Sobota, 16 lutego 2019 r.   Imieniny: Danuty, Julianny, Daniela
Polskie Radio PiK » Rozmowa Dnia

Rozmowa dnia

Maria Wasiak

Maria Wasiak. Fot. Archiwum
Maria Wasiak. Fot. Archiwum
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Maria Wasiak
Dobiega końca nabór kandydatów do Komitetu Rewitalizacji Bydgoszczy. Będzie to gremium, które ma pomóc władzom miasta w ożywieniu kilku osiedli. Co ma się zmienić w tych miejscach? Rozmowa Dnia z zastępcą prezydenta Bydgoszczy.

Marcin Kupczyk: Dziś mija termin przyjmowania zgłoszeń, ale być może zostanie przedłużony. Czym będzie ten komitet?

Maria Wasiak: Komitet ma bardzo szeroki skład społeczny, zakładamy, że wejdą do niego mieszkańcy, przedstawiciele podmiotów prowadzących działalność gospodarczą, przedstawiciele organizacji społecznych, przedstawiciele Rad Osiedli, przedstawiciele osób niepełnosprawnych. Chcemy, żeby w komitecie funkcjonowało też przedstawicielstwo osób zarządzających nieruchomościami na danym terenie. Mamy tez pule miejsc dla tzw. zwykłych mieszkańców, którzy nie muszą się legitymować jakąś nadzwyczajną działalnością organizacyjną, natomiast muszą poprzeć tę swoją kandydaturę podpisami grupy mieszkańców ze swojego otoczenia.

Takiego ciała jeszcze w Bydgoszczy nie było?

My to robimy poszerzając uczestnictwo mieszkańców w tym co się dzieje w mieście, żeby to uczestnictwo nie było na zasadzie petent, który pyta urzędnika co się dzieje? Tylko, żeby uczestniczył w jakimś zespole, który ma dostęp do informacji operacyjnych.

Jakie będą zadania tego komitetu?

Komitet, mówiąc ogólnie, ma monitorować przebieg realizacji programu rewitalizacji, przy czym dla nas szczególnie ważny jest wątek społeczny rewitalizacji, bo to że zmieni się coś wyraźnie, że będzie wyremontowany rynek, czy budynek to wszyscy będą widzieli i każdy będzie mógł ocenić jak to wpływa na te część miasta, natomiast jak są realizowane tzw. programy społeczne czyli np. takie, które są kierowane do dzieci z tego obszaru, a my te obszary wybraliśmy też na podstawie stwierdzonych tzw. deficytów społecznych i jednym z nich był poziom kształcenia w szkołach podstawowych i uznając, że poziom kształcenia, wyniki, które dzieci osiągają, jest bardzo symptomatyczny dla stanu społecznego danego obszaru.

Komitet ten ma reprezentować osiedla: Bocianowo, Śródmieście, Stare Miasto, Okole, Wilczak, Jary, Stary Fordon, Zimne Wody i Czersko Polskie. Dlaczego te miejsca?

Dlatego, że one właśnie wykazały się w takim badaniu diagnostycznym szczególnym nasileniem tych problemów, jednym z tych przykładów było kształcenie, to jest kwestia tez liczby osób, które korzystają z pomocy społecznej. Chciałabym, żeby komitet rewitalizacji bardziej monitorował programy społeczne, których celem jest zmiana sposobu życia czy pewnych nawyków społecznych, czy szans dla małych dzieci z tego obszaru. Więcej zatem będziemy mówili o takich projektach jak założeniu nowej świetlicy czy placu zabaw niż dużych projektów, których obserwacja będzie łatwa (...).

Maria Dreszer

Maria Dreszer. Fot. Archiwum PR PiK
Maria Dreszer. Fot. Archiwum PR PiK
PR PiK - Rozmowa Dnia - Maria Dreszer
Około 70 interpelacji zgłoszono dotąd podczas Specjalnych Sesji Sejmiku Osób Niepełnosprawnych. - Większość postulatów została zrealizowana - mówi Maria Dreszer, pełnomocnik zarządu województwa ds. osób niepełnosprawnych, która była gościem Rozmowy Dnia w Polskim Radiu PiK.

Magda Jasińska: We wtorek w Urzędzie Marszałkowskim odbyła się jubileuszowa - 10 sesja z udziałem osób niepełnosprawnych. Co wynika z tych sesji? Co się dalej dzieje z postulatami osób w nich uczestniczących?
Maria Dreszer: Jest to niezwykle ważne wydarzenie dla samorządu województwa. 10 razy już spotkaliśmy się z przedstawicielami organizacji pozarządowych, placówek, w których uczestniczą osoby z niepełnosprawnością - m.in. warsztatów terapii zajęciowej, zakładów aktywności zawodowej, czy prowadzonych świetlic środowiskowych. Dotychczas zostało złożonych ponad 170 interpelacji. Dotyczyły tak naprawdę różnych sfer - począwszy od problemów, jakie napotykają dzieci z niepełnosprawnością, osoby dorosłe, czy też osoby w starszym wieku. Interpelacje składane są osobiście przez osobę z niepełnosprawnością, która wczuwa się w rolę radnego. Potem przekazywane są do Zarządu Województwa Kujawsko-Pomorskiego i w zależności od tego, czego dotyczą, rozpatrujemy je osobiście sami, bądź też przekazujemy do instytucji, które odpowiadają za różne podnoszone kwestie.
To jest identyfikacja, prezentacja, a potem popularyzacja różnych problemów prawnych, społecznych, ekonomicznych i poszukiwania rozwiązań wspólnie ze środowiskiem. Osoby z niepełnosprawnością to nasi mieszkańcy, w których głos się wsłuchujemy.

Czego konkretnie dotyczą najczęściej zgłaszane interpelacje?
- Chociażby większego dofinansowania do sportu i turystyki, także likwidacji barier architektonicznych. Ciągle jest o tym mowa, choć mnóstwo pieniędzy jest przeznaczane na modernizację obiektów publicznych i powinny one - podobnie jak drogi, czy budowane ścieżki - spełniać wszystkie standardy i być dostępne dla wszystkich mieszkańców.

Interpelacje dotyczą też zmiany prawa?
- Tak, chociażby podnoszona wiele lat temu kwestia algorytmu zwiększenia dofinansowania dla jednego mieszkańca pobytu w warsztacie terapii zajęciowej czy w zakładzie aktywności zawodowej. To się akurat udało. Byliśmy pierwszymi, którzy wystąpili w tej sprawie do ministerstwa. (...)
Zależy nam też, żeby tak zmienić przepisy, by pieniądze ze sprzedaży pięknych przedmiotów, ręcznie wykonywanych przez osoby z niepełnosprawnością, można było przeznaczać na doinwestowanie placówek, tzw. zakupy inwestycyjne - sprzęt, niewielki remont. Do dziś przepisy nie zostały zmienione, mam nadzieję, że to niebawem nastąpi (...)
Jest jeszcze jedna interpelacja niezwykle ważna, a dotyczy ścieżki edukacyjnej dla osób z niepełnosprawnością. Co mają zrobić rodzice, gdy dziecko kończy edukację i przygotowania do zawodu. Kończy 25 lat i co dalej? Mamy w niektórych miejscowościach warsztaty terapii zajęciowej, zakłady aktywności zawodowej, świetlice czy dzienne domy, ale nie jest tak wszędzie. Duża grupa mieszka na wsiach, więc jest kwestia dowozu i braku samych miejsc, których jest za mało. Samorząd podjął w tej sprawie szereg działań - wiele środków przeznaczanych jest na dofinansowywanie obiektów rehabilitacyjnych i budowanie dziennych domów pomocy. (...)

Grzegorz Boroń

Grzegorz Boroń. Fot. Tomasz Kaźmierski
Grzegorz Boroń. Fot. Tomasz Kaźmierski
Naukowcy z Głównego Instytutu Górnictwa w Katowicach przyjechali na kilka dni do Bydgoszczy. Szkolą przedsiębiorców i samorządowców w walce z zanieczyszczeniami terenów poprzemysłowych. Odbywa się to w ramach projektu "GreenerSites", realizowanego w krajach centralnej Europy. Sprawa była tematem dzisiejszej Rozmowy Dnia, której gościem był Grzegorz Boroń - dyrektor wydziału zintegrowanego rozwoju Urzędu Miasta w Bydgoszczy.

Marcin Kupczyk: Czym jest projekt "GreenerSites" jakie są jego zadania?

Grzegorz Boroń: To jest projekt międzynarodowy, który finansuje program dla Europy Środkowej, on dotyczy rehabilitacji terenów poprzemysłowych, takie tereny poprzemysłowe jak nasz Zachem, bo ten teren jest terenem pilotażowym z naszej, bydgoskiej i polskiej strony tego projektu. To jest typowe miejsce dla krajów Europy Środkowej, typowy problem, po upadku komunizmu pozostały takie tereny poprzemysłowe. (...). W przypadku Zachemu mieliśmy do czynienia z taką sytuacją, że podczas działalności prowadzonej przez kilkadziesiąt lat odpady nie opuszczały granic zakładu. Ładunek zanieczyszczeń pozostał na terenie Zachemu, kumulował się przez lata na składowiskach odpadów zidentyfikowanych, jeszcze niezidentyfikowanych, w gruntach, w wodzie podziemnej, więc problem jest ogromny z uwagi na wielkość terenu, mamy do czynienia z ponad 100 ha zanieczyszczonych gruntów i wód podziemnych, mało tego, mamy taka sytuację geologiczną, że z położonego wyżej Zachemu wody mogą spłynąć do doliny Wisły, płyną pod osiedlem Łęgnowo-Wieś. Jeżeli nie zablokujemy tej migracji to będziemy mieli niedługo te zanieczyszczenia w Wiśle.

Czy zdążymy?

To trudno powiedzieć, bo z uwagi na ogromne koszty temat wymaga bardzo szerokiego, zintegrowanego podejścia. Tutaj muszą być włączone instytucje, zwłaszcza rządowe, finansujące ten projekt, dlatego, że do tej pory nawet w całości problem nie jest zidentyfikowany. Były szczątkowe badania, do lat 2000 badania prowadził sam Zachem (...). po upadku Zachemu system monitoringu niszczeje, problem jest w sprawach terenowo-prawnych, teren zakładu został podzielony, tam działa mnóstwo spółek, które nie identyfikują się z tym zanieczyszczeniem, a stanowi to dla nich problem. Tego dotyczą szkolenia. Mamy dwie grupy: przedsiębiorcy, którzy prowadzą tam działalność dowiadują się z czym mają do czynienia, wyjaśniają aspekt prawny, a prawo jest bardzo skomplikowane.

Czy da się w ogóle zlikwidować te skażenia?

Teoretycznie jest to możliwe, chociaż koszty przewidywane na usuwanie tych szkód są ogromne. Inne kraje postkomunistyczne np. Czechy po upadku komunizmu wdrożyły programy rządowe, które najpierw doprowadziły do zidentyfikowania takich miejsc, co tez nie było łatwe, a potem systematycznie likwidowano tego typu obiekty. W Polsce tego typu programów nie było, dlatego mamy teraz z tym do czynienia. Zakłady Chemiczne w Bydgoszczy to nie jest jedyny taki problem, choć jest ogromny, ale podobne zakłady są też w Tarnowskich Górach czy w Jaworznie i tam też mamy do czynienia ze szkodami w wodach podziemnych. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Grzegorz Boroń

Ryszard Kierzek

Ryszard Kierzek Fot. Ireneusz Sanger
Ryszard Kierzek Fot. Ireneusz Sanger
Rolnicy w poniedziałek protestowali w kilku miejscach w Kujawsko-Pomorskiem, blokując drogi krajowe. Powodem rolniczych protestów jest sytuacja na rynku trzody chlewnej. Na czym polega ten kryzys? Skąd się wziął i jakie są drogi wyjścia? Rozmowa Dnia z Ryszardem Kierzkiem, prezesem Kujawsko-Pomorskiej Izby Rolniczej.




Michał Jędryka: Wczoraj wieczorem wrócił pan z rozmów w Ministerstwie Rolnictwa, a na drogach regionu rolnicy i blokady jak w czasach Andrzeja Leppera. Popiera pan protest AGROunii?

Ryszard Kierzek: Zespoły izb rolniczych rozpoczęły wczoraj rozmowy z przedstawicielami ministerstwa, pana ministra nie było, był w Brukseli. Chodzi o wypracowanie pewnych rzeczy - czego my oczekujemy... Czy popieram protest AGROunii? Nie tylko AGROUnii. Kujawsko - Pomorska Izba Rolnicza w swojej uchwale sprzed 2 miesięcy wyraźnie powiedziała, że popiera wszystkie protesty ekonomiczne. Dla mnie bardzo ważnymi i znaczącymi protestami były te, które odbyły się w Tucholi i Sępólnie Krajeńskim. To byli rolnicy, którzy protestowali dlatego, że sytuacja ekonomiczna na wsi jest beznadziejna, a niekoniecznie związywali się z kimkolwiek. Oni mają pełne poparcie Kujawsko - Pomorskiej Izby Rolniczej. Oczywiście w AGROunii też protestują rolnicy i jeżeli protestują ze względu na sytuację ekonomiczną mają również pełne poparcie Izby.


Proszę wyjaśnić tę beznadziejność sytuacji ekonomicznej, o której pan wspomniał.

Oczywiście, trzeba to bardzo precyzyjnie wytłumaczyć. Doszło do potężnego załamania rynku trzody chlewnej. Jesteśmy poważnym eksporterem trzody chlewnej w Europie. Europa zrobiła sobie z Polski tuczarnię, troszeczkę z przyzwoleniem rządu. Bardzo mocno rozwija się system nakładczy - rolnik udostępnia chlewnię i swoją pracę. Ma za to zapłacone ileś tam pieniędzy i nie ponosi żadnego ryzyka cenowego.

A kto zamawia taką usługę?

Jest dużo firm, które w ten sposób działają na rynku.

To są firmy zagraniczne?

W dużej mierze tak. Warchlaki sprowadzane są z zagranicy, są wstawiane do chlewni, tuczone i udają, niestety, polskie świnie. Od razu mówię, że nie jestem przeciwnikiem tego typu działalności. Nie dziwię się rolnikom, którzy wchodzą w nią, mając tak naprawdę ostatnią możliwość zarobienia pieniędzy. Problem polega na tym, że rząd dopuszcza oszustwa w tym projekcie - firma, która wstawia zwierzęta do rolnika, nadaje numer stada na rolnika, a powinno być to robione na firmę. Te świnie we wszystkich rejestrach w figurują jako rolnika i na końcu mają umowy przywłaszczenia i trafiają do firmy.

A dlaczego nazywa pan to oszustwem, przecież to zgodne z prawem...

Z prawem, które się tworzy. Nie jest dobrze, jeżeli coś nie jest pana, a pan to prowadzi na swoich numerach gospodarstwa. Powstało już stowarzyszenie rolników poszkodowanych przez firmy nakładcze. Bardzo łatwo jest manewrować jakością "wstawionego" warchlaka, obciążać gospodarstwa. To powinno wyglądać inaczej. Jeżeli firma wkłada do rolnika warchlaki, zamawia u niego usługę, to numer stada powinna mieć nadany na siebie, a nie na tego rolnika. Z prostej przyczyny. Wtenczas okazałoby się ile ta firma naprawdę ma świń. Po drugie - od 1 stycznia obowiązek rejestrów i planów nawozowych spoczywałby na firmie, a nie na rolniku. A po trzecie sytuacja byłaby zupełnie inna kosztowo, byłyby VAT-y, niezerowane faktury za pasze itd. Normalne, prawdziwe obiegi faktur. Niestety, moim zdaniem, albo urzędnicy ministerstwa nie chcą tego zrozumieć albo po prostu jest to jakiś określony plan pogrzebania rodzimej produkcji. Co gorsze ministerstwo dofinansowuje, pośrednio oczywiście, ten system nakładczy wielkością pół miliona złotych na budowę nowych chlewni.

A dlaczego ten system pana zdaniem niszczy rolnictwo?

Z prostej przyczyny. Jestem od wielu lat producentem trzody chlewnej. Łącznie z synem mam 200 macior w cyklu zamkniętym. To mi się maksymalnie obniża ceny żywca. W tej chwili praktycznie nie zarabiam w ogóle. Są koledzy, którzy dokładają wielkie pieniądze, a tutaj rolnik, który ma włożone świnie przez tę samą firmę, do której ja na przykład sprzedaję, jego to nic nie obchodzi. Ma 30 zł czy 40 zł za usługę zapłacone. Jak przychodzi do sprzedaży świń, to mi się przesuwa termin odbioru, a są brane własne świnie, z systemu nakładczego.

Czyli zyskują ci, którzy weszli w ten system.

To znaczy mają pracę. Nie jestem przeciwnikiem tego systemu, bo to daje ludziom możliwości, ale jestem za uczciwą konkurencją, czyli robimy to na tę właśnie firmę, właścicielem świń jest firma, bo ona jest sprowadza... Po co te sztuczki przywłaszczeniowe? Dzisiaj z PROW-u powstają tuczarnie z dofinansowaniem 500 tys. zł. 90 proc. tych tuczarni jest budowana pod system nakładczy. Rząd dofinansowuje w ten sposób system nakładczy.

Mówi pan, że rząd nie chce czegoś zrozumieć, a co rząd mógłby zrobić w tej sprawie?

Wystarczy zmienić rozporządzenie o znakowaniu i rejestracji zwierząt, nakładając obowiązek znakowania i rejestracji w agencji zwierząt na firmę, która je wprowadza - która je kupiła i wprowadziła, a nie na rolnika. Cały problem polega na tym, że weterynaria myśli, że to są świnie rolnika, w agencjach z rejestracji wynika, że to są świnie rolnika, a tak naprawdę one nigdy nie były i nie będą świniami rolnika. Dlaczego mam wątpliwości? 2 miesiące temu rząd wyraził zgodę na przyjęcie firmy Pini Polonia przez Smithfielda i dzisiaj Smithfield to są wszystkie zakłady dawnego Animeksu plus Pini. To jest zdecydowanie powyżej 60 proc. rynku ubojowego w kraju, a więc co monopolistą na rynku ubojowym. Do tego porozumienie w systemach nakładczych i już się mówi, że jak opanują 30 tys. macior to tak naprawdę rolnicy nie będą im potrzebni.

Mówimy o systemie nakładczym tak jakby to był główny problem, może jest, natomiast mówi się też w mediach, że problemem jest ASF, czyli afrykański pomór świń.

Ma pan rację. Jest to element bardzo ważny, bo nie ukrywam, że dzięki tym wszystkim zawirowaniom cena trzody chlewnej w Polsce spadła. Jeszcze pół roku temu była taka prawidłowość, że cena trzody chlewnej w Polsce była równa małej giełdzie niemieckiej lub kilka groszy mniej. To był wykładnik. Dzisiaj cena "rozjechała się" prawie o złotówkę. Co to znaczy? Sprowadzano te wszystkie tanie rzeczy do Polski i tutaj zakłady mięsne mogły sobie pozwolić i mogą sobie pozwolić na obniżenie ceny. Dzisiaj mamy chyba najtrudniejszą sytuację na rynku trzody chlewnej od wielu wielu lat. Tak trudnej sytuacji jak jest w tej chwili w całej branży i wyraźnego przejmowania branży nie było. Ale przecież rolnictwo to nie tylko trzoda chlewna i protesty to nie tylko trzoda chlewna.

Jak czytam na na rynku mleka jest całkiem nieźle...

Na rynku mleka jest bardzo dobrze. Nigdy nie jest tak, że wszyscy rynki siadają. Rynek wołowiny jest przyzwoity, ale na przykład drób, którego jesteśmy największym w Europie... Dzisiaj rozmawiam z producentami, zaniechają hodowania gęsi, bo nie ma sposobu na tym zarobić, bo drogie pasze. Producenci kaczek mówią, że jak zostaje 1,5 zł na jednej sztuce to jest dobrze...

Czy na koniec jesteśmy w stanie powiedzieć coś optymistycznego? Widzi pan jakieś rozwiązanie?

Rozpoczęły się rozmowy w ministerstwie. One nie służą zaciemnianiu, tylko wypracowaniu pewnych pewnych rozwiązań. Wysłaliśmy na nie ekspertów z izby rolniczej, sam byłem na innym spotkaniu. Prowadzi to akurat zespół trzody chlewnej, ASF i rynków Izby Wielkopolskiej. Jeżeli ministerstwo będzie chciało rozwiązać problem, ma pełne poparcie izb rolniczych. Wysłaliśmy ludzi, którzy wiedzą o czym mówią, którzy są gotowi pracować dla rozwiązania sytuacji, natomiast co z tego wyniknie? Do tanga trzeba dwojga.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Ryszard Kierzek

Łukasz Schreiber

Łukasz Schreiber. Fot. Archiwum
Łukasz Schreiber. Fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Łukasz Schreiber
W poniedziałkowej (28.01) Rozmowie dnia w PR PiK o piątkowym spotkaniu liderów klubów parlamentarnych z premierem, o słowach wobec oponentów zaprawionych pogardą, a także o niskim deficycie budżetowym i podwyżkach płac, z ministrem w KPRM Łukaszem Schreiberem, rozmawia Robert Erdmann.

Robert Erdmann: Panie ministrze, pełna nazwa pana stanowiska to minister do spraw parlamentarnych tak?

Łukasz Schreiber: - Mniej więcej tak, sekretarz stanu do spraw parlamentarnych.

R.E.: Na czym polegają pana obowiązki?

Ł.S.: - Jestem - mówiąc w cudzysłowie - łącznikiem rządu z parlamentem, a mówiąc wprost, no to jest proces legislacyjny w obydwu izbach. Zostałem powołany - z tym się to wiąże także - przez pana premiera na wiceprzewodniczącego Komitetu Stałego Rady Ministrów i także z rekomendacji pana premiera biorę udział w pracach Rady Ministrów. Moje podstawowe zadania, to są te zadania legislacyjne właśnie.

R.E.: Czyli musi pan rozmawiać z parlamentarzystami, z klubami, z ministrami. Jak wyglądają te rozmowy?

Ł.S.: - Różnie.To są uzgodnienia także przy rozbieżności stanowisk resortów, posłów. Staramy się tak to robić, by wypracowywać jakieś porozumienia. Natomiast mówi pan "z różnych klubów". Tak, bo także staram się, by takie zaproszenia szły do drugiej strony. W zakresie moich obowiązków jest odpowiadanie na interpelacje. Natomiast niestety warunki są takie, że tych rozmów większości parlamentarnej z opozycją jest mało, być może za mało. Ale widzi pan sam, panie redaktorze, z jakim trudem przyszła pozytywna odpowiedź na zaproszenie premiera.

R.E.: Dziwi się pan?

Ł.S. - No trochę się dziwię, że to podlegało jakimś dyskusjami i zastanowieniu. Mogę się nie dziwić patrząc na praktykę, No ale, żeby tak nie było, że tutaj krytykujemy. Dobrze, że do tego spotkania doszło. Dobrze, że ono w piątek miało miejsce. Dobrze że tylko jeden z przewodniczących klubów i kół zdaje się zrezygnował z udziału w nim. No to jest dobry znak.

R.E.- Nie bez powodu pytam, jak wyglądają te rozmowy, bo zastanawiam się, czy na przykład w użyciu są epitety, kamienie?

Ł.S. - Nie, nie. Jak się rozmawia panie redaktorze, to nikt nie rzuca epitetów.

R.E. To co pan czuję w takim razie jak później wsiada pan do pociągu Warszawa - Bydgoszcz, otwiera pan internet no i czyta pan komentarze na różnych forach? Politycy potrafią, jak się okazuje, rozmawiać spokojnie, a fani czy fanatycy?

Ł.S. - Różnie to bywa. Zwłaszcza, że w internecie mamy poczucie pewnej anonimowości, więc łatwiej przychodzą niektóre słowa. Często zupełnie niepotrzebne i ubolewam nad tym, że to tak często wygląda. Oczywiście każdemu się może zdarzyć, każdy może mieć zły dzień, każdego mogą ponieść nerwy czy emocje. (...) Rzecz w tym, żeby przychodziła w takich sytuacjach jakaś refleksja. A to co niektórzy wyprawiają, woła o pomstę do nieba i nikt tutaj z żadnej strony sceny politycznej nie jest bez winy. Ale stawianie znaku równości też jest nie do końca fair.

R.E. Dlaczego rząd tak długo zwlekał z podjęciem akcji, tak długo nie korzystał z narzędzi prawnych. W ostatnim czasie ponad 20 osób zostało zatrzymanych za to, że formułowały w internecie groźby karalne. A przez 3 lata?

Ł.S. - Oczywiście, że są granice. Pamiętajmy jednak, że to nie rząd ściga tych ludzi. To są zadania policji, to są zadania, które później przejmuje kto inny. Natomiast teraz wyszły jakieś może bardziej zdecydowane zalecenia. Ale też nieprawdą jest, że wcześniej one nie miały miejsca. (...)

R.E. Wrócimy w takim razie jeszcze do tych piątkowych rozmów premiera z szefami klubów. Ustalono, że będzie informacja rządu w Sejmie w związku ze śmiercią prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza - to postulat oopozycji. Eksperci opozycji pomogą przy pracach nad zmianami w ustawie o ochronie zdrowia psychicznego. Rodzina Pawła Adamowicza będzie mogła mieć pełnomocnika w śledztwie. Czy to jest coś ekstra - pełnomocnik w śledztwie? Pełnomocnik posiłkowy w procesie to jest nasze prawo, to nie jest żaden przywilej. Z kolei, czy mogłoby nie być informacji po wydarzeniach w Gdańsku w Sejmie, skoro posłowie by się tego domagali?

Ł.S. - To są jakby dwie sprawy. To, że będzie ona na najbliższym posiedzeniu Sejmu to jest właśnie pokazanie, że te rozmowy nie były fikcją, że jest tutaj chęć wsłuchania się w głosy opozycji i że zostało to przez pana premiera potraktowane bardzo serio. Dlaczego? Oczywiście, że opozycja, tak jak każdy klub, ma prawo zgłosić swoją informacje, ale to podlega rotacji, czyli jeden klub ma na tym posiedzeniu, kolejny na następnym i tak dalej. Tak zawsze było. To nie jest żaden nowy zwyczaj. Bo inaczej byśmy też wpadli w absurd pewnie 40 punktów, które każdy mógłby sobie zgłaszać na jednym posiedzeniu Sejmu i byłyby same informacje, a chyba nie o to chodzi. Więc należy odczytywać jako gest dobrej woli, że ta sprawa będzie na tym posiedzeniu, choć kolej przypadała na kogoś innego. I to jest jedna rzecz, a druga - proszę mi przypomnieć, skoro mówi pan, że to nic wyjątkowego, ile razy Donald Tusk jako premier, czy pani Kopacz jako premier, zaprosili opozycję do wspólnych prac nad projektem ustawy. I to nie w sprawie, o której wiadomo, że druga strona jest przeciwko, tylko w sprawie, w której można coś dobrego zrobić, zmienić, w taki sposób zmienić prawo, wypracować w najlepszy sposób przepisy tak, by to nie budziło od razu antagonizmu drugiej strony, tylko żeby rzeczywiście wypracować najlepsze rozwiązania. No to są jednak nowe standardy.

R.E.: Coś pozytywnego na koniec.

Ł.S. Są rzeczy, które chyba mogą nas wszystkich cieszyć. Taką na przykład jest ustawa, która będzie procedowana na najbliższym posiedzeniu Sejmu, tak zwana ustawa o mamach "4 plus", to znaczy dla wszystkich pań, dla wszystkich mam, które urodziły czwórkę i więcej dzieci, a nie zdołały wypracować sobie minimalnej emerytury, ona zostanie przyznana. To dotyczy 85 000 kobiet w całej Polsce, a więc także tysięcy kobiet w naszym województwie. To myślę jest dobra rzecz i mam nadzieję, że tak jak dobre ustawy połączone z dobrym budżetem - który jest przyjęty na ten rok - i dobrymi wynikami gospodarczymi, które pozwalają prowadzić tę prospołeczną politykę, to jest dobra wiadomość. Straszono Polaków tym, że będzie w tym roku 100-miliardowy deficyt, a on będzie - postawię taką tezę - chyba najniższy od 30 lat w Polsce. Po raz pierwszy przestajemy zadłużać Polaków i kolejne pokolenia także.

R.E. Jak są pieniądze, to pewnie pielęgniarki dostaną podwyżki?

Ł.S. - Panie redaktorze, są pieniądze w tym sensie, że deficyt budżetowy będzie bardzo niewielki, a może nawet będzie jeszcze lepiej.

R.E. Myśli pan, że pielęgniarki się ucieszą z niższego deficytu?

Ł.S. Ale dla pielęgniarek, przypomnę panu panie redaktorze, były przeznaczone bardzo poważne pieniądze na podwyżki. W Bydgoszczy na przykład, śmiem twierdzić, że zarabiają już bardzo przyzwoicie. Wiem od dyrektorów szpitali, że to są naprawdę godne pieniądze dla pielęgniarek, dla lekarzy, dla żołnierzy, dla policjantów. W tym nowym budżecie są pieniądze na podwyżki dla nauczycieli, więc przepraszam bardzo, ale nie dam sobie wmówić, że można sytuację, w której praktycznie przez 8 lat rządów poprzedników mieliśmy zamrożoną kwotę bazową dla budżetówki, w 3 lata doprowadzić do tego, że każdemu wzrośnie o 100%. Tego nie ma faktycznie, ale proszę zwrócić uwagę, że jesteśmy też pierwszym rządem i pierwszą większością parlamentarną, która sobie potrafiła odjąć, bo my zrobiliśmy dla siebie minus 20%, a Polacy korzystają w sposób większy niż wcześniej, bo dziś rok do roku średnie dochody Polaków rosną o 5%. Za naszych poprzedników rosło 2%. To jest odpowiedź na pytanie, czy jest dobra zmiana.



Elwira Jutrowska i Małgorzata Kwaśniewska

Od lewej: Małgorzata Kwaśniewska i Elwira Jutrowska. Fot. Tomasz Kaźmierski
Od lewej: Małgorzata Kwaśniewska i Elwira Jutrowska. Fot. Tomasz Kaźmierski
PR PiK - Rozmowa Dnia - Elwira Jutrowska i Małgorzata Kwaśniewska
Nadchodzą złe czasy dla mafii śmieciowych i firm zatruwających środowisko. Wraz z wejściem w życie nowych przepisów, Inspekcja Ochrony Środowiska dostaje większe uprawnienia i zmienia się w swego rodzaju policję ekologiczną.
Tej sprawie poświęcona była dzisiejsza Rozmowa Dnia. Jej gośćmi były: Elwira Jutrowska, Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska i Małgorzata Kwaśniewska, zastępca naczelnika wydziału inspekcji.

Marcin Kupczyk: Co jest w nowych przepisach najważniejsze dla ochrony środowiska?
Elwira Jutrowska: Dzięki nim inspektorzy uzyskali szereg nowych uprawnień. Przede wszystkim - już z pozycji głównego inspektora mogą być prowadzone kontrole na terenie całego kraju przez zespoły przez niego powołane. Możemy prowadzić takie kontrole w kilku województwach równocześnie, mogą odbywać się kontrole krzyżowe, co na pewno zwiększy ich skuteczność.

Kontrole krzyżowe?
EJ: Czyli prowadzone w kilku podmiotach równocześnie, na terenie całego kraju. Jeśli kontrola w jednym województwie wykazuje jakieś nieprawidłowości, wówczas można podjąć kolejną w innym podmiocie, który w jakikolwiek sposób jest - jak wykazała kontrola - powiązany z pierwszym, co jest bardzo istotne zwłaszcza w przypadku odpadów.

"Będziemy wchodzić tam, gdzie chcemy wejść". Do tej pory trzeba było powiadamiać siedem dni przed, co w zasadzie ograniczało skuteczność kontroli.
EJ: W przypadku dużych podmiotów może nie było to tak istotne, ale w przypadku małych zawiadomienie siedem dni przed rozpoczęciem kontroli powodowało, że porządkowały wszystko, co było możliwe i kiedy wchodzili tam inspektorzy, naruszeń było niewiele, bądź nie było wcale. Po zakończonej kontroli wracały złe praktyki. W tej chwili możemy w przypadku kontroli interwencyjnych wchodzić bez zapowiadania, co na pewno będzie miało przełożenie na większą ich skuteczność.

Działają Państwo 24 godziny na dobę. Nie można też odmówić Wam pomocy.
EJ: Możemy przeprowadzać kontrole również całodobowo, a wszystkie organy administracji publicznej - jak choćby policja, kontrola skarbowa, inne służby zespolone nie mogą odmówić pomocy kontrolującemu inspektorowi, jeśli będzie jej potrzebował i o nią poprosi.

Przepisy dotyczące miejsc składowania też się zmieniają od tego roku.
Małgorzata Kwaśniewska: W ogóle zmieniają się przepisy uzyskiwania decyzji. Przedsiębiorca ma więcej obowiązków - m.in. musi przedstawić zaświadczenie o niekaralności, uzyskać decyzję o warunkach zabudowy, jeśli taka jest wymagana. Następnie każda umowa dzierżawy musi być potwierdzona notarialnie i w akcie notarialnym musi znaleźć się zapis o rodzaju, ilości i sposobie magazynowania odpadów. Oczywiście dochodzi jeszcze element tzw. zabezpieczenia finansowego, żeby na wypadek, gdy odpady zostaną porzucone, były pieniądze na ich usunięcie przez samorząd.
Jeśli chodzi o magazynowanie odpadów, będzie prowadzony monitoring wizyjny, który ma zwiększyć możliwość nadzoru nad sposobem magazynowania i postępowania z odpadami, a także w przypadku pożarów - służyć jako ułatwienie do ustalenia przyczyny (...).



Kosma Złotowski

Kosma Złotowski. Fot. Nadesłana
Kosma Złotowski. Fot. Nadesłana
Ministerstwo Spraw Zagranicznych Norwegii zdecydowało się wydalić kierownika wydziału konsularnego w ambasadzie RP w tym kraju Sławomira Kowalskiego. Władzom norweskim nie podoba się działalność konsula w obronie polskich rodzin. O tym między innymi rozmawialiśmy z europosłem Kosmą Złotowskim.

Michał Jędryka: Ministerstwo Spraw Zagranicznych Norwegii zdecydowało się wydalić kierownika wydziału konsularnego w ambasadzie RP w tym kraju Sławomira Kowalskiego. Władzom norweskim nie podoba się działalność konsula w obronie polskich rodzin. Pan poseł brał udział w jednej z takich spraw.

Kosma Złotowski: ja brałem udział w debacie w Parlamencie Europejskim na temat działalności Jugendamtów czyli urzędów do spraw młodzieży działających w Niemczech. Tu zasada działania urzędu niemieckiego i norweskiego jest podobna. W obu przypadkach kraje te uważają, że dla dobra dziecka wszystko i dla dobra dziecka nie jest najważniejsze to by było ono z rodzicami, ani to, żeby się wychowywało dalej w kulturze w której wzrastało. Te sprawy bardzo bulwersują rodziny polsko-niemieckie, niemiecko-polskie, które są dotknięte odbieraniem dzieci - o tym była mowa w debacie w PE, no i tak samo jest czy bywa w Norwegii, tyle tylko, że Norwegia nie jest członkiem Unii Europejskiej, oczywiście polskie władze, tam gdzie mogą, usiłują takim rodzinom pomagać, czy to w Niemczech, czy w Norwegii.

Przypominał pan niedawno przykład rodziny polskiej, która uciekła z Norwegii i osiedliła się w Bydgoszczy.

Ona wróciła właściwie do Bydgoszczy. Rzeczywiście musieli uciekać w obawie o to, że dziecko zostanie z rodziny zabrane, a wszystko się rozpoczęło od jakiegoś konfliktu tych państwa z pielęgniarką po tym jak dziecko miało jakiś drobny wypadek. Uciekli po to by zachować rodzinę w całości, nie mieli zupełnie zaufania do norweskiego urzędu, a nie mieli tego zaufania, dlatego, że znają doświadczenia swoich rodaków właśnie z tego rodzaju praktykami, z odbieraniem dzieci, z umieszczaniem tych dzieci w rodzinach norweskich, jakichkolwiek zresztą, adresy są wtedy utajniane i właściwie takiego dziecka nie sposób odnaleźć.

W 2017 roku do Polski uciekła Norweżka, której urząd Barnevernet odebrał jedno dziecko i próbował odebrać kolejne i w grudniu 2018 roku czyli całkiem niedawno władze polskie udzieliły tej pani azylu i tym samym stała się ona w zasadzie pierwszym oficjalnym uchodźcą z Norwegii od czasu II wojny światowej, to brzmi bardzo sensacyjnie, ale gdzie jest istota tego problemu?

Myślę, że chodzi przede wszystkim o pomyłki, dlatego, że państwo oczywiście może interweniować wtedy kiedy coś się rzeczywiście dzieje, tyle tylko, że oni, oba te urzędy, zwłaszcza pewnie ten norweski, nie zadają sobie specjalnego trudu, żeby czegokolwiek dochodzić, dochodzić prawdy, żeby badać fakty, po prostu mają jakieś przesłanki na to, że w rodzinie się dzieje coś nie tak i na wszelki wypadek te dzieci odbierają. To dotyczy także norweskich dzieci czy norweskich rodzin, no i stąd ten wypadek, że Norweżki uciekają, bo inaczej tego nazwać nie można, do Polski, pewnie to żądanie władz norweskich o opuszczenia kraju, właściwie to nie jest żądanie postawione samemu konsulowi tylko rządowi polskiemu, żeby odwołał tego konsula, czyli to nie jest klasyczne wydalenie dyplomaty, ale władze norweskie powołują się też na incydent, który miał miejsce jakieś pół roku temu, mianowicie, własnie w trakcie takiego konfliktu pan konsul chciał wkroczyć, została zawołana policja i nie pozwolono mu na wejście do tego urzędu, żeby pomóc rodzinie wyjaśniać swoja sytuację. To pewnie odpowiedź na przyznanie statusu uchodźcy tej Norweżce, która z dzieckiem uciekła do Polski. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Kosma Złotowski

Katarzyna Wojciechowska

Katarzyna Wojciechowska. Fot. A. Andrzejewska
Katarzyna Wojciechowska. Fot. A. Andrzejewska
PR PiK - Rozmowa Dnia - Katarzyna Wojciechowska
Dzisiaj przypada Dzień Bez Opakowań Foliowych. Z tej okazji rozmawiamy o niebezpieczeństwie, jakie niesie ze sobą masowa produkcja i używanie foliowych woreczków. Czy zasypiemy planetę takimi opakowaniami? Czy istnieje alternatywa? Odpowiedzi szukamy wraz z Katarzyną Wojciechowską z Fundacji Alternatywnej w Toruniu.

Marcin Kupczyk: 23 stycznia to Dzień Bez Opakowań Foliowych. Z tej okazji rozmawiamy o niebezpieczeństwie, jakie niesie ze sobą masowa produkcja i używanie foliowych woreczków. Czy zasypiemy naszą planetę takimi opakowaniami, czy też istnieje alternatywa?

Katarzyna Wojciechowska: - Dzień Bez Opakowań Foliowych to inicjatywa, która zrodziła się kilka lat temu ze względów proekologicznych. Foliowe opakowania, zwłaszcza reklamówki na zakupy, kończą zwykle jako odpady, a są one najczęściej występującymi śmieciami tam, gdzie żyją ludzie. Co roku jako śmieci kończy ponad 500 miliardów opakowań foliowych. Każdy mieszkaniec Europy generuje w ciągu roku 31 kg śmieci - tylko z plastiku. A zaledwie 30% z nich podlega recyklingowi. Na całym świecie, w ciągu roku, ponad 8 mln ton plastiku ląduje w morzach i oceanach. Według różnych danych statystycznych Polak w ciągu roku przynosi ze sklepu do domu od 300 do 500 foliowych torebek. Ich żywot na drodze sklep - dom trwa od 20 do 15 minut, a potem staje się śmieciem na kilkaset lat. Nie będzie nas, a woreczki foliowe pozostaną.

M.K.: Pani Katarzyno, czy to rzeczywiście jest tak wielki problem?

K.W.: - Jest to wielki problem, ponieważ plastikową reklamówkę produkuje się w 1 sekundę, używa się jej od 12 do 20 minut, a potem się ją wyrzuca, ona rozkłada się około 500 lat i to jest olbrzymi problem. Zarzucamy się śmieciami. Sam plastik w sobie nie jest zły, tylko my ludzie, konsumenci, stworzyliśmy kulturę marnotrawstwa, opierającą się na przedmiotach jednorazowego użytku. Pozbędziemy się plastiku, gdy wspólnym głosem zaczniemy się domagać ambitnych posunięć od wielkich korporacji, wymagać tego od reprezentujących nas polityków, a przede wszystkim od nas samych.

M.K.: Pojawiły się rzeczywiście pewne jaskółki. Niektóre sieci supermarketów na świecie zrezygnowały z foliowych torebek na zakupy, inne wprowadzają reklamówki z materiałów biodegradowalnych, które rozkładają się w kilka miesięcy, a nie w kilkaset lat. Kwestia opakowań foliowych stała się na tyle poważna, że zajmują się nią rządy, instytucje państwowe, które wprowadziły kolejne regulacje, mające na celu ograniczenie liczby tych właśnie foliówek. Około 40 państw do tej pory wprowadziło jakieś przepisy ograniczające. Nawet kary się gdzieniegdzie pojawiły...

K.W.: - Tak.Wiemy,że przeciętny Polak zużywa od 100 do 500 torebek, tak jak Pan powiedział, ale dla porównania przeciętny Europejczyk używa ich 200 w ciągu roku, ale już Niemiec - 60, a Duńczyk - tylko 4. Więc można. Tylko trzeba zauważyć problem i zacząć działać. Jesteśmy w takim miejscu, gdzie zaczynamy zauważać ten problem. To jest troszeczkę tak jak było z tytoniem i z papierosami. Kiedyś palenie było modne, produkowano papierosy na masową skalę, wszyscy palili. Było takie ogólne przyzwolenie na palenie wszędzie i prawie wszystkiego. I nagle ludzie zaczęli zauważać, że coś z tymi papierosami jest nie tak. Że pojawiają się choroby u osób palących. Zaczęto się przyglądać, badać i stwierdzono wiele negatywnych rzeczy, szkodliwych dla życia i zdrowia. I my znajdujemy się właśnie w takim miejscu, gdzie zauważamy problem i im szybciej tym lepiej. Na szczęście już widzimy, że to jest zło i że trzeba nad tym koniecznie zapanować, bo jest to zagrożenie nie tylko dla nas ludzi, ale dla całej planety i dla zwierząt, dla istot żywych. Przecież woreczki, które pływają w oceanach, w ogóle plastik, są szkodliwe dla zwierząt. One mylą je z pokarmami. Żółw, kiedy widzi taką pływającą plastikową torebkę, myśli, że to meduza i ją zjada. Plastik jest wszechobecny i naprawdę jest olbrzymim zagrożeniem dla nas. Opakowania plastikowe, w których jest żywność, też są dużym zagrożeniem. Dobrze by było, gdybyśmy zapoznali się z oznaczeniami plastikowymi. Przy okazji wspomnę, że każde plastikowe opakowanie ma znaczek informujący nas o tym, z jakiego plastiku jest zrobiony. To jest taki trójkącik z zawracających strzałeczek i on ma w środku cyfrę. To są cyfry od 1 do 7 i każda oznacza co innego. Bezpiecznym plastikiem jest plastik, który ma numer 2 i 5. To są plastiki bezpieczne, wielokrotnego użytku, przeznaczone do żywności. Jeżeli widzimy tam jedynkę, nie używajmy opakowania ponownie. Jedynką oznaczone są wszystkie butelki pet, wszystkie butelki, w których sprzedawane są napoje i woda. Nie można ich przechowywać w temperaturze wyższej niż 15 stopni Celsjusza, bo wydzielają się wtedy substancje niezdrowe dla naszego organizmu, zbliżone do żeńskich hormonów. Takich butelek nie wystawiamy na działanie promieni słonecznych. Przechowujemy je tylko w lodówce poniżej 15 stopni Celcjusza i nie używamy ponownie. Wiele matek, nieświadomych, po zakupie butelki półlitrowej i wypiciu z niej wody, wlewa ponownie napój dziecku. Nie robimy tego. Butelka z numerem jeden w trójkącie, po użyciu powinna być natychmiast wyrzucana.

M.K.: Czy zakupy bez torebek foliowych są w ogóle możliwe? Słyszę, że Duńczyk zużywa 4 foliówki rocznie. Niewyobrażalne!

K.W.: Niewyobrażalne, ale jednak możliwe. Kiedyś nie było plastikowych woreczków i jakoś żyliśmy. Musimy zmienić nawyki. My zatraciliśmy się w używaniu plastiku, bo nie mamy alternatywy, ale kiedy ta alternatywa jest możemy działać. Dziś możemy przede wszystkim działać na trzech podstawowych poziomach. Przede wszystkim właśnie zmienić nawyki konsumpcyjne. Po drugie odpowiednio segregować odpady, po trzecie swoimi zachowaniami wpływać na zachowania innych, czyli dawać przykład, informować, dzielić się przy kawce, przy ciastku, co można zrobić. Nawyki konsumenckie to tak: po zakupy idziemy z listą, ponieważ bez listy kupujemy 70% zakupów, które niekoniecznie są potrzebne, a im więcej kupujemy tym więcej wyrzucamy. Rozważajmy, w jakich opakowaniach kupujemy. Jeżeli jest do wyboru szkło i jest plastik, to kupujmy plastik oznaczony numerem 2 lub 5, który jest wielokrotnego użytku. Chodzi o to, żeby produkować jak najmniej śmieci, żeby nie zarzucać planety tym plastikiem.

M.K. Z naszymi przyzwyczajeniami jest różnie, ale być może jest szansa, że to nowe pokolenie, dorastające będzie żyło w sposób bardziej ekologiczny?

K.W.: Tak proszę państwa. Kiedy idziemy do sklepu i kupujemy warzywa, nie stosujmy tych tak zwanych zrywek. Jeżeli kupujemy jedną cytrynę i jednego banana, nie musimy ich wkładać do tego woreczka. Możemy je wziąć luzem w rękę i położyć do zważenia, bo i tak je przecież umyjemy w domu. Alternatywnie możemy nosić przy sobie woreczki lniane. My na przykład w Fundacji Alternatywnej szyjemy i chętnie rozdajemy woreczki uszyte z używanych i wypranych firan. Można zmienić niewiele w codziennym życiu, a będzie to skuteczne, bo jeżeli zaczniemy od siebie, to dzieci, obserwując nas, przejmą nasze nawyki i zaczną je stosować. Musimy dać dobry przykład, bo w dzieciach jest nadzieja. Starych drzew się nie przesadza, nawyki jest trudno zmieniać, ale jeżeli będziemy uczyć młodzież, to oni z tym wyrosną i jest nadzieja, że zrobią coś w przyszłości, bo inaczej zamieszkamy na śmieciach.

Michał Bukowiński

Michał Bukowiński. Fot. Tomasz Kaźmierski
Michał Bukowiński. Fot. Tomasz Kaźmierski
Czy polskie prawo dostatecznie chroni wolność słowa? Na ile wyraźnie wyznacza granice? Gdzie należy szukać przyczyn nadużyć w tym względzie? Jeśli są konieczne zmiany, to w jakim kierunku powinny zmierzać? O tym w porannej Rozmowie Dnia w Polskim Radiu PiK, której gościem był adwokat Michał Bukowiński - znany też, części bydgoszczan, z wieców w obronie Konstytucji. Na rozmowę zaprasza Robert Erdmann.

Robert Erdmann: Czy zabójca Pawła Adamowicza może uniknąć kary?

Michał Bukowiński: Może, w sytuacji gdyby w toku postępowania karnego opinia sądowo-psychiatryczna biegłych wskazywała, że w chwili popełnienia czynu sprawca miał zniesioną poczytalność, to znaczy, że nie rozumiał znaczenia swoich czynów, nie był w stanie pokierować swoim postępowaniem. W sytuacji gdyby sprawca został uznany za niepoczytalnego, wówczas nie będzie mu wymierzona kara, sąd natomiast będzie mógł zastosować wobec takiego sprawcy środki zabezpieczające, to znaczy zarządzić umieszczenie w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

Kto może mieć problemy karne? Wiadomo, że szef ochrony usłyszał zarzuty, jest wniosek o areszt, kto jeszcze? WOŚP? Jerzy Owsiak?

Niewykluczone, natomiast, tutaj opieram się wyłącznie na doniesieniach medialnych, pragnę zwrócić uwagę, że ten właściciel firmy ochroniarskiej ma postawione zarzuty w związku z przestępstwem składania fałszywych zeznań, natomiast nie z samym faktem organizacji. Nikomu jeszcze w związku z samą organizacją uroczystości zarzutów nie postawiono, czy tak będzie dalej, trudno powiedzieć. Jeżeli chodzi o odpowiedzialność samego Jerzego Owsiaka to na chwilę obecną, nie widzę podstaw do stawiania mu zarzutów natury karnej.

Centrum Informacyjne Telewizji Polskiej poinformowało, że przeciwko osobom, które wskazywały na związek przyczynowy pomiędzy treściami publikowanymi na antenach TVP a śmiercią Pawła Adamowicza zostanie skierowany pozew lub akt oskarżenia w trybie kodeksu karnego. Na czym taki proces będzie polegał? Co strony muszą udowodnić?

Jeżeli Telewizja Polska zdecydowałaby się na postępowanie karne to zakładam, domyślam się, że będzie to prywatny akt oskarżenia w którym autorom tych zostanie postawiony zarzut pomówienia, czy zniesławienia czyli wskazania na takie właściwości czy na takie zachowanie Telewizji Polskiej, które może naruszać dobre imię, narażać na utratę zaufania niezbędnego do pełnienia pewnych funkcji społecznych. Wówczas oskarżyciel, czyli Telewizja Publiczna musiałaby udowodnić, po pierwsze, nieprawdziwość tych twierdzeń, po drugie, wpływ tych wypowiedzi na utratę zaufania. mam olbrzymia wątpliwość co do tego czy taki akt oskarżenia miałby szanse powodzenia, a to dlatego, że taką wypowiedź krytyczna pod adresem Telewizji Polskiej odczytuję jako wyrażenia swojej opinii, która nie podlega weryfikacji na zasadzie prawda - fałsz. Każdy może mieć opinię bardzo subiektywną na temat tego co wpłynęło, co wywołało agresywne zachowanie. Moim zdaniem nie uda się tego zweryfikować na zasadzie prawda - fałsz. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Michał Bukowiński

Prof. Radosław Sojak

Prof. Radosław Sojak. Fot. Monika kaczyńska
Prof. Radosław Sojak. Fot. Monika kaczyńska
Po pogrzebie zamordowanego prezydenta Gdańska pojawiło się wiele apeli o zmianę jakości życia publicznego. Premier mówił w niedzielę: "Uczyńmy nasze życie publiczne lepszym, a debatę publiczną uczyńmy spokojniejszą, mądrzejszą i pełną należytego szacunku do siebie nawzajem". Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej, zaapelował, aby wspólnie odbudowywać ducha Gdańska, który ucierpiał po śmierci prezydenta. Były prezydent Bronisław Komorowski wyznał, że nie bardzo wierzy w przełom. Jak będzie wyglądała polska polityka po tym morderstwie? O tym na antenie Polskiego Radia PiK mówił prof. Radosław Sojak, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i gość Michała Jędryki w porannej "Rozmowie dnia".

Michał Jędryka: W sobotę pochowano Pawła Adamowicza, prezydenta Gdańska. Pogrzeb, a przede wszystkim wcześniejsza tragiczna śmierć wyzwoliły ogromne emocje społeczne. Tak się przynajmniej wydaje na podstawie relacji mass mediów. Co jest u podłoża tych emocji? Czy to, że został zabity polityk? Czy to, że stało się to na scenie na oczach publiczności, w świetle reflektorów i przy kamerach? Czy też to, że przypisuje się temu jakieś konteksty polityczne?

Radosław Sojak: - Myślę, że do pewnego stopnia wszystkie te czynniki. Fakt, że ofiarą jest osoba publiczna, rozpoznawalna, z którą przynajmniej część osób identyfikuje się bezpośrednio ze względu na jej działania w regionie - to jest jeden czynnik, który na pewno na tym zaważył. Drugim jest fakt, że ataku na prezydenta dokonano publicznie, ale też w trakcie imprezy, która wyzwala sporo emocji sama z siebie już od wielu lat, czyli w czasie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. I ten kontekst z polityczny nie jest to też nie jest to też bez znaczenia, bo jakkolwiek wydaje się, że sam ten atak podłoża politycznego nie miał, to wiadomo chyba z perspektywy wszystkich sił na scenie politycznej w tej chwili, że on może mieć konsekwencje polityczne.

Konsekwencje - tak, ale czy słusznie przypisuje się te konteksty? Bo była mowa o tym, że zabiła nienawiść - wielu polityków w ten sposób mówi - ale każde morderstwo ma za podłoże jakąś nienawiść. Tutaj była to chyba nienawiść kryminalisty, który chciał się zemścić w ogóle na społeczeństwie, na jakimkolwiek polityku, a politycy chętnie mówią teraz o mowie nienawiści, która to spowodowała - czy to jest rzeczywiście taka zależność?

- Myślę, że mamy tutaj do czynienia z sytuacją, w której Platforma Obywatelska próbuje dosyć intensywnie zdyskontować politycznie tę tragedię i mam taką intuicję, że jest wiele powodów, dla których te działania mogą mieć efekt dokładnie odwrotny. Myślę, że ci, którzy dwa dni po po śmierci Pawła Adamowicza mówią, że mamy do czynienia z mordem politycznym muszą sobie zdawać sprawę z tego - bo to są najczęściej bardzo inteligentni ludzie - że to ma mniej więcej taką samą moc perswazyjną i takie same uzasadnienie merytoryczne jak mówienie dwa dni po katastrofie w Smoleńsku, że to był zamach. Wydaje mi się więc, że tutaj mamy z jednej strony tę płaszczyznę próby wykorzystania pewnej dynamiki emocjonalnej i przesterowania jej na stronę pewnych efektów politycznych - to jest jak gdyby jeden element. Drugi element jest taki - my nie wiemy jeszcze wszystkiego w tej sprawie, ale wiele wskazuje na to, że to nie był atak o podłożu politycznym. Jeżeli mówimy o mordach politycznych, to one muszą być dokonywane albo z politycznych pobudek albo dla osiągnięcia pewnych politycznych celów. I tu mamy problem dlatego, że na razie wszystko wskazuje na to, że ten mord dokonany został z pobudek związanych z indywidualną zemstą człowieka, co do którego stanu psychicznego też są pewne uzasadnione wątpliwości. Jeżeli to miał być mord dokonany dla osiągnięcia pewnego celu politycznego, to powiedzmy sobie jasno, że korzystają na nim nie ci, którzy są o ten mord oskarżeni. W związku z tym myślę, że stwierdzenie iż mamy tutaj do czynienia z zabójstwem politycznym, to jest naprawdę stąpanie po bardzo cienkim lodzie.

A sama sprawa tzw. mowy nienawiści czy łączenia tej rzeczywiście chyba nienawiści, która jest w życiu politycznym, z tym mordem, z tym przestępstwem... Czy ona również nie jest stąpaniem po cienkim lodzie?

- W ogóle zagadnienie mowy nienawiści jest zagadnieniem bardzo delikatnym i myślę, że byłoby bardzo dobrze, gdyby udało się je od polityki, zwłaszcza bieżącej polityki oddzielić. Po pierwsze - myślę, że trzeba sobie jasno powiedzieć, że mowa nienawiści istnieje. To nie jest wymysł ot tak po prostu ideologiczny. Na swój użytek zakładam, że są dwa wyznaczniki podstawowe mowy nienawiści, pierwszy to jest nawoływanie do przemocy fizycznej wobec kogoś - to jest moim zdaniem sposób zupełnie niepodlegający interpretacji mowa nienawiści. Drugim istotnym składnikiem mowy nienawiści, który wydaje mi się też niespecjalnie podlega interpretacji, to jest dehumanizacja, tzn. przedstawianie przeciwnika w kategoriach mówiąc już wprost zupełnie zwierzęcych. czy odzwierzęcych, używanie metafor, słów, których zazwyczaj się wykorzystuje w kontekście zwierząt. Zresztą wiele studiów dotyczących propagandy totalitarnej pokazywało, że to jest jeden z takich podstawowych elementów, który bardzo często potem prowadzi właśnie do przemocy fizycznej wobec całych grup. Problem polega na tym, że w takim codziennym dyskursie politycznym jako przykłady mowy nienawiści podaje się często ostre, czasami pogardliwe, czasami prześmiewcze wypowiedzi, które zupełnie znamion tej minimalistycznej definicji nie wyczerpują. I wtedy grożą nam dwie rzeczy, tzn. po pierwsze grozi nam to, że zjawisko, które rzeczywiście powinno podlegać jakiejś kontroli, stanie się elementem takiej bezpośredniej walki politycznej i w gruncie rzeczy da to tylko asumpt do tego, żeby z jednej bądź drugiej strony podały coraz ostrzejsze i coraz mocniejsze słowa. Wracając do sprawy prezydenta Adamowicza, wydaje się, że to też jest dosyć naturalny kontekst interpretacyjny tej sprawy. My jesteśmy w tej chwili politycznie społeczeństwem dosyć mocno podzielonym. Czy jesteśmy społeczeństwem podzielonym bardziej niż np. są w tej chwili Brytyjczycy czy Francuzi, to nie wiem. Wydaje mi się, że nie ale być może jesteśmy podzieleni bardziej niż byliśmy do tego dotąd przyzwyczajeni i ten kontekst interpretacyjny zdaje się być tutaj naturalnym. Wydaje mi się, że wyciąganie wniosku iż agresja w przestrzeni publicznej miała bezpośrednie przełożenie na motywację zabójcy, w tym przypadku jest mocno naciągane i łatwo rysowanie takiej prostej linii przyczynowo-skutkowej podejrzewać o dosyć niskie pobudki polityczne.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Radosław Sojak
1234567