarza: ile medycyna potrzebuje czasu, żeby ten wirus oswoić, żeby był jak grypa i żebyśmy mieli go w pełni pod kontrolą?
- Tak może nigdy nie być, bo wirus będzie pod kontrolą, jeżeli będziemy mieli skuteczne szczepienia, ewentualnie jeśli zmutuje w formę łagodną. Jeśli chcemy go porównywać do grypy, to mniej więcej na tym to polega, że wirusy grypy mutują i stają się zjadliwe. Grypa hiszpanka trwała dwa lata, potem ten wirus mutował, nie wynaleziono żadnego leku, ani szczepionki na niego.
Są naukowcy, którzy twierdzą, że obecnie będzie podobnie – około dwóch sezonów potrwa ciężkie przejście przez tego wirusa, a później powinien się złagodzić. Czy tak będzie? Są wirusy, które nie łagodnieją – np. wirus zapalenia wątroby.

Czyli do wersji optymistycznej daleko? Musimy przetrwać ten sezon, kolejny i może wyjdziemy na prostą?
- Są doniesienia o szczepionkach, one mogą nam sprawę znacznie poprawić.

Wierzy Pan w tę szczepionkę?
- Dlaczego nie? Jeśli są obiektywne badania, które wskazują na jej skuteczność, to pewnie któraś z tych szczepionek okaże się na tyle bezpieczna, na tyle dobra, że trzeba będzie ją wprowadzić. Wierzę w szczepionkę i poniekąd wierzę też, że wirus zmutuje w kierunku łagodniejszym, ponieważ tak się do tej pory działo, aczkolwiek tego nie możemy być pewni. (...)
2345678