Wtorek, 16 lipca 2019 r.   Imieniny: Mariki, Benity, Eustachego
Polskie Radio PiK » Rozmowa dnia

Rozmowa dnia

Piotr Król

Poseł PiS Piotr Król/fot. Archiwum PR PiK
Poseł PiS Piotr Król/fot. Archiwum PR PiK
O inwestycjach infrastrukturalnych w regionie: drogach S10 i S5, o porcie multimodalnym oraz o połączeniach regionu z Centralnym Portem Komunikacyjnym. Rozmowa Dnia z posłem Piotrem Królem z sejmowej komisji infrastruktury.



Robert Erdmann: Złożył Pan interpelację w sprawie portu multimodalnego pod Bydgoszczą, ale zanim porozmawiamy o tym podsumujmy główne inwestycje infrastrukturalne w okolicach Bydgoszczy. Budowa S5 stanęła, pewnie długo postoi...

Piotr Król: Mam nadzieję, że niedługo. No tak, jak się można było spodziewać... Tutaj mogę przypomnieć, że jeszcze w zeszłej kadencji, kiedy ogłoszono zwycięzców przetargów, myśmy z grupą posłów PiS z komisji infrastruktury pisali do ówczesnej minister infrastruktury, nomen omen odpowiadał nam ówczesny wiceminister Paweł Olszewski, pytaliśmy jak to jest możliwe, że na takich ważnych inwestycjach wygrywają firmy, które w Polsce nie mają nawet jednej łopaty. No i rzeczywistość pokazała, że nasze obawy były niestety - mówię to z dużą przykrością - były uzasadnione, więc teraz piłka jest po stronie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad i dobrze się złożyło, że bydgoski oddział GDDKiA ma już nowego dyrektora, więc w najbliższym czasie spodziewam się decyzji w tym względzie, bo nam ta inwestycja jest prostu bardzo potrzebna i ta droga zostanie skończona. Pytanie tylko czy ten wykonawca, który wygrał przetarg na 3 odcinki, mówię o tej włoskiej firmie, będzie je kończył czy nie. To jest pytanie po stronie GDDKiA.

S10 między Bydgoszczą a Toruniem. Drgnie coś w tym roku?

Mam nadzieję, że tak. Ona została została wpisana tego programu partnerstwa publiczno - prywatnego. Jako pierwsze - z tych informacji, które mam - mają być ogłoszone dwa tzw. odcinki gdańskie, dwóch "esek" na terenie województwa pomorskiego i potem ma być ogłoszony ten odcinek bydgosko-toruński, którym jesteśmy najbardziej zainteresowani, na który została przygotowana przygotowana dokumentacja. Więc mam nadzieję, że konsekwentnie w tym roku ten przetarg zostanie ogłoszony. Nowa formuła, ale już jakby abstrahując od tego, że to takie "kupowania na raty" - bo tak to chyba trzeba by było nazwać - mam nadzieję, że w tym roku zostanie ogłoszony.

Połączenie Bydgoszczy z Centralnym Portem Komunikacyjnym w okolicach Baranowa. Wiadomo kiedy powstanie?

Tam powstało trochę kontrowersji, też trochę tą sprawą się zajmowałem, rozmawiałem z prezesem CPK kilkukrotnie (...) Centralnym punktem odniesienia jest Centralny Port Komunikacyjny, do niego mają prowadzić szybkie połączenia kolejowe tak, żeby jak największa liczba Polaków mogła jak najszybciej do tego hubu dotrzeć. Na terenie naszego województwa ma dojść do takiego rozgałęzienia - być może stąd jakieś nieścisłości się wdarły - czyli jakby będą dwie dwie nitki. Jedna z nich będzie nowo budowana, to jest ta nitka najbardziej północna - w kierunku Trójmiasta, która będzie obejmowała także Grudziądz. Druga, którą nazwałbym północno-zachodnią, to jest nitka od Piły przez Nakło, Bydgoszcz i Toruń i tę nitkę będzie budować i modernizować PKP PLK. To już jest jakby w dokumentach rządowych, ostatni dokument rządowy potwierdza to połączenie. Było oczywiste, że mamy na terenie województwa na tyle duże miasta, że one muszą być z CPK skomunikowane. (...) Okręcie jest po prostu lotniskiem za małym, ono się po prostu zapycha. Mamy do wyboru w tej chwili albo doprowadzenie do sytuacji, że Polacy, którzy będą chcieli polecieć na inne kontynenty będą mieli do wyboru żeby żeby latać zza wschodniej granicy albo żeby latać z Niemiec. Taka jest brutalna prawda, że przed takim wyborem byśmy stanęli. (...) Po tym, jak rząd przyjął te informacje dotyczące tego, które linie kolejowe będą budowane i modernizowane tak, żeby osiągnąć na nich odpowiednie prędkości , to jest w mojej ocenie perspektywa kilku lat. To jest priorytetowy program, więc myślę, że nowa kadencja Sejmu będzie upływać w rytmie budowy i CPK i tych połączeń kolejowych (...)
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Piotr Król

Franciszek Bromberek

Franciszek Bromberek/fot. Magdalena Gill
Franciszek Bromberek/fot. Magdalena Gill
PR PiK - Rozmowa Dnia - Franciszek Bromberek
- Od nowego roku akademickiego społeczność polskich uczelni wejdzie w nową rzeczywistość - mówił rzecznik Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy dr Franciszek Bromberek, gość Rozmowy Dnia w Polskim Radiu PiK. Ustawa 2.0 sprawiła, że będą m.in. nowe uprawnienia dla rektora, nowy sposób finansowania i nowe dyscypliny.

Robert Erdmann: Dziś rozpoczęły się matury, a to oznacza, że niebawem kolejny rocznik wybierze się na studia. Zmiany wynikające z ustawy 2.0 odczują uczelnie, a studenci?
Dr Franciszek Bromberek: Studenci na pewno też je trochę odczują, bo będą w jakiś sposób uczestniczyć w tych przemianach. Konieczne jest m.in. opiniowanie nowego statutu, regulaminu studiów, co w tej chwili trwa na uczelniach. W zasadzie niewiele mamy czasu, bo do końca czerwca to wszystko musimy mieć przygotowane i uchwalone przez senat.

Co się zmieni na uczelniach? Zarządzanie, struktura finansowa...?
- Zmieni się wszystko. Na mocy ustawy 2.0 z końcem września rektor uczelni pozostaje sam i będzie miał dużo większe kompetencje. Ustawa znosi rady wydziałów, prodziekanów, prorektorów itd. Do tej pory wszystkie te organy były wybierane, a teraz rektor będzie je powoływał. Wrzesień będzie takim gorącym miesiącem, kiedy trzeba będzie wszystko przygotować, żeby od października nie było pustki w tym zakresie.
Będą też duże zmiany w zakresie działalności jednostek uczelni, w aspekcie naukowym. Do tej pory funkcjonowały wydziały, które były oceniane za swoją działalność naukową. W tej chwili ustawa wprowadza nową formułę - to dyscypliny naukowe będą podlegały ewaluacji.

Czyli dyscypliny będą oceniane?
- Tak. Zasada jest taka, że jeśli 12 pracowników uczelni zdeklaruje się, że pracują w określonej dyscyplinie, to wówczas będzie ona podlegała ocenie. Jeśli będzie ich mniej niż 12, wtedy będą co najwyżej uzupełniać czy dopisywać się do którejś z dyscyplin. Ten element dość mocno zmienia uczelnię, bo następują duże przetasowania.
Kolejna duża zmiana dotyczy obszaru finansowego. Do tej pory uczelnia dostawała różne dotacje - m.in. podstawową, na działalność dydaktyczną, osobno docierały fundusze na badania czy pomoc materialną. W tej chwili będzie tylko jedna subwencja, z którą uczelnia musi sobie poradzić.

Rektor będzie dzielił te pieniądze?
- Kompetencje w tym zakresie posiada rektor, ale ustawa wprowadza też nowość - radę uczelni, odpowiednik rady powierniczej czy nadzorczej. Rada będzie musiała zaopiniować budżet uczelni, a dopiero później zatwierdzi to senat.
W efekcie uczelnie będą bardziej samodzielne w zakresie dysponowania środkami, będą mogły je przesuwać w różne miejsca - tam, gdzie akurat będą potrzebne (...).

prof. Marek Chamot

prof. Marek Chamot Źródło: www.apk.wsg.byd.pl
prof. Marek Chamot Źródło: www.apk.wsg.byd.pl
Gdzie tkwią źródła Konstytucji 3 Maja? To temat piątkowej Rozmowy Dnia. Jej gościem był historyk prof. Marek Chamot z Wyższej Szkoły Gospodarki w Bydgoszczy.



Robert Erdmann: Panie profesorze, data narzuca nam dziś temat - Konstytucja 3 Maja, ale nie chciałbym rozmawiać o samej Konstytucji, a raczej o źródłach intelektualnych tego aktu. Możemy?

Prof. Marek Chamot: Źródła intelektualne tkwią w Kuźnicy Kołłątajowskiej, tkwią w grupie wykształconej części szlachty, także w otoczeniu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który - cokolwiek byśmy nie mówili - był człowiekiem wykształconymi i kulturalnym, jednym z najlepiej wykształconych polskich władców. To jest ten krąg najogólniej mówiąc ludzi, którzy zdecydowali się na podjęcie głębokich reform ustrojowych, i nie tylko ustrojowych, w Polsce. To jest także ta część posłów Sejmu Czteroletniego zwanego Wielkim, którzy mają za sobą wcześniejsze doświadczenia ze Szkołą Rycerską czy z działalnością Komisji Edukacji Narodowej, to jest grunt do uchwalenia Konstytucji 3 Maja, która była zwieńczeniem szeregu reform podejmowanych od początku Sejmu Czteroletniego, czyli od 1788 roku, jak i jeszcze przed Sejmem Wielkim, czyli po pierwszym rozbiorze Polski, po 1772 r. Krótko mówiąc wytworzyła się grupa wykształconych, światłych posłów, także intelektualistów, księży jak na przykład ksiądz Hugo Kołłątaj, który zresztą stał na czele Stronnictwa Patriotycznego, więc tej grupy posłów szlacheckich i senatorów polskiego Sejmu, którzy byli przekonani nie tylko intelektualnie, ale również i z punktu widzenia moralnego o konieczności reformowania - wzmocnienia Rzeczypospolitej w obliczu tej tragedii, która dotknęła Rzeczpospolitą w postaci pierwszego rozbioru Polski, więc zaczęto działać. Pozyskano tutaj króla i jego otoczenie, zaczęto działać na rzecz wzmocnienia Polski poprzez reformy, które miały unowocześnić ustrój, gospodarkę i strukturę społeczną poprzez dopuszczenie do praw obywatelskich mieszczan, czyli środowiska miejskie czy też objęcie przynajmniej opieką prawną chłopów, których los był nie do pozazdroszczenia w XVIII wieku, w pierwszej Rzeczypospolitej. Trzeba powiedzieć, że towarzyszył też temu ferment intelektualny, nie tylko obiady czwartkowe, ale także chociażby środowisko skupione wokół gazety "Monitor".

A rewolucja francuska, majacząca gdzieś na horyzoncie, ma jakiś wpływ na temperaturę tego, co się dzieje w Polsce?

Jak najbardziej, ponieważ koincydencja zdarzeń jest wyraźna. Rewolucja francuska wybuchła w 1789, a więc w drugim roku funkcjonowania Sejmu Czteroletniego, który od 1788 roku już działa i mamy tutaj wśród właśnie reformatorów, tego skrzydła reformatorskiego polskiego Sejmu, czyli w Stronnictwie Patriotycznym, wielu zwolenników rewolucji francuskiej, w tej wersji nawet republikańskiej. Na pewno ksiądz Hugo Kołłątaj był zwolennikiem jakobinów, czy wręcz jakobinem polskim, więc jest też grupa polskich jakobinów, którzy upatrują przyszłość Polski w tym duchu, jaki wyznaczyła rewolucja francuska. Co z resztą dla tej grupy i per saldo dla Polski skończyło się niedobrze, to trzeba od razu powiedzieć, ale żeby nie uprzedzać faktów... Rzecz polega na tym, że ta grupa reformatorów - nazwijmy je ich w ten sposób - czyli tych ludzi, którzy są przedstawicielami polskiego oświecenia podejmuje reformy początkowo bardzo ostrożnie i dzisiaj byśmy powiedzieli metodą "salami", czyli drobna reforma po drobnej reformie, zresztą to reformowanie kraju miało na celu jedynie zapanowanie nad porządkiem prawnym i nad sytuacją gospodarczą w Polsce. Żeby uporządkować sprawy wewnątrzpaństwowe tak, aby Rosja Katarzyny II, która miała kontrolę nad Polską, że mogła - tak jak to sugerowano Katarzynie II - łatwiej tą kontrolę sprawować. Był to sprytny zabieg Stronnictwa Patriotycznego z królem na czele, aby uzyskać zgodę Katarzyny II na podjęcie tychże - jak to mówiono - porządkujących reform. Uzyskawszy jakby to pozwolenie na zwołanie takiego reformatorskiego Sejmu, reformatorzy postanowili pójść "na całość", czyli nie tylko stopniowe reformy, które dawałyby efekt dopiero w długim okresie, ale w pewnym momencie uznano, że można przyspieszyć wydarzenia i uchwalić całościową reformę w postaci Konstytucji 3 Maja, która zresztą skądinąd była na owe czasy dosyć nowoczesna, a jeżeli chodzi o zmiany w Polsce na pewno bardzo głęboko zmieniająca polską rzeczywistość, nie mając cały czas większości w polskim Sejmie i kto wie czy rzeczywiście mieli większość poparcia w polskim społeczeństwie. Liczyła się przede wszystkim warstwa szlachecka, która chyba masowo nie popierała tychże reform, o czym się gorzko przekonali zwolennicy Konstytucji 3 Maja, gdy zawiązała się konfederacja targowicka, która przyniosła taki nieszczęsny efekt dla ówczesnej Rzeczypospolitej.

No dobrze, ale gdyby spojrzeć trochę tak przewrotnie, to właśnie to stronnictwo tradycjonalistów - tak to nazwijmy - broniło republiki, prawa głosu chociażby tej gołoty, natomiast reformatorzy odwracali się od republiki.

Może nie odwracali się od republiki, ale ją redefiniowali, widzieli ją w innym układzie - takim, gdzie wzmocnione jest państwo. Bo mamy oczywiście ten dziwny ustrój Rzeczypospolitej, który istnieje od XVI wieku w postaci takiej, że mamy monarchię, ale jednocześnie w tej monarchii jest republika, Rzeczpospolita, a jeszcze dodatkowo w niej funkcjonuje demokracja, co prawda ograniczona do samej szlachty, ale per saldo to dawało taki efekt w XVIII wieku, że właściwie decydujący głos miała magnateria, która była obrzydliwie bogata i która nie musiała się słuchać ani króla ani szlachty. Miała większość w sejmie, większość w senacie, miała poparcie dużej części tej zbiedniałej szlachty i w żaden sposób nie chciała reformować państwa (...) W XVIII wieku Rzeczpospolita była w stanie bliskim agonii, także gdy spojrzymy na zaplecze intelektualne czy na koncept intelektualny jednych i drugich, no to oczywiście rację stoją zdecydowanie po stronie Stronnictwa Patriotycznego przeciwko stronnictwu hetmańskiemu, w którym widzimy wyraźnie, że pod hasłami starej Rzeczypospolitej szlacheckiej, tej złotej wolności szlacheckiej jednak widzimy wyraźnie przede wszystkim interes oligarchii magnackiej, która oczywiście szermowała hasłami obrony republiki, obrony wolności. To wszystko było w obronie wolności, natomiast rozumiano ją jako niepodważalną pozycję tych kilku potężnych niezwykle bogatych rodów magnackich, które się stały w XVIII wieku zmorą ówczesnej Rzeczypospolitej. Reformatorzy to doskonale odczytali i stwierdzili, że trzeba republikę, by ona mogła być sprawna w sensie takim, że państwo, które reprezentuje Rzeczpospolitą, żeby ją dobrze reprezentowało na arenie międzynarodowej i obroniło Rzeczpospolitą przed kolejnymi rozbiorami, zakusami państw ościennych, musi być zmieniona, musi być zreformowana w takim duchu, aby ograniczyć - bo zlikwidować się pewnie całkowicie nie dało - ale ograniczyć to "sobiepaństwo" rodów magnackich. Ale żeby tego dokonać trzeba było przechytrzyć państwa ościenne, zwłaszcza Rosję - uśpić jej czujność i jednocześnie przeforsować reformy, nie mając większości w sejmie, przeciwko tym zachowawczym, tradycjonalistyczny posłom stronnictwa hetmańskiego. Sejm i senat ówczesny w Polsce liczył około 500 posłów, podczas gdy Stronnictwo Patriotyczne mogło liczyć góra na około 140 posłów, więc jaka jest dysproporcja. Tyle że argument, który mieli w ręku to był król.

Reformatorzy dobrze rozpoznali sytuację?

W nieodpowiednim momencie ogłoszono Konstytucję 3 Maja. Historycy są na ogół co do tego zgodni, że można było wtedy Konstytucji 3 Maja nie uchwalać. Można było nadal wprowadzać reformy na zasadzie "krok po kroku", żeby nie wywoływać tej ostrej i w końcu tragicznej dla Polski decyzji opozycji, która zawiązała konfederację targowicką i sprowadziła na Polskę nieszczęście. Można było spróbować przeczekać do śmierci imperatorowej Katarzyny II i szukać okazji do głębszych reform już pod rządami kolejnego cara Pawła I, który zresztą prowadził politykę całkowicie inną niż Katarzyna II i pewnie tutaj można byłoby takiej szansy szukać, ale Polska by zachowała się na mapie Europy formalnie, czyli nie doprowadzono by do drugiego i trzeciego rozbioru Polski. To jest bardzo trudny temat, ponieważ Konstytucja 3 Maja sama w sobie jest pięknym aktem, bardzo mądrym i dobrze, że jesteśmy z niego dumni i że mamy Święto Konstytucji 3 Maja, bo to oznacza jednocześnie naszą deklaracje na rzecz odzyskania niepodległości, utrzymania suwerennego państwa na mapie Europy, ale problem tkwi w podjęciu decyzji przez reformatorów i przez króla - momentu i sposobu jej uchwalenia. Z tego musimy wyciągać po prostu wnioski i Święto Konstytucji 3 Maja powinno nam też dawać do myślenia i pod rozwagę czy wszystkie reformy, jakie podejmujemy w Polsce i wszystkie wysiłki na rzecz naprawy Rzeczypospolitej, bo proces reformowania powinien być właściwie de facto nieustanny - nie można ustawić w reformowaniu państwa, trzeba ten trud ponosić, ale czy podejmujemy go nie tylko pod względem czy są dobre reformy -dobrze opracowane, dobrze przemyślane, ale czy też w odpowiednim kontekście międzynarodowym, bo nie jesteśmy na bezludnej wyspie, i czy uzyskujemy dostateczny wewnętrzny konsensus co do tych reform. To jest też jedna z tych wielkich historycznych lekcji, jaka wypływa z doby Sejmu Wielkiego i Konstytucji 3 Maja.
Polskie Radio PiK- Rozmowa Dnia - prof. Marek Chamot

Marek Zwiefka

Marek Zwiefka. Fot. Archiwum
Marek Zwiefka. Fot. Archiwum
Co oznaczają biało-czerwone barwy narodowe, kiedy powstały i jak należy je szanować? Odpowiedzi na te pytania poszukamy z okazji przypadającego dziś Dnia Flagi Rzeczpospolitej Polskiej. Gościem Rozmowy Dnia był Marek Zwiefka, historyk z Muzeum Wojsk Lądowych w Bydgoszczy.

Marcin Kupczyk: 2 maja - Dzień Flagi. Mówi się, że termin nie jest przypadkowy. Pierwszym powodem miało być to, że w czasach PRL w tym dniu zdejmowano flagi po 1 maja by nie było ich widać 3 maja. Drugim powodem miało być założenie 2 maja 1945 roku przez polskich żołnierzy biało-czerwonej flagi na Kolumnie Zwycięstwa oraz na Reichstagu w Berlinie. czy to są właściwe tropy?

Marek Zwiefka: Pewnie, po trochu tak. Pierwszy to ten wywodzący się z naszej opozycji do władz nam narzuconych czyli to unikanie wieszania flag na 3 maja. Zdobycie Berlina to też ważny trop. Jednak chyba też praca grupy senatorów w początkach III RP. Oni próbowali przed Świętem Konstytucji jakoś Polaków zmobilizować.

Święto Flagi Rzeczpospolitej Polskiej ciągle jest młode, bo ustanowione w 2004 roku. Czy to dobrze, że mamy takie święto?

Patrząc na nasze społeczeństwo i nasze świętowanie to chyba tak. Potrzebujemy nadal takich ustawowych regulacji, bo sami nie wiemy jak pewne rzeczy świętować i jak z godnością i szacunkiem się do naszych barw narodowych odnosić. Przykładem może być wykorzystywanie flagi na stadionach, podczas imprez sportowych jako transparentu. Ustawa mówi o tym, że do tych symboli należy się z odnosić z szacunkiem, a potem oglądamy naszych kibiców, którzy tę flagę, no można powiedzieć, profanują. (...). Jeszcze jedna sprawa, choć trochę teraz odejdziemy od flagi. Podczas grania hymnu narodowego, mężczyźni powinni zdjąć nakrycia głowy, czego kibice też nie robią, nie tylko kibice zresztą. (...).

Na pojawienie się polskiej flagi trzeba było długo czekać.

Tak jak ją dziś rozumiemy, czyli biało-czerwoną tak, rzeczywiście, bo dopiero gdzieś czas powstania kościuszkowskiego, może Księstwa Warszawskiego. Oficjalnie wiemy, że Powstanie Listopadowe te barwy narodowe wprowadziło uchwałą sejmową. Artykuł I mówił, że kokardę narodową stanowić będą kolory herbu Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego czyli kolor biały z czerwonym. To oficjalny i udokumentowany zapis. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Marek Zwiefka

Janusz Sytnik-Czetwertyński

Janusz Sytnik-Czetwertyński. Fot. Monika Kaczyńska
Janusz Sytnik-Czetwertyński. Fot. Monika Kaczyńska
1 maja wciąż obchodzimy Święto Pracy. Ale czy to święto ma uzasadnienie tylko historyczno-polityczne ? Może warto zastanowić się głębiej nad znaczeniem pracy w życiu człowieka? O tym rozmawialiśmy z prof. Januszem Sytnikiem-Czetwertyńskim, filozofem.

Michał Jędryka: 130 lat temu II Międzynarodówka Socjalistyczna ustanowiła Międzynarodowym Dniem Solidarności Ludzi Pracy 1 maja, a to na pamiątkę dramatycznych wydarzeń z 1886 roku w Chicago w Stanach Zjednoczonych. Właściciel fabryki dokonał tzw. lockoutu czyli zwolnił strajkujących i kilka dni później 3 maja była manifestacja w obronie tych zwolnionych pracowników. W trakcie przepychanek z policją w tłum protestujących i policjantów rzucona zostaje bomba, ginie kilkanaście osób. To święto przyjęło się. W 1950 roku w Polsce zostało ogłoszone świętem państwowym, były pochody, szturmówki. Święto zostało do dziś. Słusznie?

prof. Janusz Sytnik-Czetwertyński: Święto Pracy to tak naprawdę święto człowieka. Ono zostało zaanektowane przez pewną ideologię w taki sam sposób w jaki ta sama ideologia anektowała wszelką naukę. Ja pamiętam, że w moim poprzednim życiu, czyli wtedy, zanim zostałem filozofem, pierwsze studia, które ukończyłem to były studia z ekonomii. To był rok 1986 gdy zaczynałem te studia. Na pierwszym roku uczyłem się takiego przedmiotu jak "ekonomia polityczna socjalizmu", a na drugim roku była "ekonomia polityczna kapitalizmu". Już wtedy wykładowcy mówili, że te przedmioty, które oni będą wykładali, będą nieco odbiegać od treści programowych wymaganych przez władzę, bo uznawali, że nie ma czegoś takiego jak ekonomia polityczna, czy ekonomia socjalistyczna, czy kapitalistyczna, jest po prostu ekonomia. Albo się coś zgadza, albo się nie zgadza. To tak jakbyśmy chcieli robić matematykę socjalistyczną bądź kapitalistyczną.


Jednak poglądy na pracę się bardzo zmieniały na przestrzeni dziejów. W starożytności pracowali niewolnicy, a ludzie wolni nie pracowali.

Jeżeli odejdziemy od wszelkich ideologii to zauważymy, że praca to jest coś co najbardziej opisuje każdego z nas. My właściwie wykonujemy przez cały czas jakąś pracę. Teraz słowo praca kojarzy się nam przede wszystkim z etatem w jakiejś firmie czy instytucji. Powiem teraz bardziej uniwersalnie: przecież wszystko to co wykonujemy jest jakąś pracą, pracuje nasz umysł, ciało, dusza. Część pracy jest przynależna biologii, naturze, a część wykonujemy za pieniądze czyli sprzedajemy jakby swoje możliwości twórcze i swoje możliwości naturalne. Kiedy powiemy "święto pracy" i kiedy nie będziemy patrzyli na ten cały anturaż światopoglądowy, to to jest tak jak powiedziałem, święto człowieka, jako takiego. Tego jak się przedstawia i jak żyje. Z filozoficznego punktu widzenia, trzeba zauważyć pewną rzecz: generalnie nasza duchowość jest aktywna, a materia bierna. Jeśli chcę się czegoś nauczyć, mam np. talent muzyczny, a później chcę to eksponować, to najpierw muszę przyuczyć swoje ciało. Musimy "wytresować" swoje ciało, bo czymże innym jest np. szkoła baletowa, muzyczna.

Jak to się zatem stało, że Marks pracę traktował jak alienację człowieka.

U Marksa jest pewien podstawowy błąd, który jest błędem wielu utopii. To jest błąd polegający na tym, że tworzymy pewną teorię, w tym wypadku teorię filozoficzną, która ma swoje błędne, ukryte założenie. U Marksa to założenie polega na tym, że człowiek jest istotą racjonalną i wykona zawsze to co dla niego jak najlepsze. W związku z tym, jeśli podamy mu jakąś receptę na życie, a ona będzie dla niego racjonalnie jak najlepsza, to człowiek to wykona - nic bardziej mylnego. Człowiek nie jest istotą racjonalną, ba człowiek gdyby miał być zmuszony do racjonalności, to zrobi wszystko aby w tę racjonalność nie dać się wbić. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Janusz Sytnik-Czetwertyński

Marek Radzimierski

Marek Radzimierski/fot. materiały Kujawsko-Pomorskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego
Marek Radzimierski/fot. materiały Kujawsko-Pomorskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego
Niedzielny deszcz był dalece niewystarczający. Miasto żyje swoim sprawami, a tymczasem na polach panuje dramatyczna susza. Sytuacja jest dużo gorsza niż w zeszłym roku — alarmują rolnicy. Czy jesteśmy bezsilni wobec suszy i zmian klimatu? Jak nasz region wygląda pod tym względem w stosunku do reszty kraju? Czy rolnicy mogą tak przestawić produkcję, by w przyszłych latach uniknąć strat? Jakie zmiany infrastrukturalne są potrzebne, by w przyszłości zminimalizować skutki suszy? O to pytaliśmy Marka Radzimierskiego, agronoma z Kujawsko Pomorskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Przysieku.



Michał Jędryka: Jestem w Kujawsko-Pomorskim Ośrodku Doradztwa Rolniczego w Przysieku. Ze mną agronom Marek Radzimierski. W niedzielę spadł deszcz, ale chyba nie w całym regionie padało. Deszcz jednak niewystarczający, bo rolnicy uskarżają się na suszę, jakiej dawno nie było.

Marek Radzimierski: Deszczu było tak mało, że o godz. 9:00 - 10:00 praktycznie ślad po zaginął, przynajmniej na utwardzonych powierzchniach. W tej chwili mamy ogromną suszę, która się pogłębia. Widać to szczególnie na glebach słabych tam, gdzie jest mało materii organicznej. Niestety na wielu polach widać wyraźne objawy braku wody. Widać to po dolnych żółknących liściach - na przykład w zbożach. Po tym, że bardzo nierówno rosną zboża, jest dużo placów nieobsadzonych roślinami. Niestety ta susza się pogłębia. Temperatury mamy stosunkowo wysokie, natomiast ilość opadów jest mniejsza niż w innych latach.

W mieście nie do końca rozumiemy co taka cisza oznacza. Jakie mogą być skutki suszy o tej porze roku?

To jest bardzo ważne pytanie. Są okresy, kiedy roślina szczególnie potrzebuje wody. To są okresy, kiedy buduje się plon. W przypadku zbóż na przykład to jest okres tak naprawdę krzewienia początku strzelania w źdźbło, Kiedy ten kłos się tworzy. Innymi słowy długość głos, jego wielkość, ilość ziarna które będzie w głosie zależy przede wszystkim od tego jak rośliny przejdą fazy krzewienia. Jeżeli w fazie krzewienia nie ma wody, to w tym momencie roślinach przyspiesza procesy redukcyjne. To samo dzieje się troszeczkę później, a więc w okresie maja, kiedy zaczyna się strzelanie w źdźbło, kiedy ten kłos musi się kształtować, prawidłowo formować - te procesy są zachwiane i roślina w sposób naturalny redukuje budowanie swoich organizmu, eliminując najsłabsze źdźbła, eliminując także te kłoski, które powinny się w tym momencie tworzyć.

To oznacza, że susza przyniesie skutek, że będzie mniej ziarna w zbożu.

Nie tylko w zbożu. Dotyczy to praktycznie wszystkich gatunków roślin. W tym roku mamy bardzo specyficzną pogodę, która niestety także ze względu na niskie temperatury spowodowała, że wiele drzew - szczególnie wrażliwych takich jak morele czy brzoskwinie czy czereśnie na przykład niestety nie będzie miała tyle owoców jak w latach poprzednich. W tym roku mieliśmy taki układ, że w dzień ciepło a w nocy przymrozki, nawet do minus 10 stopni i tak było cały marzec, połowa kwietnia i do tej pory jeszcze zdarzają się tu i ówdzie przygruntowe przymrozki, a to niestety powoduje, że troszkę straciliśmy tego kwiatu. Będzie trudno (...)
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Marek Radzimierski

Kosma Złotowski

Kosma Złotowski. Fot. Archiwum
Kosma Złotowski. Fot. Archiwum
Eurodeputowany Kosma Złotowski
Gościem Rozmowy dnia był europoseł Kosma Złotowski. Na sobotniej konwencji wyborczej eurodeputowany nazwał Koalicję Europejską grupą rekonstrukcyjną PZPR. Czy czasy PRL wciąż mają wpływ na polską politykę? Czy tamte podziały wciąż jeszcze są ważne? O to pytał Kosmę Złotowskiego Michał Jędryka.

W sobotę odbyła się pana konwencja, która rozpoczęła kampanię wyborczą przed nową kadencją w europarlamencie. Moją uwagę zwróciło efektowne sformułowanie, którym określił pan Koalicję Europejską: grupa rekonstrukcyjna PZPR. Chodzi o rozbudzenie emocji w kampanii, czy rzeczywiście obawia się pan jakiegoś widma krążącego po Polsce, widma PZPR?

Po pierwsze to nie jest moje sformułowanie, tylko na posła Chorały, ale jest bardzo trafne, dlatego że w Koalicji Europejskiej bardzo poczesne miejsce zajmują byli członkowie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, i to członkowie wysoko postawieni. W naszym okręgu jest pan poseł Janusz Zemke, ostatni pierwszy sekretarz komitetu wojewódzkiego PZPR, wcześniej sekretarz PZPR do spraw propagandy. Wymienię także panią Danutę Huebner, która Startuje z Warszawy, i o której kandydat z naszego okręgu 5 lat temu mówił "stara komuszka", więc jest parę osób, już nie mówiąc o takich nazwiskach jak Włodzimierz Cimoszewicz, czy Leszek Miller, który startuje z Poznania. Wiemy, że był również członkiem Komitetu Centralnego i Biura Politycznego, więc rzeczywiście na bardzo ważnych miejscach tej koalicji znajdują się ludzie, którzy tworzyli przed 89 rokiem Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, czyli partię która w Polsce budowała i umacniała socjalizm, partię która była za RWPG, a przeciwko EWG, była za Układem Warszawskim i przeciwko NATO, czyli robiła odwrotnie to, co dzisiaj deklaruje, że chciałaby robić Platforma Obywatelska.

Czego się Pan obawia w tej grupie: stylu sprawowania władzy, lewicowości czy czegoś jeszcze innego...

Nie, stylu sprawowania władzy to raczej nie, bo to już jest przyszłość, nie ma powrotu do stylu sprawowania władzy, tak jak to robiła Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, natomiast owszem, lewicowość jest jak najbardziej z mojego punktu widzenia niebezpieczna. To są ludzie, którzy wtedy chcieli stwarzać nowego człowieka, nowego socjalistycznego Polaka, a dzisiaj chcą stwarzać nowego Europejczyka, Europejczyka który przede wszystkim jest Europejczykiem pozbawionym swojej własnej tożsamości narodowej, do tego modelu chcą wychowywać dzieci, usuwając jakiekolwiek granice tożsamości. Mam tutaj na myśli sprawę karty LGBT Plus, która została podpisana w Warszawie.

Czyli porównuje pan komunistyczny kosmopolityzm z dzisiejszym europeizmem?

Tak, z dzisiejszym europeizmem, z czystą wizją zjednoczonej Europy która pozbawia ludzi ich historycznej tożsamości, która chce wychować nowego człowieka, nowego Europejczyka. Moim zdaniem to jest zupełnie nietrafne, to jest droga donikąd, droga błędna, ale ma bardzo wielu zwolenników dzisiaj w Parlamencie Europejskim i w Unii Europejskiej.

Jednak ci, którzy kiedyś byli związani z PZPR, dzisiaj są często gorącymi zwolennikami wolnego rynku i zarzucają właśnie wam, Prawu i Sprawiedliwości, że na przykład takie programy jak 500 plus są programami socjalnymi, idącymi w kierunku rozdawnictwa...

Oczywiście że to są programy socjalne, ale to nie jest rozdawnictwo tylko inwestycja w społeczeństwo. Ludzie, którzy cierpią biedę, nie są ludźmi wolnymi. Człowiek wolny musi mieć zabezpieczoną przyszłość. Jeśli państwo na to stać, powinno zabiegać o to, by obywatele biedy nie zaznawali. Program 500 plus przyczynił się do kolosalnej redukcji biedy, zwłaszcza wśród najmłodszych, wśród dzieci. Taki program przyczynia się do tego, że ludzie czują się pewnie, czuję się wolni.

Jeden z posłów na sobotnie pańskiej konwencji mówił, że polityka zagraniczna w kontekście Unii Europejskiej jest postrzegana przez dwa pryzmaty: jedni przedstawiają Unię Europejską jako samo zło, drudzy, jako samo dobro. Prawda jest gdzieś pośrodku?

W tym wypadku z całą pewnością. Jest parę rzeczy złych, które z UE do nas przychodzi, ale jest parę rzeczy dobrych. Tyle tylko, że te dobre rzeczy też bywają czasami dość gorzkie, na przykład wolny rynek. Wolny rynek bez barier, z wolnym przepływem kapitału, to był postulat dla którego w ogóle Unia Europejska powstała. Myśmy w 2004 roku wzięli ten postulat za dobrą monetę, stworzyliśmy na przykład sektor transportu. Dziś 30 procent europejskiego transportu należy do polskich małych i średnich przedsiębiorstw. No i dzisiaj usiłuję się, między innymi Polaków, ale nie tylko, w ogóle cały wschodnioeuropejski sektor transportu odciąć od tego wspólnego rynku, stworzyć takie bariery, aby naszym firmom nie opłacało się jeździć po Europie Zachodniej i to jest ewidentnie przykład protekcjonizmu. (...)

Mowa była również w czasie konwencji o sojuszach, nawiązano do Putina, do sojuszu z Europą Zachodnią. Czy sojusze to jest sprawa tylko taktyczna, czy również cywilizacyjna?

Oczywiście, cywilizacyjna również, dlatego właśnie wśród partnerów cywilizacyjnych chcemy szukać sojuszników. Stąd bliski kontakt ze Stanami Zjednoczonymi, co zresztą w Europie Zachodniej bynajmniej nie jest popularne ostatnimi czasy. Europa Zachodnia przychylnym okiem spogląda w stronę Rosji, a Rosja to jest inna cywilizacja. My się od Rosji różnimy, i mamy doświadczenie kilkusetletnie w stosunkach z Rosją. Ostatnie 300 lat niczego dobrego nie przyniosło.

Kadencja Donalda Trumpa się kończy, Donalda Trumpa, który swoim pamiętnym przemówienie w Warszawie między innymi bardzo wsparł Prawo i Sprawiedliwość. Wszystko może się zmienić po wyborach.

Polityka jest nieprzewidywalna. Różne rzeczy się mogło zdarzyć. Oczywiście, może się zdarzyć tak że pan prezydent Trump przestanie być prezydentem, jednak na razie nim jest, na szczęście, i spodziewamy się jego wizyty w Warszawie, we wrześniu.

Marek Gralik

Marek Gralik/fot. Archiwum
Marek Gralik/fot. Archiwum
Jędryka - Rozmowa dnia - Gralik Marek
Gościem piątkowej (26.04.) rozmowy dnia był Marek Gralik, kujawsko–pomorski kurator oświaty. Zawieszony zostaje strajk nauczycieli. Czy wszyscy odetchnęli z ulgą? Czy uda się odbudować dobrą atmosferę w szkołach? Jak nadrobić zaległości w nauce? O to pytał Michał Jędryka.

Kończy się strajk nauczycieli, właściwie nie kończy się, zostaje zawieszony, ale czy można powiedzieć, że wszyscy odetchnęli?

Tak, wielu odetchnęło, wielu, ale nie wszyscy. Z pewnością odetchnęli uczniowie, czyli maturzyści, rodzice, wielu nauczycieli, ale, co ciekawe, nie wszyscy. To jest bardzo bolesne. Wczoraj mieliśmy telefon do kuratorium z pretensjami, że strajk jest zawieszony, że, jak to, że chcemy dalej strajkować. Mamy nauczycieli zacietrzewionych bardzo, który nawet nie reagują na fakt, że strajk został zawieszony, i że ich rola w tym strajku już się zakończyła. To jest smutne, ale niestety takie przypadki też mają miejsce.

Chciałem zapytać o atmosferę w szkołach, bo chyba nie jest najlepsza. Grono nauczycielskie jest mocno podzielone. Mniejszość, która nie strajkowała jest szykanowana, to chyba zbyt duże słowo, ale spotyka się z niechęcią pozostałych.

Tak, to prawda, nie wydaje mi się, że uda się skleić rady pedagogiczne. Strajk spowodował ogromne rozdarcie i niektórzy uczestniczący w tym strajku zachowywali się tak, jakby życia po strajku miało nie być, ale przecież wiadomo było, że kiedyś to się skończy, że trzeba będzie wrócić do tych relacji ze swoimi kolegami, koleżankami. Tylko jak wrócić do tych relacji, jeżeli obrzucało się ich wyzwiskami, jeżeli były szykany - to jest dobre słowo - jeżeli zapowiedziano ostracyzm wobec kolegów i koleżanek. W szkołach witały ich obraźliwe plakaty. Niektórzy dyrektorzy nie reagowali na to, i pozwalali, żeby to obraźliwe plakaty wisiały. To są bardzo trudne i ciężkie problemy do rozwiązania. Trzeba ogromnego wysiłku i ogromnej dobrej woli z każdej strony: i dyrektorów, i jednej grupy nauczycieli, i drugiej, żeby jakoś to poskładać, żeby dotrwać do końca roku szkolnego i potem z mozołem budować relacje od przyszłego roku szkolnego.

Nie chodzi tylko o atmosferę w gronie pedagogicznym. Do szkoły wracają uczniowie, którzy mają ogromne zaległości po 3 tygodniowych wakacjach.

Ogromne zaległości może nie. Wiele szkół planowało i tak dni wolne z powodu egzaminu najpierw gimnazjalnego, później ósmoklasisty. W tym czasie były też rekolekcje, więc tych zaległości za dużo nie ma i można je nadrobić w skrajnym przypadku rezygnując z wcześniej zaplanowanych wyjazdów, rajdów, które z reguły mają miejsce pod koniec roku szkolnego. Jestem spokojny o realizację podstawy programowej, natomiast ma pan redakcją rację mówiąc, że te relacje popsuły się także między uczniami i nauczycielami. Znam wiele sytuacji, gdy nauczyciele mówili do uczniów wchodzących na egzamin: trzymamy za was kciuki i życzymy połamania piór. Uczniowie odwracali głowy, nie czuli wsparcia, chociaż to wsparcie było werbalne. To jest też ciężkie do nadrobienia. Nie wiem, jak będą wyglądały uroczystości zakończenia roku szkolnego. Czy będą kwiaty, bombonierki i uśmiechy, czy to będzie bardziej smutna uroczystość. Być może wielu uczniów czy rodziców zrezygnuje z posyłania dziecka na zakończenie roku szkolnego, żeby nie było takiej sztucznie atmosfery, uśmiechania się, podczas gdy nikomu nie jest do śmiechu.

Czyli ten strajk w jakiś sposób wpłynął również na relacje rodzice - nauczyciele i na autorytet nauczycieli.

Autorytet nauczyciela uległ jeszcze większemu obniżeniu. Ten proces rozpoczął się w momencie, kiedy nauczyciele pozwolili sobie iść na zwolnienie lekarskie mówiąc wprost, że to są zwolnienia fikcyjne. Jeżeli nauczyciel pokazuje swojemu uczniowi, że może zachowywać się nieuczciwie, czyli iść na fikcyjne zwolnienie, to jak może później wymagać uczciwości od ucznia, czyli niewagarowania, usprawiedliwiania nieobecności, itd. Będzie bardzo ciężko odpracować to, co się stało, czyli powrócić do chociażby takiego względnego poziomu autorytetu nauczyciela. Niestety, sami nauczyciele przyczynili się do tego swoją postawą, szczególnie ci którzy byli tacy bardzo, bym powiedział, zaciekli. Skamieniałe serca trudno będzie odkamienić. Trzeba będzie znaleźć jakiś dobry środek na to, żeby te serca nauczycielskie zaczęły bić miłością do uczniów i miłością do swojego zawodu, pięknego zawodu, którą biły być może jeszcze przed strajkiem.

Czy nie trzeba uczciwie powiedzieć, że ten demontaż autorytetu nauczyciela zaczął się dużo wcześniej?

Oczywiście że tak, tylko nikt mi nie powie, że jak nauczyciel dostanie 1000 zł więcej, to wzmocni się jego autorytet. Moja mama była nauczycielem, mój ojciec. Zarabiali nędzne pieniądze, a cieszyli się wspaniałym autorytetem. To byli ludzie, którzy pochylali się nad uczniem. Wtedy pracowało się dłużej, było 26 godzin w etacie, pensum, a nie 18 godzin. Pracowało się w soboty za mniejsze pieniądze. Oczywiście czasy się zmieniły, nasze wymagania są też większe, ale jednak etos nauczyciela powinien pozostawać ten sam - niewzruszony. Nauczycielem powinien być ktoś, komu można zaufać, kto mówi prawdę, kto pomoże w trudnej sytuacji, kto przede wszystkim czuję to powołanie. Mamy takie przypadki, że ktoś ledwo zaczął pracy jako nauczyciel stażysta i dziękował Bogu, czy dyrektorowi za to, że łaskawie przyjął go do pracy i był zadowolony we wrześniu z tej pracy, po to, żeby w kwietniu strajkować. Bo mu się jednak nie podobają warunki pracy. Taka osoba naprawdę przez przypadek trafiła do tego pięknego zawodu.

Jak pracować nad odbudowania autorytetu nauczyciela?

To zadanie bardzo trudne. Przede wszystkim musi nastąpić głęboka refleksja wśród samych nauczycieli. Łatwo jest zadziałać, tak jak w Danii, gdzie w czasie strajku szybko wszystkich zwolniono i zastąpiono nauczycielami o innych uprawnieniach czy z nakazu administracyjnego. Nie, u nas to będą ci sami ludzie, ale chciałbym, żeby to nie byli tacy sami ludzie, żeby ta refleksja była wielka, duża i żeby nauczyciele w spokoju zastanowili się: dlaczego strajkowałem...(...)

Jerzy Wiśniewski

Jerzy Wiśniewski/fot. Iwona Muszytowska-Rzeszotek
Jerzy Wiśniewski/fot. Iwona Muszytowska-Rzeszotek
PR PiK - Rozmowa Dnia - Jerzy Wiśniewski
Szef oświatowej "Solidarności" w Toruniu Jerzy Wiśniewski w Rozmowie Dnia w Polskim Radiu PiK wyraził nadzieję, że nauczyciele będą na maturach. Dodał też, że jego zdaniem "formuła tego strajku się wyczerpała".

Robert Erdmann: Strajkuje Pan?
Jerzy Wiśniewski: Strajkowałem dwa dni w pierwszym tygodniu strajku.

A teraz?
- Pracuję.

Jak długo potrwa protest Pana zdaniem?
- Mówię to z bólem serca dlatego, że mam świadomość, jakie jest zaangażowanie ludzi - myślę, że ta formuła strajku się wyczerpała. Nie z winy strajkujących, ale ze względu na to, że rządzący bardzo zręcznie obchodzą newralgiczne problemy, które się na poszczególnych etapach pojawiły, a mianowicie kwestie organizacji egzaminu dla gimnazjalistów, dla ósmoklasistów szkoły podstawowej i obecnie - kwestie klasyfikacji uczniów klas maturalnych i również podejście do matury.

Nauczyciele będą na maturach?
- Mam nadzieję, że tak.

Dziennik "Gazeta Prawna" podaje, że rząd przedstawi nowe propozycje przechodzenia na emeryturę po 30 latach pracy, w tym 20 latach w oświacie. Nie byłoby przy tym ograniczeń wiekowych. PiS chce też dać możliwość nauczycielom wyboru długości tak zwanego pensum, w zamian za wyższe wynagrodzenie. Obecnie pensum to 18 godzin pracy przy tablicy w tygodniu. Ten czas mógłby się wydłużyć do 24 godzin, pod warunkiem, że nauczyciel wyrazi na to zgodę. Gdyby taka propozycja rzeczywiście się pojawiła, Pana zdaniem coś to rozwiązuje?
- To dla mnie bardzo duże zaskoczenie, bo absolutnie nie spodziewałem się ze strony rządzących, że może być wywołany temat powrotu do wcześniejszej emerytury. Powiem szczerze, że mam mieszane uczucia. Obawiam się, że część społeczeństwa może przywrócenie wcześniejszych emerytur nauczycielskich odebrać negatywnie. Trzeba wziąć pod uwagę, że sporo nauczycieli - mimo prawa do wcześniejszej emerytury -pracowało. To jest więc też argument, żeby się dobrze zastanowić, czy rzeczywiście jest to potrzebne.
Jestem raczej za tym, by się pochylić nad 14. postulatem z sierpnia '80 roku, który mówił o powszechnym wieku emerytalnym na poziomie 55 lat dla kobiet i 60 dla mężczyzn. Myślę, że gdyby takie rozwiązanie zostało wprowadzone w kraju dla wszystkich grup zawodowych, to również nauczyciele byliby usatysfakcjonowani
Natomiast druga kwestia - ruchomego czasu pracy, czyli ustalania poziomu pensum ma swoje dość poważne ograniczenie. Zwiększenie godzin pensum wiąże się bowiem z tym, że godzin starczy wtedy dla mniejszej liczby osób, czyli prostą konsekwencją zwiększenia pensum dla dużej grupy nauczycieli byłaby konieczność zwolnienia części z nich. Myśląc solidarnościowo absolutnie nie można iść w tym kierunku (...)

Sławomir Wittkowicz

Sławomir Wittkowicz
Sławomir Wittkowicz
PR PiK - Rozmowa Dnia - Sławomir Wittkowicz
Wolny Związek Zawodowy Solidarność-Oświata działający przy Forum Związków Zawodowych podjął decyzję o kontynuowaniu strajku nauczycieli. Przewodniczący związku Sławomir Wittkowicz - gość Rozmowy Dnia w Polskim Radiu PiK przypomniał, że strajk dotyczy tylko postulatów ekonomicznych czyli podwyżek płac nauczycieli i pracowników administracji szkolnej.

Magda Jasińska: Czy matury się odbędą?
Sławomir Wittkowicz: To nie jest pytanie do mnie. Za system egzaminów odpowiada Minister Edukacji Narodowej, a nie nauczyciele czy pracownicy. Rząd wiedział o strajku od 10 stycznia, więc było wystarczająco dużo czasu, żeby nie wprowadzać problemu stresu wśród uczniów.
Wszystko to jest do załatwienia, bo regulują to konkretne przepisy - albo rangi ustawowej, albo rozporządzeń - więc jeżeli rząd ma przygotowany "plan B, C czy D", to już dawno powinien go uruchomić, żeby stresu nie było. Z jakichś powodów zrobić tego nie chce.

We wtorek prezydium Zarządu Głównego ZNP na popołudniowym spotkaniu nie podjęło decyzji o zawieszeniu protestu. Państwo zdecydowali podobnie.
- Wczoraj zwołaliśmy w Warszawie nadzwyczajne posiedzenie zarządu krajowego i postanowiliśmy, że strajk będzie kontynuowany w dotychczasowej formie. Drugą decyzję, jaką podjęliśmy jest to, że nie będziemy uczestniczyć w pijarowym humbugu okrągłego stołu pana premiera Morawieckiego

A uczestniczył pan w okrągłym stole edukacyjnym 11 lat temu.
- To prawda. Jego organizatorem na wniosek Związku Nauczycielstwa Polskiego był pan prezydent Lech Kaczyński. Zwrócę uwagę na dwie rzeczy - po pierwsze, że przed ogłoszeniem zostało to wypracowane z potencjalnymi uczestnikami przez ówczesnego pana ministra Ryszarda Legutko. Rzeczywiście później odbyły się dwie sesje z udziałem pana prezydenta, a między nimi - spotkania bodajże sześciu zespołów roboczych, które intensywnie pracowały na różne tematy, więc wiedzieliśmy w czym uczestniczymy. Obecnie nie wiemy, mamy tylko zaproszenie na stadion...

Nie do końca na stadion, panie przewodniczący...
- Wczoraj pani minister Rafalska mówiła, że okrągły stół odbędzie się w centrum konferencyjnym. Niestety nie było tego w zaproszeniu, które otrzymaliśmy - notabene nie zaadresowanym do nikogo konkretnego, tylko do szanownych państwa, więc w tym momencie każdy z obywateli może się zarejestrować i w tym uczestniczyć.

Co by musiało się wydarzyć, żeby państwa związek zawodowy uczestniczył w okrągłym stole?
- Najpierw powinniśmy wiedzieć, jakie mają być składy, ile grup, czym mamy się zająć, według jakich zasad? Także - czy to będzie na zasadzie losowania, czy każdy będzie miał minutę, 30 sekund czy może 10 minut na wypowiedź? Mamy tylko same znaki zapytania, więc w takiej typowo propagandowej imprezie uczestniczyć nie będziemy. Być może w piątek na tym ogólnym spotkaniu pan premier coś zarysuje i dopiero później będzie możliwość merytorycznej pracy?
Po pierwsze - uważamy, że to powinno się odbyć pod egidą Rady Dialogu Społecznego, bo po to ta instytucja jest powołana. Po drugie - wolimy przyjąć koncepcję, którą zgłosił pan prezydent Andrzej Duda. Zapowiedział, że może być patronem takiej inicjatywy i na ten temat rozmawiać. To jest dla nas do przyjęcia. Zresztą takie stanowisko podjęło sześć organizacji reprezentatywnych - tylko dwie się pod tym nie podpisały: NSZZ "Solidarność" oraz Związek Pracodawców i Przedsiębiorców. Dlatego będziemy apelowali - poprzez szefową Rady Dialogu Społecznego - do pana prezydenta, żeby był tego organizatorem. To powinno się odbyć po zakończeniu strajku, bądź po jego zawieszeniu, a nie w czasie trwania. Bo o czym mamy rozmawiać w sytuacji, kiedy nie jest rozwiązany główny problem czysto ekonomiczny?

Kiedy taki okrągły stół mógłby się rozpocząć? Kiedy zakończą się strajki?
- Trudno mi powiedzieć, bo tak naprawdę każdego dnia pracownicy podejmują decyzję czy strajkują dalej, czy nie. Strajk organizuje kilka związków zawodowych w różnych rejonach kraju. Jesteśmy zobligowani do tego, by decydować, czy go kontynuujemy, czy nie, natomiast decyzję w poszczególnych placówkach podejmują konkretnie pracownicy z imienia i nazwiska. Nie mamy wpływu na to, czy dzisiaj w 100 procentach przystąpili do strajku, czy może w 80, czy tylko w 10. (...)
3456789