Środa, 19 grudnia 2018 r.   Imieniny: Gabrieli, Dariusza, Eleonory
Polskie Radio PiK » Rozmowa Dnia

Rozmowa dnia

Robert Biedroń

Robert Biedroń. Fot. robertbiedron.pl
Robert Biedroń. Fot. robertbiedron.pl
- Nie interesują mnie stołki, dlatego nie przystąpię do Koalicji Obywatelskiej - zadeklarował Robert Biedroń w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia PiK. Polityk, który zakłada nowe ugrupowanie powiedział też dlaczego nie wierzy w "rycerza na białym koniu" - jak określa się ewentualny powrót Donalda Tuska do polskiej polityki. Gość Marcina Kupczyka wyjawił też cele, które chce osiągnąć zakładając własne ugrupowanie polityczne.

Marcin Kupczyk: Były prezydent Słupska, kiedyś działacz SLD, poseł Ruchu Palikota, obecnie pisarz pisarz...
Robert Biedroń: - Tak, napisałem książkę pt. "Nowy rozdział". Polecam Panstwu.

Objeżdżający Polskę z książką "Nowy rozdział" ale również z nowym pomysłem. Zrezygnował pan z ubiegania się o reelekcję na stanowisko prezydenta Słupska i postanowił poświęcić się budowie nowego lewicowego ugrupowania. Program partii ma być gotowy na przełomie 2018 i 2019 roku, teraz jeździ pan po kraju promując swoją inicjatywę, zachęcając uczestników do dzielenia się swoimi pomysłami na Polskę. Chce Pan słuchać Polaków?
- Inaczej się nie da. Wiem to jako były prezydent Słupska, że gdybym nie słuchał mieszkańców miasta, nie zrobił tych wszystkich rad konsultacyjnych, to nie czułbym tego bijącego serca miasta. Trzeba być w ciągłym kontakcie, bo politycy nie kończą Uniwersytetu Polityków, nie ma czegoś takiego. Politycy uczą się od ludzi. Dlatego jeżdżę po Polsce i piszę ten nowy rozdział, spotykam się z mieszkańcami, miałem także spotkanie z mieszkańcami Bydgoszczy. Ja mógłbym napisać program, to nie jest coś super trudnego. Tylko uważam, że lepszy program napiszę razem z ludźmi. Piszemy po kilka postulatów, to są takie postulaty, które nie dotyczą pomników czy marszu. Ludzie opowiadają co ich boli i razem szukamy rozwiązań.

Mówi pan tak - "Nie ma już czasu, trzeba zacząć pisać nowy rozdział. Zróbmy to razem. Jestem gotowy". Do czego Pan jest gotowy?!
- Do tego, żeby zmienić polską politykę. Pokazać, że da się inaczej, że dzisiaj powinniśmy zrobić krok do przodu i zakończyć tę wojnę, doprowadzić do tego, że te dwie wielkie partie, które wzięły nas w taki śmiertelny uścisk, żeby z tego wyjść w jakiś sposób i zacząć myśleć o przyszłości Polski o tym jak nam się powinno żyć, jakiej służby zdrowia chcemy, jakiej edukacji, jak doszusować do tego peletonu państw europejskich.

"Zaczynamy budowę nowego ogólnopolskiego ruchu" - możemy przeczytać, że projekt polityczny Roberta Biedronia stawia za cel zwrócenie nadziei na to, że polityka może łączyć a nie dzielić. Co znaleźć wspólnego dla takich ugrupowań, dla takich bytów jak .Nowoczesna i PiS albo dla PiS i dla PO, albo coś wspólnego dla Partii Razem i Kukiz’15?!
- Po pierwsze to nie używać języka, który dzieli. Jestem zmęczony już tymi podziałami – lepszy i gorszy sort czy "współczesnymi bolszewikami". Z jednej i z drugiej strony pada bardzo dużo obraźliwych słów, które nie mają na celu uporządkować nam jakoś rzeczy, które nie działają. Chciałbym w końcu usiąść do stołu i rozmawiać o praktycznych, konkretnych rzeczach, co naprawdę ludzi uwiera i co ich boli. To jest trudne, ale w to wierzę.

Złagodzenie języka - ale czy to wszystko? To trochę mało.
- To skok do przodu. Dzisiaj opozycja demokratyczna ma szklany sufit nad sobą, ponieważ Prawo i Sprawiedliwość w umiejętny sposób podsyca pewna antagonizmy, ale też prowadzi taką politykę, w której w populistyczny sposób, znów nierozsądnie często gospodaruje środkami publicznymi. Żeby być wiarygodnym i autentycznym, nie można wyjść tylko "antyPiSsem". Trzeba pokazać alternatywę. Nie tylko, że usuniemy Jarosława Kaczyńskiego i jego partię od władzy, ale co będzie dalej.

Powiedział Pan o budowaniu "anty PiSu" - "Kiedy mieliśmy gorący czas wyborów samorządowych Grzegorz Schetyna ogłosił, że właśnie udało się. Zbudowaliśmy *antyPiS*".
- No ale sam "antyPiS" dla "antyPiSu" nic nie znaczy. To jest wydmuszka. A gdzie jest zawartość tego?! Chciałbym, żeby tam były jakieś konkrety. Żeby ludzie mieli wybór. Dzisiaj Kaczyński na stole daję im konkretne rzeczy. Ja się z nimi nie zgadzam najczęściej, chociaż "500+" uważam, że jest to program godnościowy, który zmienił oblicze mojego miasta, który pomógł wielu ludziom.

O 40% w Słupsku zmalała bieda - dzięki programowi "500+"
- I to są realne efekty i za to trzeba chwalić obecnie rządzących. Ale za wiele innych rzeczy dotyczących praworządności, przywłaszczenia mediów publicznych… trzeba mieć odwagę, żeby to zmienić. Przecież nie można być tylko "antyPiSem"np. jeśli chodzi o media publiczne - mówię to w publicznym radiu - trzeba politykom zabrać te zabawki po prostu raz na zawsze. Ja wiem, że wszyscy politycy przychodzą do tego studia od lat i wam to obiecują, ale trzeba to w końcu odważnie zrobić. Po prostu zabrać te zabawki, żeby media publiczne nie padały łupem jakiejś partii politycznej.

Pamięta pan słowa Donalda Tuska - "Nie płaćcie na media publiczne!"
- Fatalne! Bo bez mediów publicznych nie będziemy mieli pewnych standardów dziennikarskich.

Pozwoli Pan, że zacytuję teraz - "każde nowe ugrupowanie po stronie opozycji wywołuje uśmiech na twarzy Jarosława Kaczyńskiego. Prawo i Sprawiedliwość może otwierać szampana" - powiedziała rzeczniczka .Nowoczesnej. Paulina Hennig-Kloska uważa, że obecnie jest czas łączenia a nie dzielenia opozycji czego pierwszym krokiem miała być Koalicja Obywatelska. Nie przystąpił Pan do niej?
- Nie, nie przystąpiłem i nie przystąpię z tego względu, że... Dlaczego ja ze swoim autentyzmem, wiarygodnością, z projektem, który dzisiaj budzi tak duże zainteresowanie miałbym przystępować do czegoś, co także ideowo nie jest mi bliskie? Ja jestem prodemokratyczny. Nie zgadzam się z wieloma rzeczami, które robi Jarosław Kaczyński, ale nie mam żadnego powodu, żeby tylko dla stołka przystąpić do tej koalicji, łączenia się dla stołków, żeby pokazać, że my tutaj razem? Dla mnie nie jest ważne czy ja zrobię to z Grzegorzem, z Barbarą czy z Adrianem czy z Włodkiem. Dla mnie jest ważne, co mam zrobić tzn. jeśli się przyłączę do .Nowoczesnej czy to oznacza, że w kwestiach światopoglądowych czy w kwestiach społecznych Platforma Obywatelska nagle stanie się progresywna i lewicowa? Wątpię! Tak się nie stanie! I nie wierzę, że przystępując do Koalicji Obywatelskiej mój jeden mandat w sejmie cokolwiek zmieni na przyszłość. Ja potrzebuję wielu mandatów, żeby Grzegorz Schetyna - który powinien szczególnie trzymać kciuki za mnie, żeby mi się to udało - że mógł później powiedzieć "udało się i przez Biedronia muszę wprowadzić te wszystkie rzeczy dotyczące światopoglądu, sprawiedliwości społecznej i takiej polityki, która wyrównuje szanse".

Grzegorz-Andrzej-Adrian… To teraz Adrian - Adrian Zandberg z Partii Razem proponuje, by stworzyć koalicję w wyborach do Parlamentu Europejskiego. "Mam dla Roberta konkretną propozycję: Pozmawiajmy o Europie, o tym co nas łączy. Jeśli mamy wspólne pomysły, porozmawiajmy o tym, czy jest możliwy partnerski, koalicyjny start w wyborach europejskich". Przyjął Pan to zaproszenie od Zandberga?
- Ja się zaczynam powoli czuć teraz jak taka "panna na wydaniu", która dostaje różne ofert

Wszyscy Pana chcą, to prawda!
- Bardzo mi zależy na tym, żeby nie stracić tej wiarygodności, bo ja naprawdę nie boję się o swoje miejsce na przyszłość, w sensie pracy itd. Ja nie robię tego dlatego, żeby dostać stołek, żeby się z kimś połączyć tylko dlatego, żeby być "szalupą ratunkową" czy czymkolwiek. Ja to robię dla realnej zmiany, dla pewnych wartości, które chcę, żeby były w polityce. Oczywiście Adrian Zandberg, Partia Razem to jest coś co mnie bardzo interesuje podobnie jak Koalicja Obywatelska. Uważam, że i taka lewica bardzo postępowa i konserwatywna, centrowa platforma są potrzebne w polskiej polityce. Tylko ja jestem inny, ja mam inne wartości i co tutaj łączyć?! Co oni chcą ze mną robić?!

To jeszcze jeden, Andrzej Rozenek - "politycy lewicy oczekują od Roberta Biedronia deklaracji czy będzie startował do europarlamentu ze wspólnej listy lewicy, czy nie!"

- Kibicuje i niech tworzą wspólną listę. Jak to się uda, rozmawiajmy. Trzymam kciuki. Jak na razie to nienawiść między SLD a Partią Razem nie przekłada się na współpracę, ale ja dzisiaj się koncentruję na swoim projekcie, który jest całkiem inny, wymyka się z tych tradycyjnych partii politycznych, które się zweryfikowały i dostały bardzo niskie zaufanie społeczne. Wciąganie mnie w to jest kontrproduktywne.

To jeszcze jedno nazwisko na koniec - Donald Tusk określany jako jedyny ten, który może pokonać PiS i zmienić coś. Wraca i... albo staje na czele czegoś nowego lub zostaje prezydentem, a premierem np. Grzegorz Schetyna albo Władysław Kosiniak-Kamysz... Co Pan na to i czy to jest Pana bajka?
- To jest "political fiction". Nie wiemy, co zrobi Donald Tusk, jakie ma plany i myślę, że liczenie na to, że zjawi się "rycerz na białym koniu" jest kompletnie naiwne i pokazuje też miałkość polskiej polityki. A gdzie jest przestrzeń na to? Wraca, przyjeżdża do nas "rycerz na białym koniu" i co związku z tym? Budzimy się następnego dnia i czy to oznacza, że będziemy żyli w lepszym kraju? Mnie interesuje to, co się będzie działo z moim krajem, jaki jest pomysł na Polskę, czy będzie lepsza edukacja a ludziom się będzie lepiej żyło? Czy będą bardziej szczęśliwi? Tego nie słyszałem w tym wszystkim!

Co w lutym 2019 roku usłyszą Polacy od Pana?
- Usłyszą program, który piszemy dzisiaj z Polkami i Polakami. Spotkają ludzi, którzy będą ze mną robili ten projekt i dowiedzą się, jaka będzie nazwa tego projektu. Wszystkich zapraszam 3 lutego na halę Torwar w Warszawie.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Robert Biedroń

Tomasz Latos

Tomasz Latos. Fot. Archiwum PR PiK
Tomasz Latos. Fot. Archiwum PR PiK
Gościem Rozmowy Dnia w Polskim Radiu PiK był Tomasz Latos, prezes zarządu Prawa i Sprawiedliwości w okręgu bydgoskim. Rozmawialiśmy o rocznicy utworzenia rządu Mateusza Morawieckiego.

Michał Jędryka: Mijają trzy lata od objęcia rządów w Polsce przez Prawo i Sprawiedliwość, a rok od powołania na stanowisko prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego. Czas na podsumowania. Sam premier mówi, że udało nam się zrobić "gruntowny remont naszego domu". Uważa Pan, że to słuszne sformułowanie?
Tomasz Latos: Wydaje mi się, że tak. Państwo w wielu kwestiach wymagało przebudowy i nie zawsze było to łatwe, warto jednak przypomnieć, jak wiele się zmieniło w ciągu ostatnich trzech lat, bo na co dzień o tym zapominamy albo nie dostrzegamy. Osiągnięcia to choćby wysoki wzrost gospodarczy, którym możemy się chlubić w całej Unii Europejskiej, albo rekordowo niskie bezrobocie. To wszystko pokazuje, że decyzje związane z gospodarką były właściwe, a to przecież jeszcze nie koniec - będą podejmowane także inne różne działania.
Zresztą premierowi niezwykle zależy na wspieraniu przedsiębiorczości czy innowacyjności w gospodarce. Zostały podjęte działania, związane z obniżeniem kosztów takich, jak ZUS dla małych przedsiębiorców. To wszystko miało miejsce, ale dzieje się też wiele dobrych rzeczy w kwestiach społecznych...

... na przykład w służbie zdrowia. Premier mówi, że jedną z cichych rewolucji ostatnich lat jest rewolucja cyfrowa, do której ma dojść także w służbie zdrowia. Rozpoczęło się już wprowadzanie elektronicznych zwolnień, pojawią się też elektroniczne recepty i skierowania. Mateusz Morawiecki twierdzi, że pomogą rozładować kolejki. Podziela Pan to zdanie?
- W dużym stopniu oczywiście tak, choć nie jest to jedyny sposób na kolejki w ochronie zdrowia. Sprawa jest dużo bardziej skomplikowana i pewnie warto byoby osobno o tym porozmawiać.
Natomiast jeżeli chodzi o informatyzację, możemy cieszyć się, że wreszcie do niej doszło, bo było to zapowiadane od wielu lat. Przypomnę, że poprzednia koalicja rządząca PO-PSL wydała na różnego rodzaju projekty informatyczne około pół miliarda złotych i nic z tego nie wynikło. Nie było w praktyce żadnych zauważalnych i ważnych zmian, co teraz trzeba nadrabiać. (...).
Jeżeli już mówimy o polityce społecznej, warto przypomnieć kolejny raz o ważnych programach - choćby 500 plus, który wszyscy znamy i który rząd PiS wprowadził. Nie wszyscy beneficjenci odbierający te pieniądze mają świadomość, że to rząd finansuje ten program, a prezydenci, burmistrzowie i wójtowie są tylko przekaźnikiem w tej sprawie.

Większy problem jest z programem "Mieszkanie Plus".
- Dlatego, że w tym przypadku bez aktywności samorządowców trudno było cokolwiek zrobić, wyłącznie z perspektywy rządu i Warszawy. Są oczywiście miejsca, gdzie ten program działa i pojawiły się pierwsze mieszkania, ale w takich miastach jak choćby Bydgoszcz jesteśmy daleko w polu i mamy dużo do nadrobienia. Jeśli jednak nie będzie życzliwości poszczególnych prezydentów, burmistrzów i wojtów, trudno będzie ten program realizować. (...)


Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Tomasz Latos

Mikołaj Bogdanowicz

Mikołaj Bogdanowicz Fot. Archiwum PR PiK
Mikołaj Bogdanowicz Fot. Archiwum PR PiK
Gościem Michała Jędryki w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia PiK był wojewoda kujawsko-pomorski, Mikołaj Bogdanowicz. W rozmowie znalazły się wątki: kolejnej odsłony konfliktu o tartak, apelu bydgoskiej Rady Miasta, a także wyników kontroli NIK dotyczących inwestycji drogowych w Kujawsko-Pomorskiem.

Michał Jędryka: Sprawa Trasy Uniwersyteckiej w Bydgoszczy. Byliśmy świadkami wymiany kolejnych oświadczeń, a ostatnio Rada Miasta Bydgoszczy wystosowała apel do premiera o odwołanie pana. Pan odpowiada, że właściwie Rada Miasta wykazuje się niekompetencją, że powinni zastanowić się nad działaniami samorządu. Ten temat budził duże emocje w kampanii wyborczej, ale kampania już się skończyła i jak teraz jest? Właściwie kiedy bydgoszczanie będą mogli pojechać Trasą Uniwersytecką?

Mikołaj Bogdanowicz: Prawie już 3 lata jestem wojewodą, żaden sygnał, który płynął ode mnie i od moich urzędników w stronę bydgoskiego ratusza nigdy nie był w narracji jakiegoś konfliktu czy konfrontacji, a z tamtej strony zawsze mieliśmy do czynienia z atakami, budowaniem murów i to jest kolejny sygnał, że ta sytuacja się nie zmieni i będzie kontynuowana nad czym ubolewam. (...). Nie wiem czy wszyscy radni wiedzą na czym ten problem polega i zagłosowali tylko dlatego, że była taka decyzja polityczna. (...). To niczego dobrego dla Bydgoszczy nie stworzy. Wracając do drogi. To sprawa wielokrotnie opisywana przez media, nie zawsze w sposób, powiem delikatnie, właściwy. Tutaj pewne zadania między prezydentem a wojewodą są ustawowo rozpisane i pan prezydent miał swoje okazje, zresztą też to przyznał na jednym ze spotkań z mieszkańcami, że on mógł się wymienić działkami z właścicielem problemowym, mógł dokonać pewnej negocjacji cenowej....

Czy na obecnym etapie też może to robić?

Na to pytanie jednoznacznie nie odpowiem, natomiast wiem jedno, że rzeczywiście po utracie szans na to co powiedziałem, została tylko i wyłącznie egzekucja do której zobowiązany jest wojewoda i ja już nie mam możliwości usiąść z tym podmiotem kolizyjnym na Trasie Uniwersyteckiej, ja mogę tylko przeprowadzić egzekucję. Jest ona trudna z uwagi na nastawienie i charakter tej sprawy. Osiem postępowań przetargowych, prowadzę właśnie ósme postępowanie przetargowe, to nie jest tak, że ja nic nie robię, jestem nieskuteczny, to jest gra słów ze strony Rady Miasta. Jeśli chodzi o postępowania przetargowe, to zdarzały się oferty związane z podmiotem, które to miejsce zajmuje, wiec musiały być odrzucone. Jeden z oferentów się wycofał z uwagi na trudna okoliczność jeszcze w maju, prowadzimy kolejne postępowanie przetargowe, dostaliśmy środki dodatkowe od pana premiera, będziemy chcieli to zadanie zakończyć, ale dopóki nie zakończymy to jest cały czas sprawa w toku...

Ale z punktu widzenia zwykłego bydgoszczanina, mnie zaniepokoiło jedno zdanie w pana oświadczeniu, że proces egzekucyjny wobec samych osób fizycznych może trwać nawet kilka lat. Czy to znaczy, że rzeczywiście grozi nam to, że przez kilka lat ten remont nie będzie dokończony?

Robimy wszystko, żeby ta sytuacja się jak najszybciej zakończyła. Nie ma woli ze strony miasta, bo tam są tylko i wyłącznie utrudnienia i najlepiej narzucić narrację, że jesteśmy nieskuteczni jako urząd wojewódzki, jako wojewoda i ta sprawa jakby najlepiej się ciągnęła w nieskończoność, mam takie wrażenie, że taki jest cel z tamtej strony, ale mam nadzieję, że uda nam się ten proces zakończyć. Te dodatkowe środki są takim sygnałem również ze strony rządowej, że chce wesprzeć to zadanie. Zadanie jest naprawdę, jak rozmawiamy z różnymi instytucjami, nietypowe i to na skalę całego kraju. Takiego problemu nie miał praktycznie nikt. Jesteśmy pierwsi, więc przecieramy pewne szlaki. Rynek wykonawców jest jaki jest, niektórzy nie chcą się zaangażować w tak medialną sprawę, poza tym, w tej chwili zamówień dla firm, które mogłyby wykonywać to zadanie jest bardzo dużo, nikt nie chce w takie zadanie iść, dlatego jest jak jest, natomiast uważam, że my robimy wszystko, kolejne postępowanie przetargowe, postaramy się wyłonić wykonawcę, co nie jest takie proste. Prosiłem pana prezydenta swojego czasu, aby umożliwił potencjałem swoich spółek miejskich jak mu tak bardzo zależy, zostało to oczywiście odepchnięte, no szkoda, że ta narracja znów wraca w nowej kadencji, że nie ma tej dyskusji, rozmowy, tylko jest kolejny atak w moja stronę.

A czy istnieje jakakolwiek możliwość, gdyby ta wola była także ze strony miasta i z pańskiej strony, przyspieszenia tej sprawy?

Zawsze jest, ale ten konflikt między właścicielem przedsiębiorstwa, już nie gruntu a prezydentem był budowany od lat, ja trafiłem w pewnym momencie na zadanie, które jest skanalizowane i bardzo ograniczone, czyli mam wytypować wykonawcę i fizycznie, siłą go stamtąd usunąć, nie mam innych możliwości, pan prezydent dobrze o tym wie, wiedział, do czego ta cała sytuacja doprowadzi, wcześniej prowadzący różne trudne, nie tyle, że rozmowy, ale właśnie brak rozmów i gesty, które spowodowały taką złość i wzajemną, dużą niechęć tych dwóch panów. Teraz jesteśmy na etapie takim, że te sprawy są zaognione, ale myślę, że mimo wszystko, w najbliższym czasie uda nam się tę sprawę załatwić, właśnie dzięki dodatkowym środkom od pana premiera, prowadzimy rozmowy z firmami....

Żebyśmy nie spędzili całej rozmowy o tartaku, to chciałem zapytać jeszcze o wyniki kontroli NIK, one są bardzo korzystne dla pana, a dotyczą nadzoru nad inwestycjami drogowymi w gminach.

Ciszymy się z tej opinii, z tych wyników kontroli, ta instytucja kontroluje nas w różnych obszarach, akurat ten obszar, infrastruktury drogowej czyli podziału środków rządowych, które trafiają do samorządu w latach 2016 - 2018, więc gdy pełnie funkcję wojewody, został oceniony pozytywnie. Naszą rolą jest zorganizowanie konkursu, przygotowanie kryteriów, właściwa ocena, kontrolowane były również odwołania, bo wiadomo, że w każdym konkursie nie wszyscy są zachwyceni, zadowoleni, cały konkurs przebiegał właściwie, to jest dla nas ważny sygnał, bo wiemy, że za chwilę, bardzo duże środki popłyną do samorządów, dużo większe niż w roku 2018, 2017 i 2016...

Ta kontrola dotyczyła też gmin, a w Rypinie kontrola wypadła negatywnie, czy będzie pan przyglądał tej sprawie?

Tak, trzeba też powiedzieć, że tych zadań i tych samorządów, które realizują zadania są setki, to jest przeszło 400 kilometrów dróg przez te trzy lata, więc zawsze może się zdarzyć jakaś nieprawidłowość, one są naprawdę bardzo niewielkie, aczkolwiek, wszystkie nieprawidłowości trzeba eliminować. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Mikołaj Bogdanowicz

Leszek Walczak

Leszek Walczak. Fot. Archiwum PR PiK
Leszek Walczak. Fot. Archiwum PR PiK
- Po blisko roku od wejścia ustawy o zakazie handlu w niedziele można śmiało powiedzieć, że nie spełniły się przepowiednie i czarnowidztwa o stratach w PKB czy masowych zwolnieniach - stwierdził na antenie Polskiego Radia PiK przewodniczący bydgoskiej "Solidarności" Leszek Walczak.

Magda Jasińska: Sejmowa komisja polityki społecznej i rodziny przyjęła zgłoszone przez PiS poprawki do ustawy ograniczającej handel w niedzielę. Przepisy doprecyzowują warunki jakie muszą spełnić bliscy krewni osoby prowadzącej działalność gospodarczą, ale także uszczelniają cały system. Zgłoszone zostały również poprawki przez "Solidarność". Po roku możemy powiedzieć, jak działa to ograniczenie. Czy rzeczywiście spełnia zakładane warunki, aby mniejsi handlowcy, małe sklepy na tym zakazie ograniczenia handlu w niedzielę zyskały?
Leszek Walczak: Nie jest tak do końca. Chciałem tylko przypomnieć, że ten projekt, który był projektem obywatelskim, w komisjach sejmowych, przez Sejm i Prawo i Sprawiedliwość został tak zmieniony, że to właściwie nie był już nasz projekt. Wyłączał większość tych przepisów i zapisów, które były proponowane, dotyczących uszczelniania ograniczenia handlu w niedzielę. Po roku mamy tego skutki. Kiedy zgłaszaliśmy to wcześniej, nie chciano nas słuchać. Widać, że jest taki mały „bubel” legislacyjny, który będzie trzeba ciągle poprawiać. Zbyt dużo jest do interpretacji własnej. Luki prawne, które wyszukują przedsiębiorcy zajmujący się handlem, zwłaszcza dużymi powierzchniami sklepowymi - ci, którzy są ich właścicielami, powoduje, że będziemy jeszcze mieli parę innych zmian, które wypłyną po kolejnych nowelizacjach i poprawkach, do momentu, kiedy ten zakaz obejmie wszystkie niedziele.
Jak widzimy po roku czasu, strach i czarnowidztwo były niepotrzebne - nie ma strat w PKB, nie ma masowych zwolnień pracowników. Wielokrotnie na antenie Polskiego Radia PiK mówiliśmy, że jest to fałszywy obraz. W gruncie rzeczy są ogromne zyski dla
sklepów wielkopowierzchniowych, natomiast widać również, że indywidualni przedsiębiorcy, którzy mają małe sklepiki jakoś za bardzo nie korzystają z tego, że mogliby mieć więcej zysków (...).

Niestety jesteśmy znani z tego, że lubimy obchodzić prawo i szukać luk. W związku z tym nie potrafimy wykorzystywać tego, co daje nam to prawo. Podczas dyskusji nad nowelizacją Ryszard Petru stwierdził, że z badań jednego z banków wynika, że na ograniczeniu handlu tracą głównie małe polskie sklepy, bo przed niedzielą niehandlową w supermarketach mamy kumulację zakupów. Coś w tym jest.
- Tak, choć to też nie jest do końca prawda, dlatego że ci mali sklepikarze niechętnie pracują w niedzielę. Każdy jednak kto zwykle kupuje w osiedlowym sklepie, jak wie, że nie będzie w niedzielę czynny, to robi zazwyczaj tzw. duże zapasy w dużych marketach. Jak można zauważyć, za dużo się kupuje i później jest problem, co z tym zrobić.

Zobaczymy, czy te sklepy, które udają placówki pocztowe rzeczywiście zamkną lokale w niehandlowe niedziele?​
- Mam nadzieję, że tak, natomiast z pewnością będą szukać obejścia i luk prawnych po tych nowelizacjach.

Po roku nie byłoby lepiej wprowadzić do kodeksu pracy chociażby dwie niedziele obligatoryjnie wolne dla wszystkich?
- Nad tym się wszyscy zastanawiają, natomiast znów będziemy mieli mnóstwo oponentów, którzy będą głośno krzyczeć, krytykować (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Leszek Walczak

Piotr Tomaszewski

Piotr Tomaszewski
Piotr Tomaszewski
Piotr Tomaszewski, skarbnik Bydgoszczy, tłumaczy jak finansista patrzy na rozwój miasta, ile Bydgoszcz wyda w 2019 roku na inwestycje i jak wygląda wieloletnia prognoza finansowa miasta.

Michał Jędryka: Przedmiotem wczorajszych obrad Rady Miasta był budżet Bydgoszczy. To było pierwsze czytanie tego projektu, który ma być uchwalony w grudniu. Wiadomo już, że budżet będzie zamykał się kwotą ok. 2,2 miliardów złotych.

Piotr Tomaszewski: - W dochodach, jeżeli chodzi o wydatki, jest to blisko 2,5 miliarda złotych.

M.J.: Powiedzmy od razu, że skoro wydatki są większe od dochodów, będzie deficyt budżetowy. Właściwie we wszystkich miastach jest tak, że ciągle żyje się na deficycie. Czy to jest normalne? Czy tak można ciągle, bez końca?

P.T.: - Powiem uczciwie, że jak rzadko kiedy oczekuję takich pytań, ponieważ Bydgoszcz jest dość nietypowym miastem. Od 2014 roku mamy dodatni wynik budżetu. Nasza wartość zadłużenia spadła do 985 milionów złotych. Jesteśmy na bardzo dobrej pozycji pod tym względem. Wypracowywaliśmy nadwyżkę budżetową. Poziom inwestycji w przyszłym roku jest na tyle wysoki, bo jest to aż 745 milionów, że w tym momencie oprócz bardzo wysokiej nadwyżki operacyjnej – prawie 200 milionów, prawie 240 milionów dochodów majątkowych, musimy się posiłkować kredytem. Ten kredyt nie będzie taki, jak jest zaplanowany. Będzie mniejszy, bo tradycją Bydgoszczy od 8 lat jest to, że to, co zaplanujemy, planujemy ostrożnie. To znaczy, że wykonanie planu jest zawsze lepsze, od tego co zakładamy wstecznie. Taka jest zasada finansów publicznych – ostrożność.

M.J.: To wynika też z tego, że nie wszystkie inwestycje udaje się zrealizować.

P.T. - Przewidujemy, że za rok 2018 będzie zrealizowane 460 milionów. Będzie to rekordowa wartość wykonania inwestycji. Owszem, plan zawsze jest ambitny, tylko trzeba pamiętać, że specyfiką finansów publicznych jest to, że musimy zaplanować maksymalną wartość wydatków. Jeżeli zaplanowana jest maksymalna wartość, to oznacza, że jeżeli jakiś przetarg się przesunie to ta wartość zrealizowanych inwestycji będzie mniejsza. Jeżeli bym przekroczył wartość inwestycji to ponoszę odpowiedzialność za naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

M.J.: Jaka będzie ta najbardziej efektywna i spektakularna inwestycja w przyszłym roku?

P.T.: - Mamy ten komfort i problem, że mówiąc o inwestycjach, nie do końca wiadomo, którą z nich wybrać jako pierwszą. Dla jednych najważniejsza jest Grunwaldzka, że będzie wreszcie, podobnie jak Fordońska na dobrym standardzie, że łatwo będzie dostać się z zachodniej części miasta do centrum. Z drugiej strony, dla centrum miasta, również inwestycja drogowa – Kujawska. Łącznie z trasą tramwajową i zakupem tramwajów. To też jest zupełna zmiana organizacji ruchu w Bydgoszczy. Z innej strony wiemy, że inwestycje drogowe to jest aż 399 milionów w przyszłym roku. Jest to kontynuacja działań, które były realizowane. Pamiętajmy również o tych innych, jak np. kulturalne. Blisko 70 milionów wydamy na inwestycje kulturalne, gdzie jest Teatr Kameralny, rozpoczynają się prace nad 4 kręgiem Opery Nova.

M.J.: Mówił pan o drogach. Chciałem zapytać o to, co najbardziej niepokoi mieszkańców peryferyjnych dzielnic – drogi gruntowe. Tam jest problem, bo zwykle buduje się mniej niż zaplanowano.

P.T.: - Tak, to prawda. Tu jest kwestia kilku elementów. Jeden z nich to przyjęcie zasady konsultacji społecznych, które często spowalniają ten proces. Natomiast prezydent przyjął założenie, że środki, które są zaplanowane, będą co rok wydatkowane na ten cel w takiej kwocie, jakie powinny być. Jeżeli coś nie zostanie wykonane w 2018 roku to kwota przejdzie na rok 2019. nie rezygnujemy z żadnych tych zadań. Na przyszły rok zaplanowane jest 44 miliony na drogi gruntowe, więc będzie nam łatwo zobaczyć efekty. Sam mieszkam przy nieutwardzonej drodze i szczerze mówiąc wolę przy takiej mieszkać, ponieważ jest to troszeczkę bezpieczniejsze. Nasi kierowcy często mają bardzo ciężką nogę.

M.J.: Wspomniał pan o 4. kręgu Opery Nova, a pan Żydowicz zadeklarował, że festiwal Camerimage wynosi się z Bydgoszczy. Czy 4 krąg jednak powstanie?

P.T.: - Trudno mi się odnieść do festiwalu Camerimage. Bydgoszcz jest miastem gościnnym i gości wszystkich, którzy ją lubią, chcą z nią być i mają długoterminowe plany niezależnie od festiwalu Camerimage. Opera Nova to nie jest nasza instytucja, to jest instytucja marszałka, ale prezydent zadeklarował, że będzie współfinansował z budżetu miasta tę inwestycję, ponieważ jest nam potrzebna, jest potrzebna mieszkańcom.

M.J.: O tym była już mowa przy okazji zeszłorocznego budżetu.

P.T.: - Tak. Jak najbardziej jest to podtrzymane i prace projektowe oraz przygotowawcze do tej inwestycji trwają. To jest potrzebne niezależnie od tego czy będzie festiwal Camerimage, czy nie. Aktywność mieszkańców Bydgoszczy jest coraz większa i potrzebujemy coraz więcej miejsc aktywności publicznej, gdzie możemy korzystać z wydarzeń kulturalnych, rozrywkowych. 4. krąg Opery Nova bardzo dobrze wpisuje się w ten program. Będzie tam też Teatr Kameralny. To jest inna inwestycja kulturalna. Niezależnie od wszystkiego myślę, że 4. krąg Opery Nova powstanie.

M.J.: Przejdźmy do spraw, które chyba interesują znaczną większość mieszkańców. Użytkowanie wieczyste gruntów maa być przekształcone na pełną własność. Tutaj problem dotyczy stawek, bo np. w Warszawie udzielono 98% bonifikaty, w Bydgoszczy tylko 60%. Dlaczego?

P.T.: - To jest zawsze problem, jak określić zachętę. Moim zdaniem w Bydgoszczy przyjęto bardzo dobrą metodę. Rząd wskazał jakie wartości bonifikat przy opłatach za przekształcenie użytkowania wieczystego we własność dokonać. Takie stawki przyjęto również w Bydgoszczy. To pozwoli na ujednolicenie praktyki miasta w tym zakresie. Niezależnie od tego, że oczywiście te bonifikaty powodują zmniejszenie wpływu środków do budżetu, ale z tym się godzimy. Ta ustawa jest dość problematyczna. Zawiera parę założeń, które są dla miasta problematycznymi. Zrobimy tak jak zawsze wszystko, żeby to przebiegło sprawnie, żeby zaświadczenia dla mieszkańców o przekształceniu prawa użytkowania były wydawane w terminie. Zadanie jest ogromne i wolą prezydenta było to, żeby udzielić tych bonifikat, żeby usprawnić i ułatwić pracę przy tym wszystkim. Żeby przy bonifikatach nie trzeba było weryfikować jaka to jest nieruchomość, czy Skarbu Państwa, czy może kogoś innego. Każda nieruchomość, każdy mieszkaniec jest równy.

M.J.: - Będę się upierał przy tym porównaniu. 98% w Warszawie, a mieszkańcy Warszawy są zwykle bogatszymi ludźmi, niż mieszkańcy Bydgoszczy. Mieszkańcy Bydgoszczy poniosą trochę większy ciężar.

P.T. - Wczoraj na sesji powiedziałem, że miasto i budżet miasta to nie portal internetowy z promocjami. Nie wybieramy sobie wszystkich promocji z różnych stron Polski
i porównujemy, tylko stosujemy politykę całościową. Rząd wskazał stawki, my się do nich zastosowaliśmy. Można zastosować 98%, może w warunkach Warszawy jest to możliwe. W warunkach Bydgoszczy przyjęliśmy taką zasadę. Są takie miasta, które nie udzielają bonifikat, bo mają trudną sytuację gospodarczą. Nasza sytuacja finansowa jest dobra, ale zasady przyjęte przez rząd są niejako wytycznymi. Zawsze byśmy dyskutowali jaka kwota jest dobra.

M.J.: Z tego całościowego spojrzenia wynika również wzrost podatku od nieruchomości?

P.T. - Tak. Bodajże od 4 lat w Bydgoszczy przyjęto zasadę, że stawki podatku od nieruchomości są zgodne z rozporządzeniem ministra finansów. Zgodnie z przepisami prawa one każdego roku wzrastają o inflację. W tym roku było to 1,6% wzrostu. W przypadku podatku od 100 metrowego mieszkania to jest roczny wzrost o 2 złote za całe mieszkanie. To nie jest chyba dużo.

M.J.: Ciągle mówi się o podwyżkach, więc pozwolę sobie na pewien populizm. Pensja prezydenta Bydgoszczy również wzrasta.

P.T. - Nie wiem, czy wzrasta. Wiem, że z punktu widzenia zarządzania tak ogromnym podmiotem, tak ogromną korporacją, bo to składa się z różnych aktywności w finansach publicznych, prezydenci nie są dobrze wynagradzani. Patrzę na pracę prezydenta Bruskiego od godziny 8 do czasami 22-23, kiedy nie ma soboty, nie ma niedzieli. Powiem uczciwie, że trzeba mieć naprawdę ogromną pasję, żeby podjąć się takiej aktywności. Jeżeli ma się dobre efekty, to tym lepiej dla Bydgoszczy.

M.J.: Na koniec zapytam o problemy niepełnosprawnych. Prezydent Bruski deklarował przebudowę ronda Jagiellonów. Czy wiadomo coś więcej na ten temat?

P.T. - Tak. Jest to ujęte w budżecie jako kierunek działań, które będą podjęte w najbliższym czasie. Taka deklaracja padła na wczorajszej sesji, bo padło takie pytanie. Trzeba zaprojektować, w jaki sposób można to zrealizować. Temat inwestycji się otwiera w związku z czym na pewno będą podjęte prace. W budżecie zapis pracy nad tym rondem jak najbardziej istnieje.

M.J.: Środowiska niepełnosprawnych podnoszą też, że na transport została przeznaczona zbyt mała kwota.

P.T. - Nie zgodziłbym się w pełni. Aktywność, jeżeli chodzi o transport niepełnosprawnych, jest taka sama jak była w latach poprzednich. W tej chwili świadczy te usługi podmiot wybrany na drodze przetargu, a poprzednio było to świadczone w ramach jednej z miejskich organizacji. Jak widać koszt tej działalności był wówczas większy. W tej chwili jest troszkę niższy. Natomiast aktywność jest jak najbardziej taka sama. Pani prezydent Waszkiewicz na wczorajszej sesji stwierdziła, że będą analizowane wnioski, które w tym zakresie są składane.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Piotr Tomaszewski

Prof. Maciej Świątkowski

Prof. Maciej Świątkowski. Fot. Archiwum PR PIK
Prof. Maciej Świątkowski. Fot. Archiwum PR PIK
Sejmowe komisje odrzuciły niedawno obywatelski projekt ustawy o utworzeniu uniwersytetu medycznego w Bydgoszczy. Projekt z negatywną opinią trafi do Sejmu. Czy to koniec marzeń miasta o własnej medycznej uczelni? Dlaczego taki uniwersytet jest Bydgoszczy potrzebny? Na te i inne pytania w tej sprawie odpowiadał gość Marcina Kupczyka w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia PiK - lekarz i samorządowiec, prof. Maciej Świątkowski.

Marcin Kupczyk: 20 listopada w Sejmie obradowały dwie połączone komisje: zdrowia i edukacji. Argumenty "za" i "przeciw" utworzeniu Uniwersytetu Medycznego w Bydgoszczy przedstawiali posłowie, strona rządowa oraz goście: przedstawiciele UMK w Toruniu, bydgoskiego Collegium Medicum, bydgoscy i toruńscy radni oraz prezydent Bydgoszczy. Głosami 21 do 18 rekomendowano jednak odrzucenie ustawy powołującej Uniwersytet Medyczny. Posłowie przyjęli wniosek o odrzucenie tego projektu. Wkrótce taki wniosek z negatywną opinią trafi do Sejmu na obrady całej sali plenarnej. Panie profesorze, o co chodzi? O utworzenie nowej uczelni w Bydgoszczy na bazie tego, co mamy, czy odłączenie bydgoskiego Collegium Medicum ze struktur Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu?

Maciej Świątkowski: - Tutaj musimy nawiązać chociaż w dwóch zdaniach do historii. W 2003 roku nie było potrzeby likwidacji Akademii Medycznej, bo ona była uczelnią na równi z uczelnią w Białymstoku i Szczecinie. Druga sprawa, był pewien interes polityczny. SLD miało niskie notowania, więc postanowiono przekształcać uczelnie o szczebel wyżej i taką uczelnią była Akademia Bydgoska, która przekształciła się w Uniwersytet Kazimierza Wielkiego. Tutaj była istotna rola UMK. UMK powiedziało, że w zamian za fuzję z Akademią Medyczną, pomoże w przeobrażeniu tej uczelni w uczelnię uniwersytecką. To był taki interes polityczny. Jeszcze jedna sprawa. Senat Akademii Medycznej głosował jednogłośnie za połączeniem. Słowo "połączenie" brzmi przyjaźnie, bo zwiększa szanse. Natomiast praktycznie, to zataili przed nami rektorzy, pani Miścicka-Śliwka, pan rektor Kopcewicz, że senatowi i mieszkańcom Bydgoszczy na radzie nie powiedziano, że to idzie przez dwie ustawy. Jedna, która likwidowała Akademię Medyczną w Bydgoszczy i druga powoływała na bazie zlikwidowanej bazy i ludzi, którzy byli zatrudnieni Collegium Medicum, które zostało wcielone w strukturę UMK. Dostaliśmy 25% głosów w senacie i w związku z tym wszystkie decyzje podejmuje rektor i senat UMK a nie Collegium Medicum. Tutaj jest taka sytuacja, nie można odłączyć czegoś, co nie jest połączone. Trzeba zlikwidować Collegium Medicum UMK w Toruniu, na bazie tego powołać Uniwersytet Medyczny i tak, w poprawce, którą pan poseł Pawłowicz zgłosił było jednocześnie napisane, żeby dać możliwość, aby w Toruniu powołano Wydział Medyczny, tak jak jest w innych uniwersytetach, i żeby ten Wydział Medyczny na kilku kierunkach np. lekarskim, pielęgniarskim, kształcił lekarzy i pielęgniarki. To jest obopólna korzyść. U nas jest Uniwersytet Medyczny, który widziałbym, żeby wszedł w struktury federacji uniwersytetów bydgoskich, a UMK tworzy swoją medycynę na bazie tego pięknego szpitala, który jest budowany, możemy kształcić dużą liczbę pielęgniarek i lekarzy. To jest właśnie ten cel społeczny, pan rektor powinien się na to otworzyć.

Rektor UMK pan profesor Andrzej Tretyn obecny na posiedzeniu tych komisji przypomniał, że to rektor Akademii Medycznej w Bydgoszczy sama zwróciła się do władz UMK o pomoc. Nie była to jego zdaniem decyzja polityczna. Powiedział "Nie mamy ambicji powołania u siebie Wydziału Lekarskiego. Nie jesteśmy nawet w stanie tego uruchomić. Nie ma takiego zapisu w naszej strategii przynajmniej do 2025 roku". Profesor Tretyn argumentuje, że "sama nazwa "uniwersytet" jest zastrzeżona dla uczelni mających ocenę A+, B+ w 6 dyscyplinach zawierających się co najmniej 3 dziedzinach nauki a Collegium Medicum tego warunku nie spełni. Co najwyżej będzie to Akademia lub Wyższa Szkoła Medyczna".

- Nie tak dawno np. Wydział Lekarski miał tę klasę B i nagle zrobił się A. to jest sprawa bardzo płynna i szybka do realizacji. Można warunkowo np. na 3 lata uzyskać te wszystkie uprawnienia.

Czy istnieje potencjał naukowy, intelektualny i materiałowy, aby powstał osobny uniwersytet?

- Problem polega na tym, i to jest wina uczelni toruńskiej, która utrudnia pozyskanie aparatury badawczej, chociażby ze środków unijnych na poziomie wojewódzkim z RPO, celem wykonywania prac badawczych. Te prace badawcze dają rozwój uczelni, dają prestiż, ale również większą efektywność. Większe umiędzynarodowienie, robienie doktoratów, habilitacji. To wszystko jest blokowane. My nie dostaliśmy żadnych pieniędzy w perspektywie 2007–2013 na aparaturę badawczą. Były miękkie projekty na szkolenie pielęgniarek, na termomodernizację, ale aparatura badawcza jest solą. Solą uczelni są badania. Jeżeli nie będzie badań, uczelnia będzie nisko. "Perspektywy" to jest pismo, które prowadzi ranking uczelni w Polsce. Jak to wygląda aktualnie? Na 11 uczelni medycznych, 10 z nich jest przed nami. My jesteśmy w 8 dziesiątce najlepszych uczelni w Polsce. My się nie rozwijamy w UMK. My się uwsteczniamy, dlatego że nie wykonujemy prawdziwych prac badawczych na aparaturze, której nie dostaliśmy. Kolejne kryterium: kontakt terytorialny. Były takie możliwości, ale podkłada się nogi. Mówi się, że nie ma pieniędzy na udział własny, chociaż np. pan rektor dostał w prezencie od prezydenta miasta Bydgoszczy ten piękny budynek po PKP na ulicy Dworcowej. 5 lat utrzymania tego budynku kosztowało kilkaset tysięcy złotych, a nie ma na udział własny, Collegium Medicum musiało płacić te pieniądze. Pustostan trzeba utrzymać, zabezpieczyć a nie ma na tzw. wkład własny. Ta uczelnia nie będzie się rozwijała. Jest taki kierunek, że pan rektor mówi, że on nie utworzy Wydziału Lekarskiego, ale on utworzy drugi Wydział Lekarski w Bydgoszczy, i ponieważ nie ma możliwości kształcenia w naszych szpitalach, bo jest za ciasno, to przeniesie część studentów do Torunia i tam będzie taka ekskluzywna część medyczna, lekarska, tak jak weterynaria i będą robić duże prace badawcze a my będziemy szkołą zawodową. Rektor też się stara. Powstało np. Centrum Symulacji, ale do kształcenia studentów. Modernizuje się zakłady teoretyczne dla potrzeb studentów. Będzie się rozbudowywała część związana z wychowaniem fizycznym dla studentów. Solą uczelni są prace badawcze. My nie dostajemy żadnych pieniędzy na prace badawcze. W pierwszej perspektywie powstało np. Collegium Humanisticum w Toruniu, powstało Centrum Nowoczesnych Technologii. Tam nawet jest część medyczna, nawet rezonans tam został wstawiony do badania ludzi. Nie było takiego rezonansu np. w szpitalu Biziela a jest w Toruniu w uczelnianym laboratorium. To postępowanie trochę niehumanitarne. Prace badawcze w medycynie wykonuje się przy okazji udzielania świadczeń zdrowotnych. Ustawa jest w Sejmie, wszystko jest możliwe. Należy wyciągnąć rękę do tej toruńskiej części parlamentarzystów. To by było piękne pokazanie, że jesteśmy jednym, silnym województwem. Dla mnie jest to sprawa oczywista. Jest to też projekt obywatelski, 160 tysięcy podpisów nikt nie może bagatelizować, nawet parlamentarzyści PiS, bo im to każdy wyciągnie w kampanii wyborczej. Ten proces musi pójść do końca, nawet niech będzie odrzucony, ale w trzecim czytaniu.

Oto co mówią politycy z Torunia. "Dzielić, a nie łączyć. Tylko duże uczelnie mają szanse. Projekt bydgoszczan idzie w poprzek nowoczesnym trendom. Aby cokolwiek osiągnąć, należy tworzyć duże uczelnie, bo tylko te będą liczyły się w Europie i świecie".

- Panie redaktorze, czy Bydgoszcz stać na dużą uczelnię? My nie chcemy Uniwersytetu Medycznego jako samodzielnego bytu. My chcemy, aby była to jednostka początkowo samodzielna, ale ona może być w federacji, nawet niech wejdzie w federację z UMK, ale jako uczelnia, a nie jednostka, która nie ma nic do powiedzenia. Moglibyśmy połączyć się też z jednostkami bydgoskimi i tworzyć federację trzech uniwersytetów. Pan minister Gowin powiedział, że będzie przyzwolenie na tę federację bydgoskich uniwersytetów. Jestem radnym Rady Miasta Bydgoszczy, będę przekonywał pana prezydenta i wszystkich radnych, że dla rozwoju Bydgoszczy powstanie federacji jest najważniejszym elementem (…). Bydgoszcz nie ma dużych tradycji uniwersyteckich. Może nawet być tak, że potem absolwenci zostają na uczelni, pracują w otoczeniu.

Mówił pan o wyciągniętej ręce. Rzeczywiście będziemy przyglądać się tej sytuacji, czy te dwie ręce spotkają się ze sobą.

- Pan prezes Kaczyński na tym spotkaniu obiecał, że powstanie Uniwersytet Medyczny w Bydgoszczy. Byłaby duża sprawa polityczna, gdyby PiS to odrzucił. PO na swoim posiedzeniu głosowała "za", z kolei w PiS tylko pan poseł Latos zagłosował "przeciw". Nawet pan poseł Olszewski, pani poseł Piotrowska nie byli w komisji, ale też zabierali głos. Gdzie byli np. posłowie PiS? Gdzie był pan Król, pan Schreiber? Mogli zabrać głos w dyskusji, przekonać kolegów.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Maciej Świątkowski

Tomasz Lenz

Tomasz Lenz. Fot. Archiwum PR PiK
Tomasz Lenz. Fot. Archiwum PR PiK
Na Ukrainie mamy kryzys spowodowany atakiem rosyjskiej floty na ukraińskie okręty. Jakie mogą być jego konsekwencje, jakie skutki może mieć dalszy rozwój wypadków dla Polski, dla Europy oraz dla NATO? O tym Michał Jędryka rozmawiał z członkiem sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, posłem Tomaszem Lenzem z Platformy Obywatelskiej.

Michał Jędryka: Mamy nowy kryzys pomiędzy Ukrainą a Rosją. Czym on się może skończyć?

Tomasz Lenz: - To nie jest tylko kryzys między Ukrainą a Rosją. To jest kryzys międzynarodowy. Świadczy o tym chociażby fakt, że w trybie nagłym zwołała się Rada Bezpieczeństwa ONZ. To jest sprawa bez precedensu. Rada Bezpieczeństwa zbiera się w nadzwyczajnych sytuacjach. Została zwołana nagle w wyniku tego co się dzieje na granicy ukraińsko-rosyjskiej. Sytuacja jest niepokojąca. Grozi to kolejną eskalacją napięć, konfliktu, który może się przerodzić we wzmożenie działań zbrojnych. To jest zawsze niepokojąca sytuacja. Europę to szczególnie niepokoi.

Obawiamy się przede wszystkim konfliktu zbrojnego na wielką skalę, bo ta wojna ukraińsko-rosyjska jest trochę dziwną wojną. Tam działań zbrojnych, poza takimi incydentami do jakiego doszło w niedzielę jest tak naprawdę bardzo mało.

- Prawda jest taka, że Federacja Rosyjska od dziesiątek lat prowadzi działania przeciwko krajom, które po upadku Związku Radzieckiego ogłosiły niepodległość. Pamiętamy, że w Gruzji, w Osetii i Abchazji tego rodzaju działania Federacji Rosyjskiej też miały miejsce. Pamiętamy też o tym, że armia Federacji Rosyjskiej najechała Gruzję i gdyby nie interwencja międzynarodowa, kto wie, czy nie posunęłaby się dalej i nie zajęła stolicy – Tbilisi. W związku z tym opinia międzynarodowa jest bardzo zaniepokojona działalnością, trzeba to powiedzieć wprost, Władimira Putina wobec swoich sąsiadów, którzy się usamodzielnili, którzy prowadzą własną politykę zagraniczną, którzy chcą mieć niepodległe państwo, które samo o sobie stanowi. W przypadku Ukrainy jest to dla Federacji Rosyjskiej szczególnie bolesne. Rosja robiła wiele w ostatnich 200 latach, aby ograniczyć niepodległościowe dążenia Ukraińców. Przeciwdziałała wszelkim ukraińskim działalnościom niepodległościowym. Pamiętamy, że jeszcze na początku ubiegłego wieku, dekretami carskimi ograniczono możliwość posługiwania się językiem ukraińskim. Ograniczano możliwość działania organizacji, które zrzeszały Ukraińców. Dziś Ukraińcy po raz pierwszy w historii po upadku Związku Radzieckiego doczekali się własnego państwa (...). Widać, że Władimir Putin zamierza wszelkimi metodami, także naruszając prawo międzynarodowe, przeciwdziałać umacnianiu się państwa Ukraińskiego. Niepokoi to opinię międzynarodową, niepokoi to Unię Europejską. Reagujemy na to. Reaguje na to polski rząd, reaguje Minister Spraw Zagranicznych, ale reagują przede wszystkim ci, którzy w Unii Europejskiej mają najwięcej do powiedzenia, czyli Francja i Niemcy. Zapowiedzieli, że chcą negocjować, chcą być stroną, która będzie rozstrzygała dalszą możliwość eskalacji tego konfliktu. Rosja, mówiąc najprościej, robi co chce i się tym nie przejmuje mimo, że Rosję za te działania dotknęły już sankcje ekonomiczne i sankcje wobec konkretnych polityków, którzy nie mogą wjeżdżać ani do Unii Europejskiej, ani do Stanów Zjednoczonych, bo Rosja została ukarana za działania na terenie Ukrainy (…).

Chciałem zapytać o bezpośredni kontakt, który do tego doprowadził, bo on mówi trochę o stronie prawnej. Mianowicie Rosja traktuje tę cieśninę (Kerczeńską przyp.red.) jako swoje wody terytorialne, a gdyby uznać, że są to rosyjskie wody terytorialne to chyba należałoby uznać aneksję Krymu, bo tylko wtedy obydwie strony tej cieśniny mogłyby być rosyjskie.

- Oczywiście opinia międzynarodowa nie może przyjąć do wiadomości takiego rozumienia sytuacji na morzu Azowskim, jakie przedstawia Federacja Rosyjska. Musimy przypomnieć o dwóch ważnych wydarzeniach z ostatnich miesięcy i tygodni, które wzbudziły niepokój na Kremlu. Pierwsza rzecz, która być może umknęła uwadze szerszej opinii publicznej to jest decyzja, która została podjęta w Konstantynopolu o tym, że cerkiew ukraińska będzie niezależna od cerkwi moskiewskiej. To bardzo uderzyło w ambicje Moskwy, która dowiedziała się w ostatnim czasie, że kościół prawosławny na Ukrainie nie będzie podlegał zwierzchnictwu Moskwy. Zostało to odebrane jako ogromna porażka Kremla w tych dyplomatycznych zabiegach o wpływy na Ukrainie. To był pewnie jeden z powodów tego, że Rosja stwierdziła, że jednak będzie musiała podejmować kroki, które naruszają prawo międzynarodowe, ale coraz bardziej pokazują, że my mamy tam swoje interesy i nie będziemy przejmowali się opinią międzynarodową. Druga bardzo ważna rzecz, która miała miejsce w Werchownej Radzie, czyli ukraińskim sejmie, mianowicie prace na rzecz wpisania do Konstytucji ukraińskiej dążenia Ukrainy do wstąpienia do NATO i Unii Europejskiej. Taki zapis w Konstytucji Ukrainy miałby się znaleźć. Takie zapisy zostały przygotowane. Tego też Moskwa nie jest w stanie zaakceptować, a my, jako ludzie szanujący niezależność poszczególnych państw nie rozumiemy dlaczego Moskwa miałaby się w te rzeczy komukolwiek wtrącać a zamierza przeszkadzać w tych działaniach na Ukrainie. Te działania na morzu Azowskim, które miały miejsce świadczą o tym, że Rosja nie będzie przebierała w środkach. Na marginesie muszę powiedzieć, że w odróżnieniu od wielu europejskich i polskich polityków byłem w tamtym rejonie 20 lat temu jako organizator kontroli legalności i transparentności wyborów na Ukrainie. Organizowałem z ramienia fundacji NDI w Waszyngtonie obserwację wyborów właśnie w rejonie zaporoskim, w rejonie morza Azowskiego. Rozmawiałem z mieszkańcami tego regionu na wsiach i miastach, że wpływy rosyjskie były tam ogromne. Tam oglądało się rosyjską telewizję, kupowało rosyjskie gazety. Wpływy rosyjskie przez bliskość granicy były ogromne i ta propaganda rosyjska była tam rozsiewana i powodowała, że wielu mieszkańców Ukrainy czuło się zdezorientowanych. Od tego czasu Władimir Putin zrobił bardzo wiele, żeby umocnić to poczucie niezależności Ukraińców, aby umocnić ich poczucie narodowej wspólnoty. Ta agresja na Ukrainę spowodowała, że Ukraińcy czują się zjednoczeni na rzecz tego, by bronić swych granic, aby bronić się przed imperialistyczną, agresywną polityką Kremla.

Czy ten konflikt nie jest kolejnym pretekstem, żeby raz jeszcze przemyśleć polską rację stanu w kontekście spraw ukraińsko-rosyjskich?

- Polska racja stanu została wyrażona w tej deklaracji, którą podjęliśmy w chwili, gdy Ukraina ogłosiła swoją niepodległość i niezależność od Związku Radzieckiego. Zawsze o tym przypominamy, że Polska była pierwszym krajem, który uznał niepodległość Ukrainy. Od tego czasu nie raz wykonywaliśmy wiele dobrych, pozytywnych gestów wobec naszych przyjaciół za wschodnią granicą. Wielokrotnie udzielaliśmy Ukraińcom wsparcia, szczególnie w okresie konfliktu na Majdanie, rewolucji, która tam miała miejsce, kiedy po sfałszowaniu wyborów i próbie przejęcia państwa w niedemokratyczny sposób, prezydent Janukowycz uciekł z Ukrainy na teren Federacji Rosyjskiej i do dziś tam przebywa. Mamy oczywiście kwestie historyczne, które cały czas są w toku debaty, dyskusji, bo mamy trudne chwile między Polakami a Ukraińcami, szczególnie w poprzednim wieku, które do dziś nie wyjaśniliśmy. To jest temat, który zawsze między Polakami a Ukraińcami wraca.

Wrócił trochę w ostatnich dniach, bo studenci z Torunia znaleźli się we Lwowie. Doszło tam do incydentu, odebrania im paszportów, nie mogą wrócić do Polski. Jak pan ocenia tę sytuację?

- Negatywnie oceniam wszelkie sytuacje, które budują złe relacje między Polską a Ukrainą. To nasz ogromny sąsiad, mówię o terytorium, a także ilości mieszkańców. Przypominam o jednej, bardzo ważnej rzeczy, że w dniu dzisiejszym polska gospodarka nie mogłaby sprawnie funkcjonować bez pracowników, którzy przyjeżdżają do nas z Ukrainy, podejmują tutaj różnego rodzaju zajęcia, pracują w różnych profesjach. Bardzo sobie to cenimy. W Toruniu, Bydgoszczy, Włocławku, Grudziądzu i Inowrocławiu, wszędzie znajdziemy obywateli Ukrainy, którzy podejmują pracę w polskich firmach. To jest ogromna wartość. To są ludzie, którzy przystosowują się do polskich warunków. Często się asymilują i czują się tutaj dobrze. Sytuacja we Lwowie, kiedy dochodzi do jakiegoś konfliktu i nieporozumienia. To wywołuje niepotrzebne napięcia. Zwrócę uwagę na fakt, że we Lwowie studiuje niemało Polaków. Nie wiem, czy słuchacze Radia PiK mają świadomość, ale naprawdę niemała ilość Polaków podejmuje studia na Ukrainie, szczególnie we Lwowie, w Akademii Medycznej. Przebywają tam na stałe, studiują, uczą się. Ta wymiana pracowników, studentów, wymiana gospodarcza ma miejsce, więc nasza troska o sytuację na Ukrainie jest uzasadniona. Zależy nam na bezpiecznej i stabilnej Ukrainie. Trzymamy za to kciuki, by rzeczywiście ten konflikt na morzu Azowskim nie eskalował dalszym napięciem między Federacją Rosyjską a Ukrainą. Opinia międzynarodowa bardzo zdecydowanie i natychmiast reaguje na działania Federacji Rosyjskiej.

Jak pan przewiduje rozwój tej sytuacji? Czy ten nacisk międzynarodowy przyniesie skutek i sytuacja powróci do przynajmniej jakiejś normalności, czy też będzie eskalacja konfliktu?

Inną sprawą jest pytanie, które zadają sobie fachowcy, czy sytuacja wewnętrzna Rosji nie powoduje, że Rosja dopuszcza się tego rodzaju prowokacji, bo w ostatnim czasie bardzo spadły notowania poparcia dla Władimira Putina na terenie Federacji Rosyjskiej. 61% mieszkańców Federacji Rosyjskiej wyraża negatywną opinię o jego rządach i mówi, że źle rządzi krajem, jest odpowiedzialny za złą sytuację w Federacji Rosyjskiej. To sytuacja zaskakująca. Nigdy tak nie było. W ostatnich wyborach w poszczególnych rejonach, można by przyrównać te wybory do wyborów samorządowych w Polsce, gubernatorzy, kandydaci Władimira Putina przegrywają kolejne wybory i nie zostają wybrani na gubernatorów. Władimir Putin traci pewne wpływy na terenie Federacji Rosyjskiej. Niestety zawsze było tak, że kosztem sytuacji międzynarodowej, Władimir Putin będzie wzmacniał swoją pozycję wewnętrzną, uruchamiając konflikty na zewnątrz po to, żeby jednoczyć się wokół idei wielkiej Rosji, ich interesów kosztem innych państw. Pytanie, czy to nie jest właśnie główna przyczyna takich działań, które de facto doprowadziły do zajęcia kilku ukraińskich statków, które wchodzą w skład marynarki wojennej, zatrzymania kilku marynarzy. W skali dotychczasowych działań zbrojnych między Ukrainą a Federacją Rosyjską to nie jest wydarzenie, które można by porównać do dotychczasowych walk, bo nie jest to skala jakiejś dużej bitwy. Natomiast jest to taka prowokacja, pokazanie, że my tu rządzimy, my tu będziemy dyktowali warunki, być może nakierowana na to, żeby wewnątrz Federacji Rosyjskiej mówiono, że Władimir Putin walczy o nasze interesy, nie pozwoli na to, żeby Ukraina działała przeciwko Federacji Rosyjskiej. Odpowiadając ostatecznie na pana pytanie, na dzień dzisiejszy, według mnie, wykorzystano w przestrzeni międzynarodowej wiele możliwości, które miały doprowadzić do tego, żeby Władimir Putin i Rosja nie eskalowali konfliktu. Można jeszcze w tej chwili podjąć dość trudną decyzję o ograniczeniu możliwości dokonywania operacji finansowych dla firm rosyjskich w przestrzeni międzynarodowej, czyli wyrzucenia rosyjskich banków z systemu międzynarodowego. To też groziłoby tym, że Rosja zaprzestałaby spłacania swoich zobowiązań wobec innych państw. Może to zdestabilizować międzynarodową gospodarkę. Od kilku lat Rosja jest głównym krajem na świecie, który skupuje złoto. Gromadzi ogromne rezerwy tego złota, przygotowując się na potencjalny konflikt międzynarodowy, który może spowodować odcięcie Rosji od międzynarodowego systemu walutowego (…).
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Tomasz Lenz

Piotr Całbecki

Piotr Całbecki. Fot. Archiwum
Piotr Całbecki. Fot. Archiwum
Gościem Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK był Piotr Całbecki - wybrany marszałkiem województwa kujawsko - pomorskiego na kolejną kadencję. Z marszałkiem rozmawialiśmy o perspektywach finansowych nowej, pięcioletniej kadencji, o obawach bydgoszczan i bydgoskich polityków, a także o strategii rozwoju województwa 2020+

Michał Jędryka: Po 12 latach doświadczeń zostaje pan wybrany tym razem na 5-letnią kadencję. To jest kadencja, która zakończy się w 2023 roku, więc będzie obejmować nową perspektywę unijną 2021 – 2017. Będzie to budżet o 20% mniejszy prawda?

Piotr Całbecki: Tak. Jeszcze do końca nie wiemy w jaki sposób będą redystrybuowane środki z polityki spójności pomiędzy poszczególne programy operacyjne, ale liczę, że trochę inaczej niż poprzednio. Te regiony, które mają więcej zaległości do nadrobienia w stosunku do pozostałych województw, które z różnych powodów rozwijały się szybciej, ich potrzeby zostaną uwzględnione.

To znaczy, że mamy więcej do nadrobienia, bo tutaj były pewne spory. Pan minister Kwieciński mówił m.in. że jesteśmy jednymi z gorszych, pan marszałek to korygował.

Ja mam na myśli proces rozwojowy. Trudno porównywać się do Warszawy, Krakowa, Wrocławia, czy Trójmiasta, gdzie decyzje polityczne podejmowane wcześniej w Polsce lokowały w tych ośrodkach ogromne pieniądze krajowe, również z krajowych programów operacyjnych środki unijne. Dziś czas to zmienić. Mam nadzieję, że polityka spójności wejdzie pełnym wachlarzem do naszego kraju, a nie, że preferowani będą najsilniejsi. W ten sposób liczenie na to, że np. szybka kolej będzie przebiegała przez nasze województwo będzie iluzją. Wiemy, że połączyła Gdańsk i Warszawę, omijając 3 najważniejsze w naszym regionie miasta: Włocławek, Toruń i Bydgoszcz.

Właśnie, które inwestycje będą kluczowe i najważniejsze?

Z naszej perspektywy, musimy dziś dokończyć te programy, które rozpoczęliśmy jeszcze w poprzedniej perspektywie. Jest ich sporo. Przypomnę, że zaangażowaliśmy się na ogromnym obszarze, jeśli chodzi o inwestycje drogowe, komunikacyjne. Mamy dziś sporo problemów z wykonawcami, którzy niemalże schodzą z placu budowy ze względu na rosnące koszty wykonania tychże inwestycji, do których wcześniej się zobowiązywali startując w przetargach. Mamy do dokończenia ogromny pakiet stulecia w obszarze medycznym. Cała sfera polityki społecznej, którą rozwijamy. Pojawiają się kluby seniora, domy dziennego pobytu dla seniorów, polityka społeczna, opieka długoterminowa. Są to wyzwania w tej chwili priorytetowe. To co czeka nas w przyszłości to, mam nadzieję, duży pakiet inwestycji kończących te programy przynajmniej w obszarze komunikacyjnym. Mam nadzieję, że do 2025 roku wszystkie drogi wojewódzkie będą wyremontowane w 100%, liczę, że właśnie tak się stanie dzięki środkom unijnym, które przed nami.

Jeśli jest mowa o tych inwestycjach transportowych to chyba pewną kluczową rolę pełni Wisła. O ile dobrze pamiętam, 205 kilometrów Wisły znajduje się na terenie województwa kujawsko-pomorskiego. Mówi się o tym, żeby uczynić ją żeglowną. Mówi się również o tym, że jest to perspektywa znacznie dłuższa, niż tej kadencji, ale prace powinny zacząć się już teraz.

Zaczęliśmy dużo wcześniej, bo również na antenie Radia PiK wielokrotnie apelowaliśmy i dyskutowaliśmy na temat użeglownienia Wisły. Jesteśmy w szczególnym miejscu, bo krzyżują się dwie międzynarodowe drogi wodne. Bydgoszcz jest tym miejscem, gdzie one się krzyżują. Chociażby z tego powodu mamy ogromny potencjał logistyczny. Jedynie lub aż trzeba użeglownić Wisłę, co jest procesem z jednej strony bardzo kosztownym, ale tu chyba znaleźliby się inwestorzy, z drugiej strony niezwykle skomplikowanym, jeśli chodzi o uwarunkowania środowiskowe. Liczę na to, że ogrom prac, które już do tej pory wykonaliśmy, to były lata prac, ekspertyz. Zaangażowaliśmy w te przedsięwzięcia wielką rzeszę ludzi, specjalistów przekonują, że ten projekt jest realny, jeśli chodzi o kwestie ekonomiczne i może być przyjazny środowisku. Siarzewo będzie testem. Mam nadzieję, że już niedługo rozpocznie się tam inwestycja, kolejny etap kaskadyzacji Wisły, ale tak naprawdę pierwszy zmierzający do jej użeglownienia. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będziemy mogli świętować wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę dla tej inwestycji. Jeśli ona się pojawi, myślę, że kolejne etapy realizacji tego programu będą postępować lawinowo. Jest to wielka przyszłość dla naszego regionu.

Perspektywa docelowa jest taka, że część ruchu towarowego z portów w Gdyni i Gdańsku mogłoby być rozładowywane tutaj na terenie województwa.

Naszymi podstawowymi partnerami są dwa porty, w Gdyni i Gdańsku, które już się zatykają. Nawet przebudowany system transportu kolejowego nie wystarcza, aby wywieźć i dowieźć co tych portów ogromne ilości kontenerów. Są jeszcze inne towary, chociażby sypkie, masowe, które również mogą być transportowane Wisłą.

Do tego również zmierza budowa tzw. portu multimodalnego, czyli portu przeładunkowego, który ma powstać w okolicach Nowej Wsi Wielkiej. Ma tam powstać terminal kolejowy, a w okolicach Solca Kujawskiego port rzeczny.

Tak. Takie są plany i wskazania ekspertów, że te dwie lokalizacje, jeśli chodzi o port suchy Emilianowo, a jeśli chodzi o port rzeczny, na granicy Solca Kujawskiego i Bydgoszczy. Jest to miejsce wskazane przez ekspertów, jako najbardziej przyjazne realizacji tego typu inwestycji. Wisła jest organizmem żywym. Ona wciąż meandruje, stwarza wiele problemów dla żeglugi i tworzenia portów. To wielkie zakole z punktu widzenia hydrologów jest najlepszym, które można wskazać przynajmniej na pierwszy, duży port rzeczny na Wiśle. Oczywiście nie wyklucza się powstawania kolejnych o mniejszym znaczeniu, ale ten byłby na pewno podstawowym i najważniejszym.

Czy będzie tyle konsekwencji, że powstanie odpowiednia infrastruktura drogowa i kolejowa, żeby to wszystko połączyć, bo np. tory kolejowe do lotniska do tej pory nie powstały.

Jest to naszym wielkim marzeniem, ale bardzo realnym celem do osiągnięcia, przy współpracy z rządem, bo oczywiście sami nie jesteśmy w stanie takiego projektu zrealizować. Rzeczywiście poprowadzenie nowej linii kolejowej w nowym przebiegu z Solca Kujawskiego przez Trzciniec do Bydgoszczy Głównej zrewolucjonizowałoby układ kolejowy w naszym regionie. W sposób doskonały skróciłby się czas dojazdu z Bydgoszczy do Torunia, ale także do Gdańska. Jest to główna magistrala łącząca Trójmiasto, nie licząc oczywiście szybkiej kolei, która nas ominęła i prawdopodobnie długo do nas nie dotrze, ale o to połączenie powinniśmy dbać. Jest to naturalne połączenie i przystanek-peron przy porcie lotniczym. Nie muszę tłumaczyć jak bardzo pomogłoby to w rozwijaniu portu lotniczego i otwarciu go jeszcze bardziej na cały świat.

Na koniec zapytam co chciałby pan powiedzieć bydgoszczanom, którzy mają pewne obawy, że marszałek jest z Torunia i w Toruniu będzie bardziej dbał o interesy swojego miasta?

Chcę powiedzieć, że zarówno Bydgoszcz, jak i Toruń, wszystkie większe miasta to miasta, które są niezwykle ważne, najważniejsze dla regionu. Rolą marszałka jest dbać o zrównoważony rozwój całego województwa, również tych ośrodków, które nie mają szansy być stolicami tak jak Grudziądz, Inowrocław, Włocławek i wiele mniejszych. Sądzę, że za nami już spory, które miasto jest ważniejsze, które miasto jest większe. To jest oczywiste, że Bydgoszcz jest największa, ma największy potencjał i zawsze tak pozostanie. Ja mogę jedynie zadeklarować, że tak jak przez ostatnie 4 lata, nie będę poruszał wrażliwych tematów, jeśli nie będzie na to zgody Bydgoszczy. Mam tutaj na myśli władze miasta, prezydenta, nową radę. To są partnerzy, z którymi muszę współpracować jeszcze bliżej niż dotąd, aby być może przekonać nieprzekonanych jeszcze bydgoszczan o tym, że moje intencje są jak najbardziej probydgoskie. Proszę zwrócić uwagę na ogrom inwestycji, które realizujemy jako samorząd województwa w Bydgoszczy. Prowadzimy Operę, będziemy budować 4 krąg. Prowadzimy Filharmonię, będziemy ją rozbudowywać właśnie w tej perspektywie. Wszystkie najważniejsze szpitale, oprócz klinicznych, prowadzi i inwestuje w nie samorząd województwa, chociażby Szpital Dziecięcy w Bydgoszczy. Tych dowodów na to, że prowadzimy zrównoważony rozwój i politykę jest bardzo wiele. Potrzebne jest zaufanie i bliższy dialog.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Piotr Całbecki

Wojciech Sumliński

Wojciech Sumliński. Fot. Zbigniew Czernik/Wikipedia
Wojciech Sumliński. Fot. Zbigniew Czernik/Wikipedia
Gościem Rozmowy Dnia był dziennikarz śledczy Wojciech Sumliński - współautor książki zatytułowanej "Niebezpieczne związki Donalda Tuska". Sumliński wraz z Tomaszem Budzyńskim opisał przeszłość Donalda Tuska oraz kulisy powstania Kongresu Liberalno-Demokratycznego i finansowania tej partii. W czwartek wieczorem spotkał się z czytelnikami w Bydgoszczy.

Marcin Kupczyk: Proszę powiedzieć kim jest Donald Tusk z książki „Niebezpieczne związki Donalda Tuska”? Jak by go pan scharakteryzował?

Wojciech Sumliński: Jest to postać wykreowana, jest to produkt niemieckiego wywiadu BND i wywiadu wojskowego PRL, człowiek, który był związany z przestępcami, był finansowany przez Niemców, z brudnych pieniędzy afery FOZZ przez Wiktora Kubiaka – głównego machera tej afery. Także przez kilku biznesmenów m.in. Janusza Stajszczaka wywodzącego się z Bydgoszczy. Takimi ludźmi otaczał się Donald Tusk, więc nie jest to żaden wielki opozycjonista, nie jest to żaden autorytet. Jest to po prostu puste, wykreowane pudełko, produkt marketingowy i PR-owy.

Każda strona pańskiej książki to w zasadzie oskarżenie wobec tej osoby, ale z każdej strony osoba opisywana mogłaby wytoczyć autorowi proces, jeśli czuje się niewinna.

Proszę bardzo. Czekam. Jesteśmy gotowi. Mamy w zanadrzu parę asów, przygotowaliśmy się doskonale. Myślę, że pan Donald Tusk będzie bardzo zdziwiony jak dobrze się przygotowaliśmy do ewentualnej potyczki prawnej. Nie boimy się procesów. Bierzemy odpowiedzialność za każde słowo. W ciągu ostatnich kilku lat miałem 20 procesów. 19 już się zakończyło, w każdym przypadku wyrokami korzystnymi dla mnie, nie przegrałem ani jednej sprawy. Nie mówię tego, żeby się chwalić, tylko mówię o tym, dlatego że wierzę w to co robimy, wkładamy w to całe serce, wszystkie umiejętności i siły. Jeżeli nie jesteśmy czegoś pewni to milczymy, nie mówimy, nie piszemy. Jesteśmy przygotowani, gotowi i bierzemy odpowiedzialność za każde słowo, bo to są po prostu słowa prawdy o Donaldzie Tusku, który miał niebezpieczne związki z wywiadem niemieckim, wywiadem wojskowym PRL i przestępcami. Sama prawda.

Piszą panowie o pewnej imprezie polityków czekających na helikopter. Przylatuje. Wiktor Kubiak z niego wysiada i jak mówią wasi rozmówcy, wręcza politykom Kongresu Liberalno-Demokratycznego podarte reklamówki pełne pieniędzy. Czy tak naprawdę było? Dla zwykłych czytelników to może wydawać się nieprawdopodobne.

Były to, brzydko mówiąc, reklamówki wypchane brudną forsą z afery FOZZ, bo to Wiktor Kubiak takimi pieniędzmi operował. 1 miliard 700 milionów dolarów wykradzionych pieniędzy, bandycki numer, matka wszystkich afer. Z takich pieniędzy Wiktor Kubiak budował Kongres Liberalno-Demokratyczny, czyli partię Donalda Tuska i takimi pieniędzmi wspierał samego Donalda Tuska. To co pan powiedział, ta relacja we Władysławowie, bo tam się rzecz działa, to rzeczywiście relacja po całonocnej popijawie. Mamy relacje z 3 niezależnych źródeł, od 3 osób, które opowiedziały nam dokładnie tę samą historię pokazująca jak to wyglądało. Leci śmigłowiec, przylatuje, ląduje. Ludzie, którzy zaraz przejmą w Polsce władzę, chwilę wcześniej malowali kominy, zasileni brudnymi pieniędzmi cieszą się. Wychodzi Kubiak – ich król, wręcza im te reklamówki z brudną forsą mówiąc „macie”, a oni rzucają się na te pieniądze. To są opisy, które mamy. Brzmi to jak historia z jakiegoś filmu, ale to historie, pod którymi się podpisują nieanonimowi ludzie, ludzie pokroju Krzysztofa Wyszkowskiego, działacza opozycji solidarnościowej, który wtedy był blisko tego towarzystwa, bo był w Kongresie Liberalno-Demokratycznym i jeszcze parę innych osób. Mamy takie relacje. Ci ludzie ręczą, że tak było. Dlaczego mamy im nie wierzyć?

Niezależne od siebie źródła to np. uczestnicy tej imprezy, jeśli chodzi o ten wątek?

Tacy uczestnicy, jak wspomniany przeze mnie Krzysztof Wyszkowski i jeszcze dwie osoby, które tam były i to widziały na własne oczy, i które nam to potwierdziły słownie i pisemnie.

Jest także w panów książce pewna sugestia dotycząca ewentualnej współpracy Donalda Tuska ze służbami po tym jednorazowym, 24 godzinnym zatrzymaniu.

To jest więcej, niż sugestia wspomnianego Krzysztofa Wyszkowskiego, ale też logika i zdrowy rozsądek mówią o tym, że jeżeli 5 opozycjonistów jest zatrzymanych w esbeckim kotle i z tych 5 opozycjonistów nazajutrz wszyscy są wypuszczeni, co było rzeczą bez precedensu, nie mającą odpowiednika w tamtych realiach, bo wszyscy byli poszukiwani przez SB listami gończymi, mają przy sobie materiały nielegalne, bijące we władzę ludową. Nagle cała piątka zatrzymanych jest wypuszczona. Jest wśród nich jeden kret, zgniłe jabłko. 4 z nich później przechodzi aresztowania, cierpienia, podsłuchy, inwigilacje, więzienia itd. Jest jeden, który nie ma żadnego problemu. Dostaje paszport, wyjeżdża za granicę, jedzie do Paryża, później podróżuje sobie po Niemczech. Zgadnijcie jak się nazywał. Donald Tusk.

Czy to wystarczające, żeby oskarżyć go o współpracę?

To jest jeden z bardzo wielu elementów, w których pokazujemy, że Donald Tusk, jeżeli był opozycjonistą to był bardzo dziwnym opozycjonistą. Był opozycjonistą na absolutnie szczególnych prawach. Krzysztof Wyszkowski nazywa to czapką niewidką. On już wtedy podejrzewał Donalda Tuska o czapkę niewidkę. Nie miał pewności. Mówi „Miałem wtedy wątpliwość. Inne poszlaki ułożyły się w logiczny ciąg zdarzeń i naprowadziły mnie na to, że tym zgniłym jabłkiem mógł być tylko Donald Tusk”. Przecież to jest cały ciąg zdarzeń, które opisujemy w książce, o których trudno powiedzieć w krótkiej rozmowie. Oczywiście ten jeden element byłby tylko wątpliwością, ale jeżeli do tego dołączy się jeszcze parę innych elementów to jest już się nad czym zastanawiać.

Jest również historia mówiąca o wręczaniu pieniędzy, samochodu, a nawet mieszkania przez przyjaciół, biznesmenów.

Tak. Jeśli chodzi o samochody, królowali w tym bracia Stajszczakowie. To z samochodu Janusza Stajszczaka korzystał Donald Tusk. Jeśli chodzi o mieszkanie to Sopot. Tam mieszkanie komunalne, chociaż nie miał prawa do tego mieszkania, bo był zameldowany w Gdańsku, jego żona w Gdyni. Władze miasta Sopot dały mu to mieszkanie. Później prezydent przyznał się na policji, która przesłuchała go w tej sprawie, że było to sprzeczne z prawem. Donald Tusk nie miał prawa dostać tego mieszkania. Dostał je bezprawnie ze złamaniem prawa, wcześniej eksmitowano z tego mieszkania kolejarską rodzinę, żeby pan Donald Tusk mógł w nim zamieszkać. W takich dziwnych okolicznościach, a w zasadzie przerażających okolicznościach zdobył to mieszkanie, ale wiedział, że jest bezprawne, dlatego chciał je szybko wykupić. Tu pomocą posłużył Wiktor Kubiak, który pożyczył mu pieniądze na to mieszkanie, ale później się żalił, że wziął pieniądze i nie oddał. To z kolei są relacje kilku innych kolegów Donalda Tuska m.in. Pawła Piskorskiego, ale też paru innych.

Wspomniany już kilkakrotnie Wiktor Kubiak, przedstawiany jako ten, który walczył z komunizmem już w 1968 roku, potem pracował na Zachodzie, był polonijnym biznesmenem.

To jest jedna wielka nieprawda. Wiktor Kubiak był obok Żemka i Przywieczerskiego jednym z 3 pasów transmisyjnych, przy pomocy których budowano imperium finansowe z afery FOZZ. Budowano spółki, spółki-córki, spółki zależne. To tak się rozszerzało jak takie spółki krzaki. Budowano też media, budowano partie polityczne. To przy pomocy Wiktora Kubiaka, który był bardzo ważnym kanałem finansowym z punktu widzenia wywiadu wojskowego PRL, bo był bardzo ważnym przedstawicielem tego wywiadu. Musiano mu bardzo ufać, skoro pozwolono mu na to, żeby te zagrabione pieniądze z afery FOZZ były przez niego obracane. To właśnie on finansował Kongres Liberalno-Demokratyczny, a doszło do tego tylko dzięki Donaldowi Tuskowi, który połączył te środowiska, bo to on wprowadził Kubiaka (…). Człowiek wojskowego wywiadu PRL nienawidzi komunistów, po prostu jedna wielka legenda. Wykreował go Tusk przed swoimi kolegami i wprowadził go w to środowisko. Później ci ludzie zdobyli władzę, a Wiktor Kubiak został doradcą Janusza Lewandowskiego, wielkiego dziś europosła, który nas poucza z Brukseli. Wtedy z Kubiaka zrobił swojego doradcę do spraw prywatyzacji i to doradzanie polegało na tym, że wyprzedawano majątek państwowy za bezcen, często poniżej wartości gruntów, na których stały rozmaite zakłady.

Teraz dzień bieżący. Rośnie zaufanie Polaków do Donalda Tuska. Wskazują na to ostatnie rankingi poparcia polityków, czy też zaufania społeczeństwa do poszczególnych polskich polityków. Jak by pan to skomentował?

Ja wierzę w mądrość moich rodaków. Uważam, że jesteśmy wspaniałym narodem, najwspanialszym na świecie. Mamy mnóstwo mądrych, wspaniałych ludzi. Jeżeli część z moich rodaków twierdzi i chce, żeby Donald Tusk był prezydentem to nie dlatego, że są to głupi rodacy, ale dlatego, że są niedoinformowani. Po prostu nie wiedzą. Właśnie książka „Niebezpieczne związki Donalda Tuska” ma na celu wypełnienie tej luki, żeby Polacy byli doinformowani. Chcę wierzyć i wierzę w to, że jak będą doinformowani to Donald Tusk nigdy nie zostanie prezydentem Polski.

Mówił pan, że mają panowie jeszcze kilka asów w rękawie co oznaczałoby, że nie wszystko zostało napisane w tej książce. Są panowie gotowi na proces przeciwko sobie za tę książkę?

Pisząc takie książki o Komorowskich, Tuskach, trzeba mieć świadomość, że są to ludzie wpływowi, stoją za nimi ludzie jeszcze bardziej wpływowi, więc będą używali wszelkich argumentów, żeby podważyć naszą wiarygodność. To się dzieje często skrycie, w sposób niewidoczny dla opinii publicznej, która nie wie kto pociąga za sznurki. Proces to jest już taka jawna walka. My jesteśmy gotowi na walkę niejawną i walkę jawną. Mamy te asy. Myślę, że każdy na naszym miejscu zostawiłby je w rękawie. Nie chodzi nawet o Donalda Tuska, bo jego się kompletnie nie obawiamy, to nie jest żaden zawodnik wagi ciężkiej, jak się go kreuje. On ma za plecami zawodników wagi ciężkiej i tu się będzie rozstrzygać walka. Jesteśmy gotowi, bierzemy odpowiedzialność za każde słowo, mamy asy w rękawie, spokojnie czekamy na to co przyniesie kolejny dzień.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Wojciech Sumliński

Dariusz Ratajczak

Dariusz Ratajczak, fot. Okręgowa Izba Lekarska
Dariusz Ratajczak, fot. Okręgowa Izba Lekarska
PR PiK - Rozmowa Dnia - Dariusz Ratajczak
- Sytuacja lekarza, do którego przychodzą protestujący po zwolnienia lekarskie, nie jest z punktu widzenia medyka moralnie jednoznaczna - mówił Dariusz Ratajczak, członek zarządu regionalnego Okręgowej Izby Lekarskiej w Bydgoszczy, gość Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK. - Gdyby lekarz wiedział, że grupa pacjentów przychodzi po zwolnienia lekarskie po to, by wziąć udział w proteście, miałby obowiązek odmówić wydania zaświadczenia o niezdolności do pracy.

Michał Jędryka: Zacznę jak w starym dowcipie. Przychodzi pacjent do lekarza i mówi: „Panie doktorze, bolą mnie plecy, coś mi strzeliło, gdy podnosiłem ciężar. Nie mogę chodzić”. Dałby Pan doktor tydzień zwolnienia?”
Dariusz Ratajczak: To sugestia rodem z serialu „Dr House”, którego główny bohater z góry zakładał, że każdy pacjent kłamie. My lekarze nie jesteśmy bohaterami tego serialu i nie możemy z góry zakładać, że to co pacjent mówi jest nieprawdą. Musimy brać pod uwagę definicje zdrowia i choroby.
„Zdrowie” to nie jest tylko stan braku choroby, ale również stan, w którym pacjent ma mieć pełen dobrostan fizyczny, społeczny i pod każdym innym względem.

Ale w momencie, kiedy lekarz wystawia zwolnienie lekarskie, ma chyba jednak obowiązek elementarnego sprawdzenia, czy to co mówi pacjent jest prawdą.
- Lekarz ma obowiązek wydawania swoich opinii po przeprowadzeniu kompletnego badania i wywiadu lekarskiego. Jeżeli uznaje, że do tego, aby orzec, czy pacjent powinien dostać zwolnienie lekarskie wymagane będą jakieś dodatkowe badania, powinien je wykonać. Nie każdy pacjent jest w stanie to zrobić w swoim wolnym czasie. Na czas wykonywania niektórych badań, również powinien ewentualnie otrzymać takie zwolnienie. Oczywiście lekarz powinien wydawać swoje opinie po osobistym przeprowadzeniu pełnego wywiadu z pacjentem i badania przedmiotowego. Dopiero wtedy może stwierdzić, czy wystawić zwolnienie, czy nie. Po rozpoznaniu ordynuje leczenie.

Z tego wynika, że nie ma stuprocentowo systemu zapobiegania nadużyciom, jeśli chodzi o branie zwolnienia lekarskiego przez pacjentów?
- Problem jest taki, że za zwolnieniem lekarskim idą konkretne pieniądze. To jest główny problem. Środowisko lekarskie już wiele lat temu mówiło, że my wcale nie chcemy takiego prawa oceniania, czy wypisywać zwolnienie, czy nie. Jesteśmy lekarzami, mamy stwierdzać czy pacjent jest chory, czy zdrowy. Ewentualnie moglibyśmy stwierdzać, że według naszej opinii ten pacjent powinien w związku ze swoją chorobą być w domu lub nie, natomiast, czy ktoś powinien dostać za to pieniądze, czy nie powinien stwierdzić rzecznik ubezpieczyciela, czyli rzecznik ZUS-u. Z naszą opinią pacjent powinien więc trafić do rzecznika. Czy da pieniądze, czy nie to już nie nasza sprawa. My wcale nie mamy ochoty być na styku tych kwestii finansowych (...).

Rozmawiamy o finansach, a tu pojawił się zupełnie nowy problem - nowy rodzaj protestów różnych grup zawodowych, który polega na braniu masowo zwolnień lekarskich. Dzisiaj „Express Bydgoski” informuje, że nauczyciele pójdą na zwolnienia lekarskie. Mieliśmy już tego typu protest policjantów, wczoraj słyszeliśmy o podobnym we Włocławku, w Miejskich Zakładach Komunikacyjnych. Są tu pewne problemy etyczne i po stronie pacjenta, i po stronie lekarza.
- Zgadza się. Jeżeli jestem w poradni jako lekarz i przychodzą pacjenci, gdy zauważam, że jest jakiś cykl, czyli mam np. 10 policjantów, to po 2–3 osobie może mi się zapalać żarówka alarmowa, że coś jest nie tak. Natomiast, jeżeli jest to pojedynczy pacjent, to trudno jest mi ocenić jako lekarzowi czy te objawy, które pacjent wskazuje są wymyślone, bo nie zawsze można to sprawdzić. Państwo nie zdajecie sobie sprawy, ale np. mamy w tzw. słowniku ICD-10 różnego rodzaju schorzenia i jednym z nich jest R53 – złe samopoczucie, zmęczenie. To jest jedno z oficjalnych rozpoznań w słowniku ICD-10, które pacjent może mieć. Nie można tutaj wykluczyć, że zdrowie to nie tylko brak choroby, ale również pewien dobrostan. Pacjenci przychodzą do lekarza również z ogólnym złym samopoczuciem. Jak każdy przypomni sobie swoje doświadczenie zawodowe, to czasami bywają takie dni, że człowiek nie powinien się niczego dotykać, bo czego się zrobi to z tych, czy innych względów jest jak „kulą w płot”. Wtedy lepiej, żeby mnie w pracy nie było, bo mogę przynieść więcej szkody sobie i współpracownikom. Trzeba więc brać pewien całokształt pacjenta, a nie tylko konkretny brak choroby.
Niewątpliwie, gdybym umówiłbym się z grupą pacjentów, którzy chcą protestować, to wtedy następuje złamanie etyki lekarskiej, bo to znaczy, że poświadczam nieprawdę. Z punktu widzenia tej grupy chcącej protestować, podawanie do oficjalnej wiadomości tego typu kwestii, że idziemy na zwolnienie to już jest w jakimś sensie podawanie nieprawdy. To nie powinno mieć miejsca (...).
1234567