Niedziela, 21 października 2018 r.   Imieniny: Urszuli, Hilarego, Jakuba
Polskie Radio PiK » Rozmowa Dnia

Rozmowa dnia

Jacek Tyburski

Jacek Tyburski. Fot. Michał Zaręba
Jacek Tyburski. Fot. Michał Zaręba
Kandydat na burmistrza Brodnicy Jacek Tyburski, który był gościem Rozmowy Dnia w Polskim Radiu PiK przedstawił m. in. plan rewitalizacji dworca kolejowego w tym mieście. Jego zdaniem jest to możliwe, choć wymaga współpracy z koleją.

Michał Jędryka: W rankingu Portalu Samorządowego jest Pan pierwszy spośród trojga kandydatów. Jest Pan zadowolony?
Jacek Tyburski: Zdecydowanie tak. Lepiej być na pierwszym niż na trzecim miejscu. To zaskoczenie, aczkolwiek nie odzwierciedla tego, co wydarzy się 21 października. Nie dlatego, że mogę być pierwszy, bo wierzę w to głęboko, stąd stanąłem do rywalizacji. Zawsze jednak trzeba mieć poprawkę na sposób funkcjonowania Internetu. Czasami liczba głosów w sondażach odbiega od rzeczywistości.

Urzędujący burmistrz ostatnie wybory wygrał w pierwszej turze. Jest Pan w stanie powtórzyć jego sukces?
- Chciałbym bardzo. Najlepszym rozwiązaniem byłaby pierwsza tura i branie się ostro do pracy. Jak będzie, zdecydują wyborcy (...).

Chce Pan rewitalizować dworzec kolejowy, tymczasem wiąże się to chyba z zupełną zmianą funkcjonowania Brodnicy jako węzła kolejowego, czy w ogóle skomunikowania tego miasta z otoczeniem. Nie da się tego robić bez wsparcia PKP.
- Nie da się. Wszyscy widzimy, że od kilkudziesięciu lat rola Brodnicy jako miejsca, gdzie zatrzymują się pociągi, jest już symboliczna.

Da się to zmienić?
- Mamy jeszcze połączenia do Jabłonowa, Rypina. Nie mamy połączenia do Działdowa. Są starania różnych grup społecznych, aby je przywrócić. Uważam, że jeżeli byłby uzasadniony powód ekonomiczny, żeby to połączenie na nowo uruchomić, to jak najbardziej (…). Z tego co widzę, funkcjonowanie kolei w takim mieście jak Brodnica, nie wymagałoby dużego administrowania obiektami takimi jak dworzec PKP. Można by pięknie go zrewitalizować, odnowić, wrócić do fantastycznej architektury z okresu zaborów i umiejscowić tam np. jeden z urzędów państwowych (…).

Sporo miejsca poświęca Pan w swoim programie inwestycjom i planom, które mają służyć rodzinie np. chciałby Pan stworzyć kino, lodowisko, zmodernizować plażę miejską. Czy te zamiary nie były podejmowane przez poprzedników?
- Cały szkopuł polega na tym, że obecny, pełniący swe obowiązki drugą kadencję burmistrz za każdym razem obiecał, a nawet wizualizował kwestię pomostów i rewitalizacji plaży na Niskim Brodnie, która jest w stanie agonalnym. Przypuszczam, że każdy jest w stanie sobie wyobrazić takie kilkudziesięcioletnie obiekty. Zawsze brakowało na to pieniędzy i zawsze było coś ważniejszego. W tej chwili wygląda to fatalnie i uważam, że w końcu powinny się na to znaleźć pieniądze - tak samo, jak na kino, które fantastycznie zaczęło funkcjonować w Rypinie (…). Jeśli chodzi o kino, lodowisko i plażę, są to głosy mieszkańców Brodnicy, którzy tego oczekują (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Jacek Tyburski

Grażyna Ciemniak

Grażyna Ciemniak. Fot. Tomasz Kaźmierski
Grażyna Ciemniak. Fot. Tomasz Kaźmierski
Gościem czwartkowej Rozmowy Dnia była Grażyna Ciemniak, była radna, wiceprezydent Bydgoszczy, senator i posłanka, obecnie startująca z listy Prawa i Sprawiedliwości do Rady Miasta Bydgoszczy. Bydgoska polityk mówiła o swojej drodze od lewicy do prawicy i o swoim planie dla miasta.

Marcin Kupczyk: Pani prezydent, skąd taka polityczna wolta? Znana jest pani od lat biorąc pod uwagę pani polityczną drogę. PZPR, Ordynacka, SdRP, SLD, PO, a teraz na liście PiS do Rady Miasta. Jak to wyjaśnić słuchaczom?

Grażyna Ciemniak: Chętnie wyjaśnię. Zawsze angażowałam się na rzecz ludzi, na rzecz miasta Bydgoszczy, ale także i Polski będąc parlamentarzystą. Przez ostatnie dwa lata nie angażowałam się politycznie, jestem osobą bezpartyjną. Zaangażowałam się społecznie w Regionalną Radę Ochrony Przyrody. Wspierałam działania dotyczące pozyskania środków na powstrzymanie rozprzestrzeniania się zanieczyszczeń z terenów po byłych zakładach chemicznych Zachem. Chcę podkreślić, że społecznie pełnię funkcję wiceprezesa Towarzystwa Polsko – Włoskiego. Promuje ono historię i teraźniejszość Polski oraz Włoch poprzez organizację przedsięwzięć kulturalnych, patriotycznych dla Bydgoszczy.

Pani prezydent, jak możemy teraz wyjaśnić wyborcom, kilku tysiącom bydgoszczan np. zwolenników lewicy, którzy w swoim czasie oddawali głosy na panią. Później kilka tysięcy wyborców Platformy Obywatelskiej. Teraz trzeba by sięgnąć po wyborców Prawa i Sprawiedliwości, bo zdaje się, że ludzie idą raczej za szyldem partyjnym, a nie za twarzą czy nazwiskiem. Jakie jest pani zdanie na ten temat?

Myślę, że ludzie głosują na człowieka, ale również na określone partie. Przede wszystkim zachęcam do tego, żeby zapoznać się z tym co dotychczas zrobiłam dla miasta i co zamierzam zrobić. Myślę, że za chwilę będzie okazja, żeby o tym powiedzieć. Na poziomie samorządu liczy się człowiek. Do zadań własnych gminy należy zaspakajanie zbiorowych potrzeb wspólnoty. Mówi o tym ustawa o samorządzie gminnym, art. 7 ust. 1, dlatego też ta wielka polityka niech się realizuje w Parlamencie, natomiast w samorządzie powinna być troska o rozwój miasta, o skuteczne realizowanie wszystkich zamierzeń i oczekiwań mieszkańców.

Tylko czy wybory samorządowe nie są polityczne tak jak inne? Czy wyborcy kierują się poglądami politycznymi idąc do urn?

Oczywiście, że w znacznej części się kierują. Są przecież komitety wyborcze, są komitety wyborcze partyjne, ale także obywatelskie. Chciałabym powiedzieć o kilku sprawach. Propozycję kandydowania do Rady Miasta Bydgoszczy z listy Prawa i Sprawiedliwości złożył mi pan poseł Tomasz Latos, kandydat na prezydenta miasta Bydgoszczy. Rozmawialiśmy kilkakrotnie o programie, o sprawach miasta i uznałam, że popieram jego program wyborczy. Jest człowiekiem, co bardzo ważne, łączącym ludzi i uważam, że zapewni bardziej dynamiczny rozwój naszego miasta. Z punktu widzenia polityki krajowej, dlaczego zdecydowałam się na Prawo i Sprawiedliwość to chcę powiedzieć, że zawsze szukam tego co łączy, a nie tego co dzieli. Uważam że w różnorodności jest nasza siła a w jednomyślności często bezmyślność.

Co spodobało się pani w Prawie i Sprawiedliwości?

Powiem tak, Prawo i Sprawiedliwość realizuje lewicową politykę społeczną. Dba o ludzi biedniejszych, tych, którym często, z różnych powodów się w życiu nie powiodło. Ponadto Prawo i Sprawiedliwość realizuje konstytucyjną zasadę społecznej gospodarki rynkowej, mówi o tym art. 20, ust. 1 Konstytucji. To są te wartości socjaldemokratyczne. Popieram reformę sądownictwa, mając na względzie wiele krzywd wyrządzonych ludziom, o których się mówi, pisze i czyta, ale także własne doświadczenia. Być może w reformie sądownictwa potrzebne są też pewne korekty, ale to już jest sprawa polityki na poziomie kraju. Chciałabym powiedzieć jeszcze o dwóch ważnych sprawach. Popieram podejście rządu do firm, które są w trudnej sytuacji ekonomicznej bardzo często ze względów konkurencyjnych na rynku. Rząd pomógł PESIE, pomógł LOT- owi. Natomiast rząd Platformy Obywatelskiej i PSL nie pomógł Zachemowi. Zlikwidowano Zachem. Sprzedano kompleks TDI, jedyny w Polsce produkt o światowej jakości, który konkurował z produktami zachodnich koncernów.

Niemieckiego BASF-u.

Między innymi też. Sprzedano w październiku 2012 roku po to, żeby zakomunikować w styczniu 2013 roku, że jest zatrzymana produkcja, a 31 grudnia 2013 roku poinformowano nas, że zgłoszono wniosek o upadłość, a w międzyczasie Zachem zmienił nazwę na Infrastruktura Kapuściska SA.

Chciałbym wrócić do miasta, gdzie będzie pani startowała. Jak pani ocenia obecny stan miasta i co pani chciałaby dla miasta zrobić?

Uważam, że wszystkie miasta się dzisiaj rozwijają, Bydgoszcz również. Gdy jeżdżę po kraju, widzę, że inne miasta szybciej się rozwijają, wyprzedzają nas w różnych rankingach. Jako radna, przede wszystkim będę wspierać i uczestniczyć w realizacji celów programowych prezydenta Bydgoszczy Tomasza Latosa, aby zrealizować ten nadrzędny cel wielkiej Bydgoszczy, Bydgoszczy bez kompleksów, takiej jakiej wszyscy oczekujemy i miasta, z którego chcemy być dumni. Uważam, że konieczne są zmiany w sposobie zarządzania miastem, lepsza koordynacja inwestycji, bardziej skuteczna i szybka realizacja planu inwestycyjnego. Kładłabym też spory nacisk i będę zabiegała o zwiększenie kompetencji inżyniera miasta, koordynatora inwestycji. Dzisiaj miasto jest rozkopane, to utrudnia życie ludziom.

Kopią, bo budują ulice. Musi być rozkopane.

Tak, ale powinno być to realizowane w sposób zorganizowany. Dobre przygotowanie inwestycji, bo wiadomo, że zawsze są problemy z wysiedlaniem z nieruchomości, przez które przebiegać mają trasy. Trzeba mieć też umiejętność negocjacji, rozmów z ludźmi. Rozmowy z ludźmi są podstawą dobrego przygotowania inwestycji. Kandyduję z okręgu nr 6, który obejmuje takie osiedla jak Kapuściska, Wyżyny, Łęgnowo, Łęgnowo – Wieś, Zimne Wody oraz Czersko Polskie w tym Zachem, dlatego też przewidziałam pewne przedsięwzięcia do realizacji, które spisałam na mojej ulotce. Wyborcy będą mogli mnie z tego rozliczyć po zakończeniu kadencji. Takimi najważniejszymi przedsięwzięciami do realizacji na osiedlach są: wybudowanie trwałej i nowoczesnej nawierzchni ulic osiedlowych, które mają już infrastrukturę wodociągowo – kanalizacyjną. W Bydgoszczy jest 640 nieutwardzonych ulic. Na osiedlach z okręgu, w którym kandyduję prawie 40, w sąsiednim mieście wykonano dużo więcej ulic w ciągu 8 lat niż u nas. W Bydgoszczy tylko 20% tego co w sąsiednim dużym mieście. Można lepiej, można więcej i to jest bardzo ważne. To jest także troska o środowisko i czystość miasta. Innymi przedsięwzięciami będą: realizacja spraw, które dotyczą remediacji, rekultywacji terenów po byłych zakładach chemicznych Zachem celem wyeliminowania zagrożeń dla ludzi, środowiska i przygotowania terenu pod inwestycje. Znam się na tym, znam te problemy, uczestniczyłam w ich rozwiązywaniu, rozpoczęłam to czynić i chciałabym kontynuować. Mam także inicjatywę aby dla każdego osiedla wyznaczyć koordynatora, do którego mieszkańcy będą zgłaszać interwencyjne sprawy dotyczące osiedla.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Grażyna Ciemniak

Prof. Andrzej Tretyn

Prof. Andrzej Tretyn
Prof. Andrzej Tretyn
We wtorek, 2 października Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu zainaugurował 74. rok akademicki. Rektor UMK ocenił, że reforma szkolnictwa wyższego jest największą szansą dla uczelni, od momentu jej powstania. Na czym polega ta szansa - o to prof. Andrzeja Tretyna w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia pyta Michał Jędryka.

Michał Jędryka: W czasie wczorajszej inauguracji roku akademickiego powiedział pan, że nowe prawo o szkolnictwie wyższym, które właśnie weszło w życie, to największa szansa dla Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w całej historii.

prof. Andrzej Tretyn: Tak, to prawda. Myślę, że jest to szansa, z której musimy skorzystać jeżeli chcemy stać się uczelnią, która będzie rozpoznawana nie tylko w Polsce - bo z tym nie mamy kłopotu - ale w Europie i na świecie. Oczywiście, ta szansa jest do wykorzystania. Wszystko zależy od tego jak podejdziemy do tych możliwości, które nam daje nowa ustawa. Nowa ustawa jest bardzo otwarta jeśli chodzi o kreowanie struktury uniwersytetu. Inaczej podchodzi do sposobu finansowania uczelni. Zamiast dotacji będziemy otrzymywać subwencje. Nie będziemy musieli się spowiadać z każdej złotówki, na co została wydana. Najważniejsza rzecz, która będzie być może owocowała za kilka-kilkanaście lat, to jest tworzenie tzw. szkół doktorskich. Dotąd na naszym uniwersytecie mieliśmy kilkadziesiąt studiów doktoranckich, natomiast za rok prawdopodobnie ograniczymy to do 4 szkół doktorskich i co najważniejsze, każdy doktorant podejmujący studia w szkole doktorskiej uzyska stypendium. Będzie oceniany po 2 latach, będzie więc bardziej wydajny system kształcenia doktorantów.

Panie rektorze, pokazywał pan czek, właściwie obligacje na 40 mln złotych. To są pieniądze, które rzeczywiście uniwersytet dostał, czy są to pieniądze możliwe do otrzymania?
- Póki co są to pieniądze wirtualne. Oczywiście w przyszłym roku te pieniądze dostaniemy, ale do wykorzystania za dwa lata. Tak jak powiedział pan minister Dardziński, te dwa lata możemy wykorzystać np. na przygotowanie inwestycji. Te pieniądze nie mogą zostać wykorzystane na wzrost wynagrodzeń, mogą być przeznaczone wyłącznie na inwestycje, a my mamy bardzo ambitny program inwestycyjny. W związku z tym bardzo się nam przydadzą, aczkolwiek nie pokryją naszych ambicji jeśli chodzi o planowane inwestycje.

Właśnie kolegia mają zastąpić wydziały, pan rektor też to zapowiada i to umożliwia nowa ustawa. Czy rzeczywiście będzie to coś lepszego, będzie to wartość dodana dla uczelni?
- My jeszcze dyskutujemy na ten temat. Na pewno pozostanie Collegium Medicum. Na pewno pozostaną wydziały. Natomiast to, iż chcemy powiązać szkoły doktorskie z większymi strukturami powoduje, że zaczynamy myśleć również czy to o szkołach, czy też kolegiach. Jednak decyzji w tej sprawie jeszcze nie ma. Toczy się dyskusja w powołanym przeze mnie zespole i myślę, że poprzez pewien konsensus dojdziemy do jakiegoś najlepszego dla nas rozwiązania.

Panie rektorze, wspomnieliśmy o kolegium humanistycznym, natomiast przedstawiciele nauk humanistycznych - np. prof. Wojciech Polak, który był gościem naszego radia dwa dni temu - wspominają o pewnych obawach przed nową ustawą i nowymi rozwiązaniami. Mówią o dużej władzy rektora. Czy czuje pan ciężar tej odpowiedzialności?
- Dobrze, że powiedział pan o odpowiedzialności, bo ta większa władza rektora niewątpliwie wiąże się z większą odpowiedzialnością. Przyzwyczailiśmy się do pewnej struktury uniwersytetu, gdzie wydziały, dziekani mieli dużą władzę. Rektor nie miał wpływu na wybór dziekanów. Światowe uczelnie działają w zupełnie innej strukturze. Jest rektor, który odpowiada za całość uczelni, a nie dogaduje się z dziekanami w ważnych sprawach.

Spośród tych obaw humanistów można wymienić jeszcze taką, że dla oceny pracownika naukowego istnieje wymóg publikacji w renomowanych czasopismach światowych. Natomiast argument, że kogo w Stanach Zjednoczonych interesuje historia Nakła albo Bydgoszczy, brzmi jednak rozsądnie i trudno będzie takie artykuły umieszczać w światowych czasopismach.
- Nie ma takiego wymogu, że trzeba publikować w światowych czasopismach. Oczywiście przyszła ocena parametryczna, która w zasadzie ewoluuje jeszcze, kładzie duży nacisk na publikowanie w czasopismach o szerszym obiegu niż obieg lokalny. Myślę, że dla każdego kto jest aktywny naukowo znajdzie się czasopismo i obieg, w którym on będzie znany. Nie możemy publikować tylko dla siebie, czy też publikować np. monografie w kilku egzemplarzach, bo to się po prostu mija z celem. Jesteśmy pracownikami opłacanymi z budżetu państwa i musimy wspólnie pracować, aby polska nauka stała na najwyższym poziomie.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - prof. Andrzej Tretyn

Piotr Całbecki

Piotr Całbecki. Fot. archiwum PR PiK
Piotr Całbecki. Fot. archiwum PR PiK
Gościem "Rozmowy dnia" w Polskim Radiu PiK był marszałek województwa kujawsko-pomorskiego, Piotr Całbecki. Michał Jędryka rozmawiał z marszałkiem o zbliżającym się odsłonięciu Pomnika Ofiar Zbrodni Pomorskiej, a także o wykorzystaniu funduszy z Regionalnego Programu Operacyjnego oraz o podsumowaniu kończącej się kadencji sejmiku województwa.

Michał Jędryka: Panie marszałku, zacznijmy od tego, że wraz z marszałkiem województwa pomorskiego przyjął pan patronat nad budową pomnika Zbrodni Pomorskiej, który ma być odsłonięty w najbliższą sobotę. To ważne wydarzenie dla całego regionu.

Piotr Całbecki: Na pewno tak bo oczekiwanie wielu środowisk, zarówno z województwa pomorskiego, jak i z naszego województwa kujawsko–pomorskiego a kiedyś, przed II Wojną Światową właściwie jednego regionu, aby jedno miejsce upamiętniało ogrom ofiar i tragedie ludzi, którzy na początku wojny stracili życie z rąk okupantów. Straszna zbrodnia, mało znana w Polsce. Historycy wciąż zastanawiają się dlaczego? Było to pierwsze ludobójstwo na taką skalę, które zgotowali nam naziści w okupowanej Polsce.

Chodzi o egzekucje prowadzone przez Niemców na początku okupacji na cywilnej ludności, zarówno z naszego regionu, jak i z Pomorza. Według przygotowanych jeszcze przed wojną list proskrypcyjnych wciąż pewne szczegóły tej zbrodni nie są znane. Chyba dlatego oczekuje pan, że wpisy do ksiąg pamiątkowych mogą nam przynieść pewną wiedzę od rodzin ofiar na ten temat.

Tak. Do dziś znamy już przeszło 400 miejsc kaźni, gdzie zamordowani zostali mieszkańcy naszego województwa i województwa pomorskiego. Wciąż jednak przybywa nowych informacji. Niemcy, kiedy stąd odchodzili, zostali wyparci pod koniec wojny, bardzo często zacierali ślady. Tak się stało w wielu miejscach i do dziś właściwie są nieznane. Mówi się o przeszło 30 tysiącach udokumentowanych ofiar, przy czym wciąż przybywają nowe. Nie chcemy aby ten pomnik kolejnym monumentem. Chcielibyśmy aby stał się również lekcją historii i możliwością dokumentowania nieznanych wciąż faktów oraz pewną formą i możliwością otwierania się rodzin, sąsiadów, którzy mają niezapisane, przekazywane z pokolenia na pokolenie informacje na temat tego okropnego czasu.

Odsłonięcie tego w najbliższą sobotę i o tym będziemy jeszcze wielokrotnie informować. Przejdźmy natomiast do wykorzystywania środków Unii Europejskiej, bo z jednej strony minister inwestycji i rozwoju, który nie tak dawno był w Bydgoszczy, porównując nasz region do województwa opolskiego mówił, że mamy znacznie niższy poziom wykorzystania środków i stawiał budzik przypominając, że jak ktoś nie wyda pieniędzy w ciągu trzech lat to je traci. Pan marszałek mówi, że wszystko jest pod kontrolą i, że wszystko jest na czas. W białej księdze, która jest opublikowana przez województwo widnieje kilkanaście procent wydanych środków.

Tak. Jest to zgodne z naszym planem. Minimum certyfikacji, które zaplanowaliśmy na rok 2018 osiągnęliśmy już w trzecim kwartale, a nawet je przekroczyliśmy. Ściganie się na procenty i liczby nie ma najmniejszego sensu. Przytoczone województwo opolskie zakończyło poprzednią perspektywę trzy lata wcześniej od nas. Taki mieli plan. Porównując ich program do naszego to jest co najmniej dwukrotnie niższy jeśli chodzi o jego wartość. Myślę, że ten budzik jest zupełnie niepotrzebny. Dzisiaj chcemy wysłać panu ministrowi kalendarz, bo kalendarz liczony kwartałami, miesiącami, dniami jest podstawowym narzędziem do monitorowania czy realizujemy nasz Regionalny Program Operacyjny poprawnie czy też nie. Sądzę, że jest to po prostu akcja związana z wyborami samorządowymi. Muszę tak to nazwać, bo przecież rozmawiam z innymi regionami, które są na zupełnie innym poziomie certyfikacji i tam też otrzymują razy od pana ministra za niewłaściwe wykorzystywanie środków unijnych. Sądzę, że chyba nie chodzi tu o tempo a raczej o jakieś inne aspekty.

Zasada „n+3” tutaj nam też nie zagraża? Bo w ciągu trzech lat trzeba wydać środki unijne.

Właśnie ta zasada już została osiągnięta. Polega ona na tym, że w każdym roku musimy osiągnąć pewien poziom certyfikacji. Ten, o którym mówimy, i który jest ważny dla naszego województwa czyli 13,8 został już osiągnięty. Nawet jakbyśmy chcieli utracić jakiekolwiek euro, jest to już w tym roku po prostu niemożliwe.

Panie marszałku, kończy się czteroletnia kadencja samorządu wojewódzkiego. Co pan uważa za największy sukces tego samorządu i co pan uważa za największą porażkę?

Myślę, że bez wątpienia sukcesem jest to, że uruchomiliśmy w regionie bardzo wiele nowych projektów w obszarze polityki społecznej. Mam tu na myśli chociażby politykę senioralną, opiekę długoterminową. Zmieniliśmy sposób funkcjonowania dawnych domów dziecka, wprowadziliśmy deisntytucjonalizację w tym obszarze. Te projekty najbardziej cieszą. Jeśli mógłbym powiedzieć, że są jakieś problemy z realizacją naszego planu rozwoju to na pewno jednak kryzys na rynku wykonawczym, który bardzo opóźnia nam realizacje inwestycji np. drogowych. To jest rzeczywiście wielki problem nie tylko w naszym regionie, ale w całym kraju (…). Tutaj rzeczywiście muszę powiedzieć, że jest sporo do zrobienia, bo inwestycje na niektórych odcinkach się bardzo ślimaczą.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Piotr Całbecki

prof. Wojciech Polak

prof. Wojciech Polak. Fot. Materiały prywatne
prof. Wojciech Polak. Fot. Materiały prywatne
Z pierwszym dniem nowego roku akademickiego wchodzi w życie nowe prawo o szkolnictwie wyższym, zwane konstytucją dla nauki. Co się zmieni w wyższych uczelniach? Czego obawia się środowisko naukowe, zwłaszcza reprezentujące dyscypliny humanistyczne? O to pytamy historyka, prof. Wojciecha Polaka z UMK, jednego z najbardziej znanych krytyków nowej ustawy.

Michał Jędryka: Panie profesorze, wczoraj napisał pan na Facebooku, że już za kilkanaście godzin wejdzie w życie ustawa, która zupełnie zmieni szkolnictwo wyższe w Polsce. Ta ustawa weszła w życie. Delikatnie mówiąc, nie jest pan nią zachwycony?

Prof. Wojciech Polak: - Tak, podobnie zresztą jak zdecydowana większość środowiska akademickiego w Polsce. Odnoszę wrażenie, chociaż tego nie mówi się głośno, że większość naukowców jest zwyczajnie przerażona tą ustawą. Nastroje są bardzo złe.

MJ: Zwłaszcza naukowców, którzy prowadzą swoje badania w dziedzinach humanistycznych.

WP: - Tak, ponieważ ta ustawa najbardziej uderza w humanistykę, chociaż rzeczywiście zmienia ona oblicze uniwersytetów jako takich. Musimy pamiętać, że ustawa ta faktycznie znosi autonomię wyższych uczelni. W prawdzie minister, ministerstwo oraz różni przedstawiciele ministerstwa twierdzili w czasie procesu uchwalania tej ustawy, że właśnie ta autonomia będzie rozszerzona, że teraz uczelnie będą miały dużo większe możliwości. Rzecz opiera się na pewnym nieporozumieniu. Uczelnia posiada autonomię zewnętrzną i wewnętrzną. Autonomia zewnętrzna funkcjonuje wobec ministerstwa, rządu czy organów administracji. Autonomia wewnętrzna to jest ta samorządność wewnętrzna, typowa dla wyższych uczelni, istniejąca od czasów średniowiecznych.

MJ: Która z nich jest teraz bardziej zagrożona?

WP: - Autonomia zewnętrzna rzeczywiście nie jest zagrożona, natomiast autonomia wewnętrzna sprowadzona jest do jednego - do absolutnej wszechwładzy rektora. Zlikwidowane są wydziały. Wydziały mogą teoretycznie istnieć ale to już nie są te wydziały samorządne, wpisane do ustawy. Rady wydziałów, jeżeli nawet w statutach uczelni zostaną ustanowione, nie będą miały żadnych kompetencji. Dziekanów, czy dyrektorów wydziałów, bo nie wiem jak oni się będą teraz nazywali, będzie wybierał rektor a nie rady wydziałów jak do tej pory. Właściwie profesor, który jeszcze w zapisach starej ustawy miał duże kompetencje w dziedzinie zarządzania wydziałem oraz dziedzinie podejmowania różnych decyzji teraz właściwie stanie się etatowym, najemnym pracownikiem, pozbawionym jakichkolwiek kompetencji. Pozostaje senat ale weźmy pod uwagę, że ten senat, prawdopodobnie w dużej części mianowany przez rektora, też nie będzie miał większego znaczenia.

MJ: Obawia się pan, że rektor będzie mógł w każdej chwili zwolnić na przykład profesora, który posiada znaczny dorobek badawczy?

WP: - To jest sprawa bardziej skomplikowana. Rektor będzie mógł bardzo wiele. Rektor będzie decydował o tym jakie są kryteria oceny pracowników, będzie zatrudniał i zwalniał, będzie dzielił uczelnię na struktury jakie będzie uważał za stosowne, będzie decydował o finansach. Właściwie nigdy w dziejach naszego szkolnictwa wyższego rektor nie miał takich kompetencji. Co do zwolnienia, oczywiście rektor będzie musiał, tak jak każdy pracodawca, podać jakieś powody. Kryteria oceny pracowników, narzucone są zresztą w pewnym stopniu także przez ministerstwo, gdyż oprócz ustawy są jeszcze akty wykonawcze, rozporządzenia ministerstwa, które w tej chwili są już właściwie szlifowane. Wiemy o tym, że te rozporządzenia dotyczące oceny pracowników będą takie, że w praktyce, przynajmniej w dziedzinie nauk humanistycznych, nikt tego nie będzie w stanie spełnić. Właściwie da to wolną rękę rektorowi, który po prostu będzie mógł sobie zwolnić kogo tylko będzie chciał. Tak to wygląda. Ja chcę podkreślić jedną rzecz. Oczywiście mogą być rektorzy i rektorzy. Jeżeli rektor będzie człowiekiem dobrym, szlachetnym, aniołem to nawet tak ogromny zakres władzy, który posiada nie będzie miał negatywnych skutków.

MJ: Jeżeli będzie dobrze rozumiał ducha uniwersytetu, ducha uczelni tak jak on był tradycyjnie rozumiany.

WP: - Musimy jednak pamiętać o jednym. Ludzie rzadko kiedy są aniołami, ludzie rzadko kiedy są świętymi, dlatego ustanawia zawsze pewne instytucje kontrolne, ciała kolegialne tak jak na uczelni senat, rady wydziałów i inne ciała. Teraz właściwie ciała znikają. Rektor pozostaje z pełnią władzy. My pracownicy właściwie stoimy przed nim bezpośrednio.

MJ: Poza ustrojem uczelni, poza władzą rektora właśnie, nie wiem czy nie zmienia się również sam sens i cel istnienia uczelni. Przynajmniej tak rozumiem wypowiedzi pana profesora, że obawia się pan, że uczelnia właściwie zaczyna służyć biznesowi.

WP: - Tak, ponieważ tak to jest pomyślane. Uczelnia powinna w założeniu tej ustawy tworzyć nowe wynalazki, nowe technologie, które powinny procentować w przemyśle i gospodarce narodowej. Jest to oczywiście założenie słuszne ale nie można zapominać, że uczelnia ma też inne cele. Są to kierunki humanistyczne, których jest dużo, i które w gruncie rzeczy w tej ustawie wyczuwa się pewną intencje ich ograniczenia. Zadecydują o tym zapisy, różne bardzo wyśrubowane wymagania w kwestii nadawania stopni doktorskich i habilitacyjnych czy w ogóle prowadzenia studiów magisterskich w różnych dziedzinach. Odnoszę wrażenie, że ogromna ilość kierunków humanistycznych, zwłaszcza na uczelniach regionalnych, których jest dużo, po prostu padnie i przestanie istnieć. Oczywiście nie od razu bo będzie to proces trwający kilka, może nawet 10 lat. Odnoszę wrażenie, że docelowo założenie jest takie, że dyscypliny jak politologia, socjologia, filozofia, bezpieczeństwo wewnętrzne, kulturoznawstwo i tym podobne będą istnieć na 3 - 4 uczelniach w Polsce i koniec. Cała humanistyka jest uważana za niepotrzebną. Najważniejsze są kierunki te, które coś wytwarzają, które będą pracować dla przemysłu. Tu jest jedno nieporozumienie i nie wiem czy ministerstwo zdaje sobie z tego sprawę bo nawet polscy naukowcy zbadali, że na polskich uczelniach w dziedzinach technicznych czy przyrodniczych osiągnięcia naukowe są wprost proporcjonalne do ilości pieniędzy. Duże ilości pieniędzy na uczelnię zapewne nie spadną, więc nie ma co liczyć, że cokolwiek się zmieni, i że ta współpraca na przykład z przemysłem się jakoś nagle oraz gwałtownie poprawi.

MJ: Panie profesorze, co konkretnie zagraża na przykład historykowi na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika albo na jakieś mniejszej uczelni?

WP: - Diabeł tkwi w szczegółach. Bardzo ciężko jest tłumaczyć te szczegóły bo ludzie nie chcą tego słuchać, to jest zbyt skomplikowane. Jeśli chodzi o system oceny to według kryteriów, które zostaną wprowadzone każdy pracownik, na przykład w dziedzinach humanistycznych, może sobie pisać tyle artykułów ile chce, jednak rozliczany będzie tylko z czterech. W ciągu czteroletniego okresu oceny tylko 4 artykuły będą brane pod uwagę. Muszą to być artykuły, które zostały opublikowane za granicą, w pismach wysoko punktowanych bo w Polsce na razie tych pism nie ma. Fakt, że ministerstwo przygotuje pewną ilość stypendiów dla czasopism polskich, te czasopisma dostaną wysoką ilość punktów i będą też liczone do tych czterech publikacji, które trzeba osiągnąć w 4 lata. Te stypendia będą tylko przez 3 lata, potem te pisma mają już stanąć na nogi i mają same dać sobie radę. W ramach tych czterech publikacji można też opublikować książkę. Musi to być książka opublikowana w certyfikowanym wydawnictwie, które ma certyfikat ministerstwa, i które jest w bazie Scopusa (...). I teraz jest pytanie. Co ma zrobić historyk, który zajmuje się historią regionalną np. dziejami Włocławka albo Inowrocławia? Gdzie on za granicą opublikuje artykuł na temat dziejów Włocławka w wysoko punktowanym piśmie? Nie opublikuje, ponieważ tam nikogo to nie obchodzi.

MJ: I będzie niżej oceniany w związku z tym?

WP: - To jest tak, że jeżeli on tych czterech publikacji wysoko punktowanych nie uzyska to mało tego, że uczelnia nie dostanie żadnych punktów za niego, ale dostanie punkty ujemne. Będzie więc ukarana za to, że on tego nie opublikował. Dodajmy, że dzisiaj historycy, bo mówimy tutaj na przykładzie historyków, publikują bardzo wiele w pismach regionalnych. W Polsce w ogóle są setki historycznych pism regionalnych wydawanych na szczeblu miasteczek, powiatów, muzeów, społeczności. Są to często pisma wydawane przez hobbystów ale, w których także publikują naukowcy, często są na niezłym poziomie. One są nisko punktowane. Przydziela im się bardzo mało punktów. Według tej nowej ustawy publikowanie w nich będzie stratą czasu i energii. Naukowcy przestaną w nich publikować, tysiące pism regionalnych zostannie po prostu zniszczonych, przestaną istnieć. Ta ustawa jest wymierzona w życie naukowe na nazwijmy to brzydko, prowincji. Na tak zwanej ścianie wschodniej zbudowano kilka nowoczesnych, pięknych uniwersytetów z pięknymi budynkami i pięknymi gmachami. One rozwijają się szybko i dynamicznie, aczkolwiek mają jeszcze dużo do zrobienia. Mechanizmy zawarte w tej ustawie właściwie zduszą te uniwersytety tak samo jak zniszczą regionalne pisma. Twórcy ustawy zapomnieli o jednym, że ta ustawa niszcząc lokalne uniwersytety przyczyni się nie tylko do strat naukowych. Lokalne uniwersytety mają nie tylko znaczenie naukowe czy dydaktyczne. One mają także znaczenie kulturotwórcze i elitotwórcze dla tych regionów. Są ważne dla ich życia i rozwoju społecznego. Ogromną stratą będzie, gdy zostaną zdegradowane.

MJ: Panie profesorze czy na zakończenie możemy powiedzieć coś optymistycznego, jaśniejszego studentom i społeczności akademickiej w tym pierwszym dniu roku akademickieg?

WP: - Mogę powiedzieć tyle, że wszystkie negatywne skutki ustawy nie uderzą od razu.
Studenci mogą być spokojni, będą ciągle studiowali na tych samych uczelniach, skończą te same kierunki. Rewolucja uderzy bardziej w naukowców, którzy w tej chwili nie są pewni dnia ani godziny.

Optymistyczne jest chyba także to, że tacy ludzie jak ja, więc już o pewnym dorobku naukowym, patrzą na to wszystko z lekkim dystansem. Przecież ja nie będę koncentrował się na zdobywaniu punktów czy szukaniu wydawnictw w bazie Scopusa.

Mam swoje ścieżki, swoje czasopisma, swoje wydawnictwa. Będę nadal w nich publikował i - czy to się ministrowi podoba czy nie - to mnie niewiele niewiele obchodzi. I 90% profesorów podobnych do mnie myśli tak samo.
PR PiK - Rozmowa Dnia - Wojciech Polak

Maciej Puto

Maciej Puto. Fot. Tomasz Kaźmierski
Maciej Puto. Fot. Tomasz Kaźmierski
Rada Miasta Bydgoszczy, na ostatnim w tej kadencji posiedzeniu, uchwaliła miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, umożliwiający rozbudowę Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy. Radni przez aklamację przyjęli apel do samorządu województwa o zapewnienie środków na tę rozbudowę. Dlaczego rozbudowa taka jest konieczna? Jak filharmonia będzie wyglądać po modernizacji i jak zmieni się w Bydgoszczy "dzielnica muzyczna" zaprojektowana jeszcze przez Andrzeja Szwalbego? Na te pytania odpowiedział Maciej Puto, dyrektor Filharmonii.

Michał Jędryka: Cieszy się pan, że dojdzie do rozbudowy Filharmonii i że jest zgoda ponad podziałami przynajmniej w Bydgoszczy?

Maciej Puto: Bardzo się cieszę, bo zabiegam o to od chwili, kiedy zostałem dyrektorem Filharmonii Pomorskiej czyli od września 2015 roku. Rozbudowa jest bezwzględnie konieczna, ponieważ nasz budynek, bardzo okazały, niestety nie spełnia wymogów siedziby instytucji kultury w XXI wieku. Borykamy się z ciasnotą, różnego rodzaju niedostatkami.

Za chwilę zapytam o szczegóły, ale najpierw powróżmy sobie z fusów. Czy taka życzliwość i zgoda znajdzie się pana zdaniem również w sejmiku wojewódzkim kolejnej kadencji?

Tego nie wiem, bo nie znam jeszcze wyników wyborów. Pamiętajmy o tym, że Zarząd Województwa Kujawsko-Pomorskiego podjął już decyzję o powołaniu inwestycyjnej spółki celowej, która ma się zająć m.in. rozbudową Filharmonii i innych obiektów należących do samorządu województwa kujawsko-pomorskiego.

Jest więc nadzieja, że zostanie to doprowadzone do końca. Wróćmy do tego, dlaczego Filharmonia Pomorska wymaga rozbudowy bo, że wymaga remontu jest chyba bezdyskusyjne, gdyż obiekt ma ponad pół wieku.

Dokładnie 60 lat skończy 16 listopada tego roku. Obiekt jest przepiękny, melomani czują się tam doskonale, ale z pewnością odczuwają pewną ciasnotę i niedogodności. Brak klimatyzacji na odpowiednim poziomie. Ona rzeczywiście jest, ale funkcjonuje w sposób budzący wiele wątpliwości. Brak przestrzeni dla artystów. Backstage jest bardzo mały, wręcz niebezpieczny w chwili, kiedy na estradzie ma się pojawić aparat wykonawczy w sile np. 250 muzyków. Jest ogromna ciasnota. Nie ma odpowiedniej ilości toalet. Brak jest swobody w przygotowywaniu produkcji artystycznych. Proszę sobie wyobrazić, że nie mamy sal prób. Zwykle do południa w sali dużej odbywa się próba orkiestry symfonicznej, a piętro niżej w sali kameralnej odbywają się audycje muzyczne, programy edukacyjne dla dzieci i młodzieży. Muzycy występujący w sali koncertowej przeszkadzają w odbiorze audycji, z kolei audycje przeszkadzają w próbie orkiestry symfonicznej, ponieważ są przebicia pomiędzy tymi salami. To jest niedopuszczalne. Proszę sobie wyobrazić garderoby w nowoczesnej instytucji kultury, która nie posiada toalet. Są to bardzo przyziemne sprawy, ale głośno o nich mówię, ponieważ musimy dostosować się do czasów i zwyczajów, które teraz obowiązują.

Czyli w tej dobudowanej części przede wszystkim można się spodziewać sal prób tak?

Chcemy z głównego gmachu wyprowadzić wszystkie działania pozaartystyczne czyli całą administrację. Wiemy, że w tej chwili obsługa koncertów to zadanie bardzo pracochłonne dla wielu osób i w związku z tym chcemy wyprowadzić tę działalność z głównego gmachu. Chcemy wzbogacić Filharmonię o salę prób, wzbogacić o zaplecze gastronomiczne dla melomanów i artystów, którzy u nas występują. Chcemy aby rozbudowany gmach Filharmonii Pomorskiej spełniał te wszystkie funkcje, które obecnie są w takich obiektach jak Narodowa Orkiestra Polskiego Radia w Katowicach, siedziba Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu czy Filharmonia w Hamburgu.

Wczoraj podczas obrad Rady Miasta Stefan Pastuszewski zwracał uwagę, że gmach Filharmonii Pomorskiej, wbrew tendencjom tamtych czasów, ma piękną, symetryczną bryłę. Oczywiście można odczuwać pewien niepokój czy rozbudowanie tego piękna i symetrii jakoś tego nie zakłóci i nie zniszczy.

Troszeczkę dziwię się tym wszystkim niepokojom, ponieważ bardzo często wypowiadają je osoby, których nie spotykam w Filharmonii Pomorskiej, a bywam tam codziennie. Nie jestem architektem i nie mam w sobie tyle tupetu, aby wizualizować jakoś tę rozbudowę. Jest takie bardzo trafne powiedzenie "Jeżeli chcesz mieć dzieło sztuki, zatrudnij artystę". My chcemy powierzyć tę wizję materialną rozbudowy konkretnym pracowniom architektonicznym, bo w przyszłym roku będzie rozpisany konkurs architektoniczny.

W momencie rozpisania konkursu będą jakieś założenia, które ci artyści otrzymają?

Tak. Będzie program funkcjonalno-użytkowy, do którego dokumentacji już w tej chwili się przygotowujemy. Co on nam da? Będzie to bardzo wnikliwy opis konkretnych pomieszczeń i funkcji, które nowy gmach musi posiadać. Później architekci będą z tego układać całą bryłę. Będzie sąd konkursowy, będą również opinie mieszkańców Bydgoszczy, którzy będą się wypowiadali na ten temat. Nam zależy na tym, żeby gmach był nie tylko piękny, ale również funkcjonalny.

Swoje oblicze zmieni nie tylko gmach, ale także cała tzw. dzielnica muzyczna zaprojektowana przez Andrzeja Szwalbego. Ona się chyba po prostu powiększy, bo Akademia Muzyczna, tak jak wczoraj tłumaczyła to pani dyrektor pracowni urbanistycznej, będzie za ulicą Chodkiewicza i będzie łączyć te dwa obiekty: Filharmonię i Akademię ulica Paderewskiego.

Rzeczywiście szefowa Miejskiej Pracowni Urbanistycznej zwróciła uwagę na to, że ta oś od strony północnej zamknięta będzie nowym gmachem Akademii Muzycznej, a od strony południowej rozbudowaną Filharmonią Pomorską. Będzie to na pewno nowa jakość. Chciałbym jeszcze raz podkreślić, że z pewnością jako pracownicy Filharmonii Pomorskiej będziemy dbali o to, aby obecny gmach jeszcze bardziej wyeksponować, a na pewno nie zrobić mu żadnej krzywdy.

Obecny gmach posiada to, czym przede wszystkim się szczyci czyli salę koncertową o unikalnej i najlepszej w Polsce akustyce. Tak stwierdzono w apelu do sejmiku województwa. O tym się powszechnie mówi, ale skąd wiemy, że jest to najlepsza w Polsce akustyka? Istnieją jakieś kryteria porównywania tego?

Tak. To jest ucho wytrawnego melomana. Tutaj Rada Miasta troszeczkę zawęziła tą unikatową akustykę, bo my twierdzimy, że ona jest jedną z najlepszych w Europie. Rok temu rozpoczęliśmy bardzo intensywne, zakrojone na największą w Polsce skalę badania akustyczne sali koncertowej. Dotarliśmy do uczniów i wychowanków profesora Straszewicza, który ponad 60 lat temu zaprojektował akustykę sali koncertowej Filharmonii Pomorskiej. Ci państwo, którzy w tej chwili posiadają tytuły profesorskie, przez kilka miesięcy badali akustykę sali koncertowej wszelkimi możliwymi i dostępnymi urządzeniami. Potwierdziło się to, że ona jest naprawdę wyjątkowa. Mamy niejako taki cyfrowy model akustyki tej sali koncertowej. Jest on przygotowany po to, aby po remoncie sali koncertowej mieć punkt odniesienia. Żeby wiedzieć dokładnie jakie parametry były przed remontem i po remoncie te parametry muszą być identyczne. Parametry mamy opisane, te obliczalne i te subiektywne, ponieważ cała ekipa akustyków przeprowadzała ankiety wśród muzyków i melomanów. Badania były bardzo spektakularne, myślę, że wielu melomanów doskonale pamięta jak one się odbywały, gdyż miały one miejsce przed koncertami.

Kiedy pójdziemy na pierwszy koncert do nowej, wyremontowanej i rozbudowanej Filharmonii?

Tego nie potrafię powiedzieć, ponieważ nie dysponuję środkami publicznymi, które wystarczyłyby w tej chwili na rozbudowę i remont. Wiadomo jak wygląda mapa. Do końca tego roku przygotowujemy przetargi na opracowanie programu funkcjonalno- użytkowego. W przyszłym roku ten przetarg będzie rozstrzygnięty i rozpisany zostanie konkurs architektoniczno-urbanistyczny. W budżecie województwa kujawsko-pomorskiego zarezerwowane są środki na ten cel w wysokości 2 milionów złotych.

A gdzie będą odbywały się koncerty w czasie remontu?

To jest najmniejszy problem. Najważniejsze jest to, że remont rozpoczniemy po zakończeniu rozbudowy. W nowych pomieszczeniach rozbudowanej Filharmonii będziemy przygotowywali produkcję artystyczną. Będą tam przygotowywane koncerty. Odbywać się one będą w miejscach do tego godnych, ale na pewno nie w sali koncertowej, która będzie remontowana.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Maciej Puto

Maciej Glamowski

Maciej Glamowski/fot. Magdalena Gill
Maciej Glamowski/fot. Magdalena Gill
Sytuacja zadłużonego szpitala w Grudziądzu będzie najprawdopodobniej głównym tematem przedwyborczej kampanii w tym mieście. Jeden z kandydatów na prezydenta Grudziądza - Maciej Glamowski przedstawił w Rozmowie Dnia w Polskim Radiu PiK swój pomysł na uratowanie szpitala.

Marcin Kupczyk: Możemy o Panu przeczytać - „lider Obywatelskiego Grudziądza, uzyskał poparcie Koalicji Obywatelskiej w wyborach na prezydenta miasta, przez ostatnie dwa lata w opozycji do Roberta Malinowskiego i do Platformy, wskazywał, że potrzebne są sojusze”. Czyim jest pan kandydatem?
Maciej Glamowski: Jestem kandydatem sojuszu Obywatelski Grudziądz, który powstał z połączenia dwóch niezależnych podmiotów, czyli Obywatelskiego Grudziądza, którego jestem liderem tj. stowarzyszenie Ruch Miejski oraz SLD, z którym od dłuższego czasu współpracowaliśmy w Radzie Miejskiej. Niezależnie od tego uzyskałem poparcie Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej i PSL. Cieszę się, że mam tak szerokie poparcie, ponieważ aby sprawnie zarządzać miastem i rozwiązywać jego problemy, prezydent musi mieć wsparcie w Radzie Miasta oraz w sejmiku.

Powiedział Pan, że „musimy budować szerokie polityczne sojusze”. Zawierane przed wyborami, mogą później dłużej przetrwać?
-
To nie są taktyczne sojusze. Elektorat Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej jest mi bardzo bliski. To środowisko polityczne jest mi bliskie, ponieważ z niego wyszedłem. Poróżnił nas jedynie sposób na rozwiązanie problemu grudziądzkiego szpitala.

W listopadzie 2016 odszedł Pan z klubu radnych Platformy Obywatelskiej. Powodem była właśnie sprawa gigantycznego długu szpitala. „Od lat zwracałem uwagę na problemy szpitala. Mój głos i wiedza były ignorowane. Wskazywane przeze mnie zagrożenia lekceważono. Nie godzę się na wykorzystywanie mojej osoby jako automatu do głosowania, a takie rozwiązania zaczynają obowiązywać w klubie Platformy Obywatelskiej” - tłumaczył Pan wtedy. Obecnie ma pan poparcie PO. Jak to się dzieje?
- Tak, ale z niczego się nie wycofuję. Jestem menedżerem, doktorem ekonomii i uważam, że problemy finansowe Grudziądza wynikają z problemów szpitala. Miałem szerszy pogląd i uważam, że niestety miałem rację. Dziś sytuacja miasta byłaby zupełnie inna, gdyby Platforma Obywatelska czy koledzy z Rady poszli moją drogą.

Mówił Pan tak: „Sądzę, że w przyszłości ten problem rozwiążemy, bo ten szpital jest Grudziądzowi potrzebny. Kwestia jest tylko taka, żeby znaleźć instrumenty pozwalające mu stabilnie funkcjonować”.

- Ten szpital to doskonała placówka medyczna. Jest bardzo potrzebna zarówno miastu, jak i przede wszystkim regionowi. Grudziądzki szpital obsługuje swoim zasięgiem prawie pół miliona mieszkańców. Trzeba o ten szpital dbać i go rozwijać. Niestety finanse szpitala są złe (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Maciej Glamowski

Michał Krzemkowski

Michał Krzemkowski
Michał Krzemkowski
Dlaczego Szczecin, Lublin, Białystok, mogą bez problemu rozporządzać dodatkowymi funduszami, a Bydgoszcz zmuszona jest do wspólnych projektów z Toruniem,w celu pozyskania tych samych pieniędzy? Czy wspólny obszar funkcjonalny doprowadzi do rozwoju, czy do większego jeszcze skłócenia tych miast? O te i inne sprawy Michał Jędryka pytał gościa "Rozmowy dnia" - Michał Krzemkowski - radnego Sejmiku Województwa Kujawsko-Pomorskiego.

Michał Jędryka: Sejmik województwa zajmował się wczoraj planem zagospodarowania województwa kujawsko-pomorskiego. Ten plan nie został jednak uchwalony, bo został wycofany przez marszałka województwa. Zapraszaliśmy marszałka Piotra Całbeckiego dziś na "Rozmowę" Dnia. Niestety pan marszałek wieczorem musiał tę rozmowy odwołać, wydarzyło się coś ważnego. Mamy więc nadzieję, że w kolejnych dniach pan marszałek przyjdzie do studia. A dziś w naszym programie radny sejmiku Michał Krzemkowski z Prawa i Sprawiedliwości. Bydgoscy radni krytykowali ten plan zagospodarowania województwa. Dlaczego?

Michał Krzemkowski: Przede wszystkim dlatego, że są tam zapisy o tak zwanym miejskim obszarze funkcjonalnym ośrodków wojewódzkich, który powstał jako jednolity twór dla Bydgoszczy, Torunia i otaczających te miasta gmin.

Bylibyśmy zatem "skazani" na tworzenie jednego obszaru z Toruniem. Bydgoszcz z Toruniem - co w tym złego?

Byłaby to w pewnym sensie taka pozycja startowa do tworzenia wspólnej metropolii, która jest koncepcją niestety utopijną, bo jednak miasta oddziela od siebie bardzo rozległy obszar leśny i obszary zalewowe, więc jakiekolwiek ruchy urbanizacyjne obu miast w kierunku siebie są niemożliwe. Ta koncepcja jest tworzona pod pewne doraźne potrzeby, pod plany rządowe i plany Unii Europejskiej, które mają za zadanie pewnymi środkami finansowymi wspierać rozwój metropolii. Bydgoszcz mogłaby taką metropolię, w sensie oczywiście polityki terytorialnej Unii Europejskiej i Rzeczypospolitej Polskiej, tworzyć samodzielnie, ponieważ spełnia większość funkcji, które są wymagane od metropolii, natomiast Toruń już nie. W związku z tym połączenie tych dwóch miast w jednej metropolii byłoby dla Bydgoszczy niekorzystne. Trzeba by się dzielić tymi środkami. One by szły na rozwój obu miast, a nie na rozwój Bydgoszczy.

Takie próby stworzenia metropolii wokół Bydgoszczy były, natomiast Prawo i Sprawiedliwość w ogóle chyba ma inną trochę koncepcję rozwoju państwa niż metropolie...

Sprzeciwiamy się generalnie takiemu modelowi polaryzacyjno-dyfuzyjnemu, który lansowała Platforma Obywatelska - a mianowicie kumulujemy wszystkie czynniki wzrostu w głównych ośrodkach miejskich, nieco zapominając o prowincji, o mniejszych jednostkach miejskich. My się temu sprzeciwiamy. Jesteśmy za koncepcją zrównoważonego rozwoju, czyli kierowaniu środków na zagospodarowanie kraju w sposób bardziej równomiernym.

Czyli chodzi o kierowanie środków finansowych do tych mniejszych miast?


Tak, do miast takich jak na przykład: Tuchola, Brodnica, Mogilno, żeby nie zapominać o tych miastach i też zwiększać rolę w rozwoju regionu ośrodków subregionalnych jak: Grudziądz, Włocławek czy Inowrocław.

No dobrze, ale wracając do koncepcji bydgosko - toruńskiego obszaru funkcjonalnego można powiedzieć, że różne miasta, które znajdują się w pobliżu tych dwóch miałyby też jakieś korzyści z tego, że powstałby taki obszar.

Tak, tylko że zauważmy, że jednak związki obu miast są dużo silniejsze z zapleczem, które Bydgoszcz ma po zachodniej stronie, a Toruń po wschodniej, niż te związki, które są między ośrodkami głównym, czyli między Bydgoszczą a Toruniem, więc jeżeli skumulujemy środki na łączenie tych dwóch miast, to stracą na tym te zależności, która Bydgoszcz ma na przykład z Szubinem, z Nakłem, Koronowem, a Toruń z Łysomicami, Chełmżą czy Lubiczem.

Urząd Marszałkowski argumentuje w ten sposób, że gdyby nie było tego obszaru funkcjonalnego to w ogóle by nie było zintegrowanych inwestycji terytorialnych, a te zintegrowane inwestycje terytorialne jednak pozwalają pozyskać bardzo znaczne środki unijne.

Ale my jeszcze nie mamy tego miejskiego obszaru funkcjonalnego ośrodków wojewódzkich, bo on jest dopiero w tym projekcie planu zagospodarowania przestrzennego, który jeszcze nie został uchwalony, a jednak zintegrowane inwestycje terytorialne (ZIT) powstały. One powstały właśnie na bazie obu miast, ale koncepcja w Bydgoszczy była taka, żeby Bydgoszcz stanowiła odrębny obszar zintegrowanych inwestycji terytorialnych z obszarem swojego zaplecza gospodarczego. Tu doszło do pewnego kompromisu pomiędzy prezydentem Bydgoszczy, Torunia a marszałkiem województwa, jednak postanowiono o utworzeniu tych zintegrowanych inwestycji terytorialnych, w których znalazły się i Bydgoszcz i Toruń, ale koncepcje były różne i trzeba to podkreślać.

Czyli jest pan zadowolony, że ten plan zagospodarowania został wycofany.

Tak. To znaczy plan nie został wycofany, zostało wycofane jego głosowanie na wczorajszej sesji. Sejmik zdecydował o tym jednogłośnie. Uważam, że jest to jakaś szansa na to, że jeżeli się ukonstytuuje nowy samorząd województwa i nowy zarząd województwa to będzie można ten plan zmienić, urealnić go.

A jak to będzie wyglądało proceduralnie? Czy plan będzie musiał być od początku przygotowywany, czy będzie wykorzystane to, co już było?

Jeżeli będzie zmieniony w tej warstwie dotyczącej miejskich obszarów funkcjonalnych czy w ogóle obszaru funkcjonalnego, bo takich obszarów funkcjonalnych wyznaczono na terenie województwa kilka, to będzie musiało dojść do ponownej procedury. Po pierwsze zmiany planu konsultacji społecznych i następnie uznania argumentów społecznych częściowo albo całkowicie i wreszcie po tym etapie głosowanie przez sejmik, więc ta procedura pewnie by się przedłużyła o jakieś pół roku do roku. Ale jeżeli miałoby być to z korzyścią dla rozwoju województwa, to jak najbardziej uważam, że byłoby to słuszne.

Rozwój województwa a rozwój Bydgoszczy czy rozwój miast są sprzeczne czy są wzajemnie powiązane?

Nie są sprzeczne ze sobą, bo każde województwo, każdy region potrzebuje silnych ośrodków centralnych, więc trzeba rozwijać zarówno te ośrodki centralne, jak i rozwijać otaczający je obszar regionu i to nie idzie w parze. Chodzi tylko o to, żeby w sposób sensowny i jak najbardziej optymalny delegować środki publiczne, które mamy na politykę rozwoju regionalnego. Nie może być tak, że miasta się rozwijają, a obszar prowincji się nie rozwija i w związku z tym dochodzi do pewnych dysproporcji. Trzeba to mądrze robić.

A czy istnieje taka szansa, jeżeli dojdzie do przygotowania nowego programu zagospodarowania województwa, żeby powstał jednak tylko obszar bydgoski?


Istnieje taka szansa, że powstałyby dwa miejskie obszary funkcjonalne, dwóch silnych ośrodków centralnych, a więc oddzielne dla Bydgoszczy i dla Torunia, a sprawą wtórną jest czy byłyby później na bazie tych miejskich ośrodków funkcjonalnych tworzone obszary metropolitalne. Bydgoszcz ma zdecydowanie większą szansę, żeby taki obszar metropolitalny tworzyć, ale te założenia krajowe i europejskie też mogą się pod względem zmienić.

Do tego zmierzam, bo w momencie kiedy powstałby bydgoski obszar metropolitalny Toruń byłby zagrożony, bo jako mniejszy ośrodek prawdopodobnie miałby mniejsze szanse na pozyskiwanie środków?

Gdyby ta polityka metropolizacji Polski i Europy dalej podążała no to rzeczywiście Bydgoszcz ma większe szanse uzyskać pewne środki na rozwój obszaru metropolitalnego. To na pewno. Natomiast ta koncepcja może się też zmienić, może dojść do tego, że się od tej koncepcji w ogóle odejdzie i bardziej się będzie mówiło o rozwijaniu ośrodków wzrostu niż polityce metropolitalnej.

Pana zdaniem w nadchodzącej kadencji sejmiku, po wyborach, zmieni się sposób myślenia co do zagospodarowania województwa, co do zarządzania nim? Czy będzie kontynuowane to, co jest w tej chwili?

Trudno mi powiedzieć. Jeżeli byłaby taka sytuacja, że dalej utrzyma się koalicja Platforma Obywatelska - PSL, to na pewno ten plan zagospodarowania przestrzennego zostanie w tej formie uchwalony. Co do tego nie mam złudzeń, natomiast jeżeli zmieni się układ polityczny, to rzeczywiście jest szansa na to, żeby tę koncepcję zmienić.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Michał Krzemkowski

Rafał Bruski

Rafał Bruski
Rafał Bruski
Gościem Rozmowy Dnia był prezydent Bydgoszczy, Rafał Bruski. Starającego się o reelekcję prezydenta zapytaliśmy między innymi o jego wizję miasta za 5 lat, o bieżące inwestycje, sukcesy i porażki mijającej kadencji.

Marcin Kupczyk: Pozwoli pan, że zacznę dosyć przewrotnie. Jeśli bierze pan pod uwagę swoją porażkę w najbliższych wyborach, jaki ma pan plan na to, co będzie pan robił po 4 listopada?

Rafał Bruski: Nie zastanawiałem się nad tym. Jestem osobą, która sporo wiedzy i doświadczenia w swoim życiu zdobyła poprzez studia, więc dam sobie radę w życiu, aczkolwiek nie przewiduję tego scenariusza, ale wszystko zależy oczywiście od mieszkańców Bydgoszczy, którzy wystawią mi cenzurkę. Chciałbym żeby ją wystawili za to jak skutecznie działam, a nie dali się zwieść pustym obietnicom, które bardzo licznie w tym okresie się pojawiają.

Czyli póki co "planu b" na to, co po 4 listopada jeszcze sobie pan nie kreśli?

Nie.

Jaką Bydgoszcz widzi pan za 5 lat, po zakończeniu zbliżającej się kadencji? 5 lat mija szybko, co będzie w tym mieście? Co się będzie działo i co będziemy mogli zobaczyć?

Musiałbym o tym bardzo długo mówić. Skala inwestycji, które już są realizowane, które są przesądzone jest olbrzymia. W czasie sobotniej konwencji zaproponowałem wszystkim spacer po mieście zaczynając od ronda Kujawskiego, na którym po nowych liniach jeżdżą już nowe tramwaje, przejście przez plac Kościeleckich, który także będzie zrewitalizowany, nową halę targową – naszą starą perełeczkę, która będzie tętniła życiem. Obok Teatr Kameralny, muzeum ze zbiorami Leonarda Pietraszaka, czwarty krąg Opery Nova. W bardzo szybkim tempie idą prace przy płycie Starego Rynku. Sa tez dobre wiadomości jeśli chodzi o działkę przy ul. Focha. Bardzo brzydki teren należący do prywatnego inwestora, który dwa tygodnie temu przedstawił koncepcję zabudowy pięknym osiedlem z deptakami. Na Wyspie Młyńskiej działające Młyny Rothera. Tak naprawdę długo można by opowiadać. To wszystko się dzieje.

To wszystko w 2023?

Tak jest, ale nie tylko to. Tak jak wspomniałem, tych planów oraz celów, które sobie postawiłem, i które są zbudżetowane oraz możliwe do realizacji jest znacznie więcej.

Piękny spacer. W takim razie jakich miejsc gościowi spoza Bydgoszczy nie chciałby pan pokazać? Ja np. nie chciałbym nikogo zaprowadzić na Babią Wieś. Popękane ściany domów, zamknięty fragment ulicy, nieczynny tor tramwajowy i codzienne straty z tym związane. Ogromna inwestycja – apartamentowiec nad samym brzegiem rzeki, gdzie teraz tylko cały czas pompy wyciągają wodę, nic się tam nie dzieje. Ludzie boją się o swój dom.

Inwestor prywatny rozpoczął tam budowę, pojawiły się problemy. Na podstawie legalnie wydanej decyzji o pozwoleniu na budowę, zweryfikowanej także przez wojewodę Kujawsko – Pomorskiego pana Mikołaja Bogdanowicza, działa prokuratura, która stara się ustalić kto jest winien. Czy jest to coś co dało się przewidzieć i zabezpieczyć, czy nie. Oczywiście zależy nam na tym, zawiadomiłem prokuraturę, jesteśmy w kontakcie z Powiatowym Inspektorem Nadzoru Budowlanego podlegającym panu wojewodzie aby jak najszybciej z tym zjawiskiem i z tymi problemami skończyć.

Szef festiwalu Cameraimage rzucił kilka dni temu publiczne wyzwanie do wszystkich kandydatów na prezydenta Bydgoszczy, żeby opowiedzieli się czy chcą festiwalu dalej w tym mieście i czy są gotowi do łożenia w związku z tym pewnych kwot na imprezę. Pan już odpowiedział, że decyzja nie leży w jednych rękach, ale całej Rady Miasta. Marek Żydowicz mówił tak: „Wszystko zależy od prezydenta Bruskiego. Od początku Cameraimage, czyli od 2010 roku sygnalizowałem mu konieczność poprawy infrastruktury na potrzeby tego festiwalu. 8 lat daremnych prób. Bruski nie zrobił nic. Trudno mi się dziwić, że chwytam się nadziei tam, gdzie mi ją oferują, gdzie oferują mi lepsze warunki”. Co pan na to?

Połowa prawdy i połowa nieprawdy jak to zawsze u pana Marka Żydowicza, bo doskonale wie, że Opera Nova jest obiektem podlegającym pod samorząd województwa i tylko jeżeli samorząd województwa zechce podjąć działania na rzecz poprawy infrastruktury to może się wówczas wydarzyć. I tak namówiłem pana marszałka, pana wicemarszałka Ostrowskiego do tego abyśmy rozbudowali tę infrastrukturę o czwarty krąg. Przetarg będzie ogłoszony bodajże jeszcze w październiku. Za 3 lata ten piękny obiekt uzyska dodatkowe funkcje i tak naprawdę, każdy kto będzie chciał organizować wydarzenia kulturalne czy kongresowe, będzie miał doskonałe warunki. Oczywiście to, gdzie odbywa się festiwal Cameraimage jest wyłączną decyzją pana Marka Żydowicza, który ma wszelkie prawa do tego, aby zorganizować go w każdym mieście w Polsce i za granicą, o ile te miasta będą chciały wesprzeć go w tym działaniu.

Istnieją podobno wewnętrzne sondaże. Czy pan je zna? Czy pańscy ludzie robią na własne potrzeby sondaże przedwyborcze?

Nie znam żadnego sondażu.

Według niektórych przegrywa pan te wybory.

Nie znam, więc nie chciałbym tego komentować.

W takim razie pomówmy o oficjalnym sondażu. Oficjalny sondaż odbył się w maju. Był to sondaż zewnętrzny, przygotowany dla wielu miast. Tam pan wygrywał. Pański konkurent miał ponad 10% mniej szacowanych głosów niż pan. Następne badanie było przeprowadzone w czerwcu przez bydgoską prawicową młodzieżówkę. Tutaj pan przegrywa wybory.

Co ta młodzieżówka zbadała sondażem? Bo obraża pan w tym momencie statystyków.

A to ciekawe bo bydgoscy politolodzy zauważyli, że była to ciekawa próba i dobre badanie.

Nie wiem na jakiej podstawie, bo tak naprawdę badaniami zajmują się fachowe firmy, które mają metodologię, które zbierają znacznie więcej głosów, później odrzucają te, które nie pasują do modelu statystycznego, więc nie chciałbym komentować czegoś, co jest dla mnie zupełnie niewiarygodne.

Jeśli chodzi o liczbę głosów to ta próba wynosiła 950. To jest bardzo duża próba, nawet ogólnopolskie sondaże dotyczące np. wyborów parlamentarnych robi się na próbie 1000 osób. Na to właśnie zwrócili uwagę politolodzy w naszym radiu, że ta próba jest ciekawa i tego badania nie warto wrzucać do kosza.

Nie chodzi o liczbę, tylko o jakość badania i jeżeli to badanie wykonuje młodzieżówka jednej z partii to trudno żeby wynik był niekorzystny dla tej młodzieżówki i jej kandydata.

Ankieterzy zawsze są młodzi panie prezydencie.

Tak, ale są neutralni, a nie zdecydowanie upolitycznieni.

Myśli pan, że to badanie tak właśnie było zrobione?

Nie wiem. O wszystkim przekonamy się 21 października. Zachęcam wszystkich do udziału w wyborach, bo jest to bardzo ważne. Zachęcam także do tego aby przyjrzeć się kandydatom co potrafią, jakie mają kompetencje, co do tej pory w życiu robili, co zrobili, jakie decyzje podejmują i co wcześniej, jeżeli brali udział w wyborach, obiecywali, bo tak naprawdę to jest okres, w którym tych obietnic pada mnóstwo. Niestety nie zawsze są później realizowane.

Lato stało w Bydgoszczy pod znakiem wędrujących pomników lub dyskusji o wędrujących pomnikach. Jeden rzeczywiście przewędrował 12 metrów w kierunku apteki i katedry. Co nam to dało, że przeprowadzono pomnik Walk i Męczeństwa na Starym Rynku o tych kilkanaście metrów?

Te prace zostały wykonane zgodnie z projektem. Płyta jest w tej chwili bardziej funkcjonalna i przede wszystkim wydarzenia muzyczne na Starym Rynku nie odbywają się na schodach pomnika upamiętniającego ofiary II Wojny Światowej, bo to naprawdę powodowało, że każdy, kto organizował koncert lub brał w nim udział czuł pewien dyskomfort albo przynajmniej powinien go czuć z racji tego, że kilka metrów za jego plecami stał ten pomnik. Dzisiaj został przesunięty nieco z boku i tego problemu już nie będzie.

12 metrów i problem znika?

Nie wiem czy jest pan bydgoszczaninem, ale jakby pan przyszedł na Rynek to zobaczyłby pan, że ten pomnik zniknął. W miejscu, gdzie był ten pomnik upamiętnimy specjalną płytą miejsce rozstrzeliwań bydgoszczan na początku września 1939 roku. Uważam, że jest to oczekiwany kompromis, a przypomnę, że wiele osób do mnie przychodziło i prosiło o całkowite zlikwidowanie tego pomnika, więc te 12 metrów to jest kompromis.

Czy zostanie odbudowana zachodnia pierzeja, bo i takie są rozmowy?


Takie są rozmowy. W sobotę powiedziałem, że jestem za tym żeby odbudować pierzeję, ale nie w sytuacji konfliktu, bo wiemy, że zdecydowanie sprzeciwia się temu strona kościelna, a 40% pierzei to był kościół. Ksiądz biskup ani się nie godzi na odbudowę kościoła, ani na odbudowę atrapy kościoła, więc tutaj zwróciłem się po to do Towarzystwa Miłośników Miasta Bydgoszczy, aby jako ciało apolitycze, kochające Bydgoszcz, znające doskonale historie naszego miasta próbowało być moderatorem dyskusji na ten temat z poszanowaniem zdań wszystkich stron.

Mieszkańcy kilku ulic: Harcerskiej, Maratońskiej, Weteranów, Inwalidów piszą do pana i kontrkandydatów pisma, które dotyczą hałasów generowanych przez nową linię tramwajową nad stacją Bydgoszcz – Wschód.

Miejsc gdzie jest hałas jest wiele. Jesteśmy miastem, tramwaje jeżdżą jeszcze węższymi ulicami czyli np. ulicą Chodkiewicza czy Gdańską. Tam też jest hałas. To jest coś co jest wpisane w tkankę miejską. Zostały wykonane badania w okolicach tejże estakady. Poziom hałasu nie przekracza dopuszczalnych prawem norm.

Oni mają na to odpowiedź. Są miasta takie jak Kraków, Poznań, Warszawa, Wrocław i Toruń, tam również są miejsca gdzie jest hałas, pomiary nie wykazały żadnych przekroczeń, natomiast włodarze tych miast poszli na rękę mieszkańcom i zastosowali ekrany dźwiękowe.

Oczywiście pracujemy nad takim rozwiązaniem aby postawić wzdłuż estakady ekrany, ponieważ na estakadzie jest to niewykonalne. Te ekrany na pewno tam powstaną.

Co dalej z Parkiem Witosa?


Prace się toczą. Po to aby podejmować mądre decyzje, poprosiłem kilku ekspertów, profesorów, archeologów, konserwatorów zabytków, aby zaproponowali, które prace należy kontynuować, a które zaprzestać, także dziękuję serdecznie zespołowi eksperckiemu (…). Myślę, że będzie zorganizowany konkurs na część wewnętrzną Parku Witosa, tam gdzie stała kiedyś muszla koncertowa. Jest to także teren byłego cmentarza, więc docelowo ten teren będzie stosownie upamiętniał te wydarzenia i tych ludzi, którzy zostali tam pochowani.

Kandydat na prezydenta Torunia z Platformy Obywatelskiej proponuje, aby w końcu zaczął często jeździć szynobus na linii Bydgoszcz – Toruń, tak, żeby nasze miasta jeszcze bardziej ze sobą powiązać. Co pan na to?

Jestem jak najbardziej za. Tak naprawdę nasze dwa miasta czyli Bydgoszcz i Toruń, nasze mówię w sensie województwa, to miasta na tyle duże, że każdy z prezydentów musi zabezpieczyć wszystkie potrzeby i oczekiwania mieszkańców ze względu na logistykę, podróże do pracy, spędzanie wolnego czasu. Im częściej będzie się poruszał jakikolwiek pojazd tym lepiej. Powinniśmy budować jak najlepszą sferę komunikacji, nie tylko z Toruniem, ale także z Inowrocławiem, Tucholą, Nakłem, mamy linię kolejową, o której marzymy, aby została przywrócona przez Kcynię do Wielkopolski, więc to wszystko jak najbardziej słuszne oczekiwania.

Henryka Bochniarz swego czasu miała hasło „Wybieram konkrety”. Pańskie jest łudząco podobne. Czy to przypadek?

Wybierając hasło, nie zaglądałem kto i kiedy miał jakie przewodnie myśli. Jestem osobą, która stawia cele i te cele realizuje. Uczciwie się rozliczyłem z tego jakie cele stawiałem sobie w 2010, 2014 roku. Patrząc wszystkim w oczy mogę powiedzieć, że te cele zostały osiągnięte albo są bliskie realizacji. Chciałem uczulić mieszkańców tym hasłem na to, aby słuchali, szukali konkretów, szukali sprawdzonych informacji, a nie tych, które krążą w tym czasie tylko po to aby omamić wyborców.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Rafał Bruski

Ewelina Tutak i Marcin Kowalkowski

Ewelina Tutak i Marcin Kowalkowski. Fot. E.Rupniewska
Ewelina Tutak i Marcin Kowalkowski. Fot. E.Rupniewska
Pracownicy Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Bydgoszczy czują się pokrzywdzeni z powodu zastosowania wobec nich wskaźnika płac niższego, niż obowiązujący w całym kraju. Nie rozumieją tego i próbują dobić się do różnych instytucji w tej sprawie. Pojawiają się już zapowiedzi zorganizowania akcji protestacyjnych. Na ten temat Marcin Kupczyk rozmawia z Eweliną Tutak i Marcinem Kowalkowskim.

M. Kowalkowski: Pokrótce tylko powiem czym się zajmujemy - sprawujemy nadzór nad higieną środowiska, higieną pracy, warunkami pracy i higieną komunalną. Wszystkie usługi dla ludności, badania wody, badania żywności, higiena w szkołach i placówkach oświatowych, sprawujemy nadzór nad żywnością i żywieniem, staramy się zapobiegać i zwalczać choroby zakaźne, choroby zawodowe.

Marcin Kupczyk: To wystarczy, żeby zorientować się jak ważna jest państwa praca. Wyjaśnijmy zatem na czym polega Państwa problem i czego się domagacie?

Ewelina Tutak: Czujemy się potraktowani niesprawiedliwie dlatego, że zastosowano wobec nas niższy wskaźnik płacy, to jest 0,73 zamiast 1,05 - tak jest w pozostałych 14 województwach w Polsce - dla pracowników na stanowiskach asystenta i starszego asystenta, posiadających studia podyplomowe a nie posiadających specjalizacji.Czujemy się pokrzywdzeni. W takiej sytuacji jest nasze województwo i Podlaskie. Nie rozumiemy, dlaczego tak się dzieje, bo wykonujemy te same obowiązki jak reszta Polski.

Marcin Kowalkowski: Do tej pory usłyszeliśmy, że sytuacja taka ma miejsce, ponieważ pracownicy, którzy nie mają specjalizacji nie mogą być traktowani tak samo jak pracownicy, którzy te specjalizacje mają zrobione.Tylko, że przez wiele lat, naście lat, nie było szans na zrobienie specjalizacji. Pewnie byśmy je zrobili, bo za własne pieniądze robiliśmy studia podyplomowe - jedne, drugie, różne konferencje, szkolenia. I teraz czujemy się pokrzywdzeni dlatego, że w pozostałych województwach uznano, że te studia podyplomowe należy traktować tak samo jak specjalizacje, więc tam pracownicy dostali wyższy współczynnik płacy, dostali wyższe zarobki, natomiast nas potraktowano jako być może gorzej pracujących i uznano, że nam się te wyższe współczynniki nie należą. Dodam, że te podwyżki są przewidziane do 2021 roku, więc one są rozłożone na raty.

E.T.: Czyli w 2021 roku będzie różnicaw wysokości wynagrodzenia. Osoby, które będą miały ten przelicznik 1,05 dostaną 4095 zł brutto, natomiast dla nas - jeżeli nie wywalczymy tego wyższego współczynnika - to będzie 2841 złotych brutto, choć zakres obowiązków jest taki sam w całym kraju.

MK. Czyli obok siebie mogą siedzieć dwie osoby - jedna ze specjalizacją, a druga ze studiami podyplomowymi. Jedna z nich może za dwa lata zarabiać 4 tysiące złotych, a ta druga, obok siedząca, niecałe 3 tysiące.

M. Kowalkowski: Rozmawialiśmy z naszymi pracodawcami, rozmawialiśmy z Wojewódzkim Inspektorem, z panem wojewodą, wysłaliśmy pismo do Ministra Zdrowia. Wszędzie słyszeliśmy taką samą odpowiedź, że wszystko się dzieje zgodnie z prawem, bo tak przewidziała ustawa. Ale na przykład z pisma z Ministerstwa Zdrowia wynika, że owszem należy potraktować tę pracę którą wykonujemy taką samą o tej samej wartości jak osoby ze specjalizacją na równi. Tak też przewiduje też Kodeks Pracy, że praca która ma tą samą wartość, te same zadania powinny być jednakowe traktowanie.

M.Kupczyk: Gdzie zatem tkwi błąd? W samej ustawie?

M. Kowalkowski: - Na pewno tak. Na pewno ustawodawca nie wziął pod uwagę pracowników inspekcji. To jest ustawa dla służby zdrowia, natomiast na Inspekcja Sanitarna jest jakby wyjątkową instytucją. W tej ustawie brakuje słowa "lub". Tam jest napisane tylko, że "osoby, które mają specjalizację". Wydaje nam się, że wystarczyłoby dopisać "lub studia podyplomowe".

M.K. Wtedy traktowani bylibyście na równi z innymi pracownikami służby zdrowia. Postulaty znamy. Co będzie dalej? Co się może stać, jeśli one nie zostaną spełnione?

M.Kowalkowski: Na razie przewidujemy akcje protestacyjne, pikiety. Chcemy się spotkać pod Urzędem Wojewódzkim i tam przeprowadzić pikiety. Co będzie dalej, to też zależy od tego, jaka będzie odpowiedź pana wojewoda, który musi wydać zarządzenie o naszych zarobkach, bo to teraz on zdecyduje, jakie współczynniki będą określone w tym roku. Z tego, co zdążyliśmy się dowiedzieć, to zarządzenie już zostało wydane, jest jakieś świeże pismo od wojewody, bardzo ogólnikowe i znów nie przesądza o niczym, zostawia furtkę dyrektorowi.

M.K. Czy dają państwo jeszcze decydentom jakiś czas na decyzję?

M.Kowalkowski: Ta akcja protestacyjna, pikieta dopiero w październiku. Nie chcemy podejmować pochopnych decyzji, jednak są różne możliwości dochodzenia swoich praw zgodnie z Kodeksem Pracy.
PR PiK - Rozmowa dnia - Ewelina Tutak i Marcin Kowalkowski
1234567