Wtorek, 23 kwietnia 2019 r.   Imieniny: Jerzego, Wojciecha
Ostrzeżenie przed silnym wiatrem w porywach do 85 km/h.
Ostrzeżenie przed silnym wiatrem w porywach do 85 km/h.
Ostrzeżenie przed silnym wiatrem w porywach do 85 km/h.
Polskie Radio PiK » Rozmowa dnia

Rozmowa dnia

Andrzej Kobiak

Andrzej Kobiak
Andrzej Kobiak
Gościem Rozmowy Dnia był senator Andrzej Kobiak, z którym rozmawialiśmy o dalszych losach upamiętnienia Leona Janty-Połczyńskiego oraz znaczeniu przyszłorocznych rocznic dla Bydgoszczy i regionu. Senator Kobiak w styczniu zapowiadał, że chciałby zaszczepić w świadomości bydgoszczan przebieg wydarzeń z roku 1920.


Michał Jędryka: Niedawno opublikował pan na swoim blogu krótką notatkę na temat generała Józefa Dowbora-Muśnickiego przekonując, że powinniśmy pamiętać o tej postaci. W ogóle chyba postacie historyczne związane z Bydgoszczą są panu bliskie.

Andrzej Kobiak: Tak. Każdy mieszkaniec Bydgoszczy powinien znać historię miasta i historie osób związanych z tym miastem. Jestem fanem historii i mimo że zawodowo tym się nie zajmuję, to bardzo chętnie i czytam i zbieram informacje, a ten okres był bardzo ciekawy dla Bydgoszczy. To jest czas, kiedy Bydgoszcz powróciła do Polski.

Gen. Dowbor-Muśnicki był tym, który wprowadzał wojska polskie do Bydgoszczy...

Nie do końca. Wojsko było już wcześniej, bo 20 stycznia. Natomiast sama uroczystość przyłączenia Bydgoszczy do Polski miała miejsce 22 stycznia. Odbyła się na Starym Rynku, później był przemarsz na plac Wolności i honorowy raut w hotelu Pod Orłem i Dowbor-Muśnicki, jak i minister Leon Janta-Połczyński w imieniu rządu polskiego i wojska polskiego ogłosili przyłączenie Bydgoszczy do Polski. I jak ówczesna gazeta napisała: "To jest dzień sławny po wsze lata, że Bydgoszcz została przyłączona do Polski". Mówi o 22 stycznia.

Będziemy obchodzić 100. rocznicę w przyszłym roku i zależy panu na tym, żeby rocznica obchodzona była właśnie 22 stycznia, nie 20 stycznia.

Zgodnie z wydarzeniami historycznymi. Myślę, że to najwyższy czas, żeby wyprostować pewne rzeczy - chociażby tablicę pamiątkową na pl. Wolności, gdzie jest pokazany przemarsz wojsk gen. Dowbora-Muśnickiego z datą 20 stycznia. Generała Dowbora-Muśnickiego nie było 20 stycznia w Bydgoszczy, był 22.

Czy jest zainteresowanie? Czy odbył pan jakieś rozmowy? Czy są szanse na to, żeby tę datę skorygować?

Starałem się informować - poczynając od dziennikarzy poprzez włodarzy miasta, również profesorów historii. Wszyscy podchodzą ze zrozumieniem, ale bez większej energii do jakichś działań.

Może chodzi o to, że po prostu tradycja idzie swoją drogą a historiografia swoją?

Tak, ale myślę, że właśnie z historycznego punktu widzenia warto by się zastanowić dlaczego w Bydgoszczy w okresie międzywojennym obchodzono przyłączenie miasta do Polski 22 stycznia, a po wojnie 20 stycznia.

A świadectwa, że te obchody w okresie międzywojennym były 22 stycznia?

Tak. Jest informacja w gazecie z roku 1925, gdzie jest potężny artykuł o powrocie Bydgoszczy do Polski, chociaż jak dziennikarz zaznacza uroczystości były nieudane. Później z okazji dziesięciolecia, czyli w roku 1930 ukazał się również duży artykuł o powrocie Bydgoszczy do Macierzy, który bardzo głęboko historycznie sięga do tego wydarzenia, opisując je w różnym kontekście, ale nie ma wątpliwości, że powrót Bydgoszczy do Polski miał miejsce 22 stycznia, natomiast wkroczenie wojsk 20 stycznia.

Być może pamięć o tym dlatego się zatarła, że od roku 1939 właściwie do 1989 tych rocznic nie obchodzono. W okresie komunistycznym one były przyćmione...

A jeżeli już to raczej 20 stycznia. Mamy ulicę 20 stycznia. Myślę, że to się wiąże z tym, że właściwie obchody takiej uroczystości musiałyby się wiązać z zaproszeniem na nią Leona Janty-Połczyńskiego. A pamiętajmy, że po wojnie Leon Janta - Połczyński został nazwany "wrogiem ludu", zabrano mu cały majątek i nie pozwolono zbliżać się do Tucholi, ani do Bydgoszczy.

Leon Janta - Połczyński to kolejna postać, o której pan bardzo często wspomina, bo Dowbor-Muśnicki jako dowódca powstania wielkopolskiego ma swoją ulicę w Bydgoszczy. Inni dowódcy powstania wielkopolskiego - Jan Maciaszek czy pułkownik Taczak - też mają swoje ulice w Bydgoszczy, a Janta-Połczyński?

Nie ma i myślę, że z powodów politycznych, że był on tak bardzo nielubiany przez ówczesną władzę, że starano się o nim zapomnieć i wykreślić go z historii. Jest okazja, żeby wrócić do tej znanej postaci - bardzo zasłużonej dla Pomorza i dla Polski. To Leon Janta-Połczyński podpisywał ostateczne porozumienie z Niemcami o przyłączeniu Pomorza do Polski. Pomijając to, że przez wiele lat jako wybitny patriota działał na rzecz polskości na tym terenie. Wydawał pod zaborami 2 polskie gazety - jedną w Gdańską, drugą w Toruniu. Obszar jego działania był olbrzymi. On też, moim zdaniem, przekonał amerykańską delegację, która była w Poznaniu ustalając granicę Wielkopolski o tym, żeby Pomorze nie traktować zgodnie z zasadami Wilsona, który powiedział, że Polska ma być tam, gdzie jest większość Polaków, bo przecież na Pomorzu nie oszukujmy się nie było większości polskiej, tylko udało się przekonać do innych argumentów, że Pomorze powinno wrócić do Polski. Myślę, że to jest duża zasługa Janty-Połczyńskiego. Oczywiście również Paderewskiego czy Dmowskiego, ale myślę że w sprawie Pomorza to Połczyński absolutnie miał wiodącą rolę.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Andrzej Kobiak

Anna Szarapka

Anna Szarapka. Fot. Musicachoralis.org
Anna Szarapka. Fot. Musicachoralis.org
Utwory pasyjne - które wyrażają nastrój Wielkiego Tygodnia stanowią wyjątkowo bogaty element europejskiej kultury muzycznej
Utwory pasyjne - które wyrażają nastrój Wielkiego Tygodnia - nie są może tak szeroko znane, jak kolędy, ale stanowią wyjątkowo bogaty element europejskiej kultury muzycznej. O tym rozmawialiśmy z dr Anną Szarapką – teoretykiem muzyki.

Michał Jędryka: Zaczęła się wiosna, zbliża się Wielkanoc. Czy pory roku życia człowieka wyznaczane są również przez muzykę...

Z pewnością. Muzyka, religia i cierpienie to kategorię bardzo bliskie człowiekowi i towarzyszące mu zawsze. Dusza ludzka jest symfoniczna, pisała święta Hildegarda z Bingen, mistyczka i kompozytorka. Związek muzyki i świata podkreślane był w średniowiecznej teorii muzyki zgodnie z tradycją pitagorejską. Wtedy mówiono o harmonii świata, o tym, że cały wszechświat brzmi. Średniowieczna teoria przyniosła trzy kategorie: musica mundana, czyli harmonia świata, musica humana, czyli muzyka mikroskosmosu człowieczego, czyli harmonia jego psychofizycznej kondycji. Hildegarda dodaje też do tych dwóch musica celestis czyli śpiew aniołów. Musica mundana jest prawdziwą muzyką, a pozostałe dwie kategorie tylko jej odzwierciedleniem. Tym, co uderza w pismach i wizjach Hildegardy, to wskazywanie pierwotnego piękna i godności człowieka i świata, a także ciekawe rozważania nad harmonią utraconą poprzez upadek Adama, i harmonią odnalezioną i odzyskaną w śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa.

Właśnie w tej chwili rozważamy śmierci i zmartwychwstanie Chrystusa, czyli najważniejsze tematy, którymi żyją chrześcijanie w Wielki Piątek...

To szczególny moment na przywołanie twórczości pasyjnej. Jedną z najważniejszych form jest nurt pasji liturgicznej, związany z obrzędami religijnymi. Wyrósł z potrzeby wspólnotowego przeżywania tajemnicy zbawienia. Z kolei pasja nieliturgiczna związana była z estetyką stylistycznych kierunków, które były obecne w dziejach muzyki, a które zmieniały się i uzależniały się od epoki.

Pasja to po prostu ewangeliczne opowiadanie o Męce Chrystusa...

To opowiadanie sięga bardzo wczesnych okresów wyznawania wiary, sięga średniowiecza, a najstarsze zachowane świadectwa proklamacji pasji pochodzą z IV wieku. Opisała je pątniczka o imieniu Egeria, która pielgrzymowała do Jerozolimy, i brała udział w wielogodzinnym nabożeństwie pasyjnym, podczas którego właśnie czytano ewangeliczny opisy Męki Pańskiej

Czytano, czyli najważniejszy był tekst? Czy przez muzykę można podkreślić znaczenie tekstu?

Z pewnością. Mękę Pańską odczytywano i śpiewano korzystając z tekstów ewangelii świętego Mateusza w Niedzielę Palmową, w Wielką Środę według świętego Łukasza, a w Wielki Piątek czytano ewangelię według Świętego Jana. Od IX wieku spotykamy się już z pewnym udramatyzowanym odczytywaniem tekstu z podziałem na rolę. Słowa ewangelisty śpiewał diakon w rejestrze środkowym, Chrystus natomiast był odtwarzany w rejestrze najniższym, dla podkreślenia godności tej postaci, a pozostałe słowa, m.in. Piotra i służącej arcykapłana wykonywane były w rejestrze najwyższym.

Zwyczaj takiego udramatyzowania przetrwał do dzisiaj w liturgii, bo przecież w kościołach czyta się Mękę Pańską z podziałem na rolę, a w niektórych kościołach jest ona śpiewana. Wiemy, że odśpiewana będzie podczas dzisiejszej wielkopiątkowej liturgii o 18.00 w katedrze w Toruniu.

Do dzisiaj kościoły praktykują śpiewanie pasji, ponieważ rzeczywiście łączy się to z bardzo głębokim przeżyciem. Chodzi o kontemplację tego momentu, tej zbawczej męki Jezusa Chrystusa, i o to aby wierni mogli to przeżyć bardzo pięknie, z pewnym namysłem, z pewną medytacją. (...)

Na zakończenie wrócę, do początku naszej rozmowy. Przywołam cytat Benedykta XVI z jednej z jego książek: "W morzu żyją ryby i milczą, zwierzęta na ziemi krzyczą, a ptaki, których obszarem życiowym jest niebo, śpiewają. Człowiek zaś ma udział we wszystkich trzech: ma w sobie głębię morza, ciężar ziemi i wysokość nieba". Czy zgadza się pani na takie przedstawienie muzyki?

Muzyka jest najgłębszym przeżyciem człowieka, który śpiewu używa w momencie gdy cierpi, gdy się raduje, i w tej sposób przekazuje swoje silne emocje. Życzę wszystkim, abyśmy uczestniczyli w muzyce niebios, w śpiewie aniołów.


Dziś (piątek 19.04.) o godzinie 22.00, w kościele p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Toruniu odbędzie się koncert muzyki pasyjnej, w programie, m.in. Stabat Mater Palestriny, Miserere Allegriego.

Janusz Zemke

Janusz Zemke/Fot. Archiwum
Janusz Zemke/Fot. Archiwum
Ilu europosłów będzie reprezentowało Kujawsko-Pomorskie w nowym Parlamencie Europejskim? Czy w przypadku zdobycia mandatu, zrezygnuje z niego? Jak ocenia rezygnację z polityki senatora Jana Rulewskiego? Rozmowa Dnia z europosłem SLD Januszem Zemke.

Maciej Wilkowski: Spotykamy się w Strasburgu, na ostatniej sesji Parlamentu Europejskiego. Panie pośle, czy ta kadencja zostanie zapamiętana przez jedno słowo "brexit"?

Janusz Zemke: Myślę, że niestety tak, a celowo używam tego słowa. Po raz pierwszy w dziejach Unii mamy taką sytuację, że państwo członkowskie występuje ze Wspólnoty. Obywatele Wielkiej Brytanii większością zadecydowali o tym i to rzeczywiście ma tutaj dość istotny wpływ na wszystko, co się wewnątrz Europarlamentu dzieje.

Kolejny gorący ostatnio temat to dyrektywa transportowa. Przepisy, które mogą boleśnie uderzyć się w naszą branża transportową. Czy ta sprawa, według pana, jest już zamknięta czy są jeszcze jakieś fortele, których można użyć, by te przepisy nie zaczęły obowiązywać?

Rzeczywiście jest tak, że te przepisy nie są dla polski film korzystne, ale to wszystko jeszcze się nie zakończyło, dlatego że na razie to parlament zajął stanowisko, a ostatecznie musi to przesądzić Rada Unii Europejskiej. Od kuchni to wygląda w taki sposób, że na czele dzisiejszej Rady stoi Rumunia. Rumuni raczej nie będą spieszyli się, żeby nad tym podjąć dalej prace, dlatego że Rumunii byli w grupie, podobnie jak i my, sprzeciwiającej się temu pakietowi mobilności, a potem zaczną się dyskusje między państwami. Ja nie wykluczam, że ten pakiet w jakiejś postaci wróci do nowego parlamentu. Pierwsze posiedzenie odbędzie 2 lipca.

Finlandia będzie w drugim półroczu 2019 r. przewodniczyć Unii Europejskiej. Czy tam mamy sojuszników?

Nie. Jeśli chodzi o Skandynawów to oni się opowiadali za tym nowym pakietem. Problem podstawowy polega na tym, że ten pakiet, moim zdaniem, wprowadza rozwiązania, które ekonomicznie byłyby dla polskich firm niekorzystne, ale wprowadza się również wiele biurokracji. Dam taki przykład - postulat skądinąd jest taki, żeby kierowca w miejscu, gdzie pracuje otrzymywał minimalną płacę danego państwa. No dobrze, ale co robić jeżeli ktoś jedzie z Polski do Portugalii? W każdym państwie obliczać inną płacę? Będzie bardzo dużo komplikacji w tym obszarze, nie mówiąc o tym, że jest inny system płacy w Niemczech czy Polsce. Oczywiście chcielibyśmy bardzo, żeby polscy kierowcy zarabiali tyle, ile kierowcy z Niemiec, ale u nas większą wagę przywiązuje się do różnych diet i dodatków. Ta płaca podstawowa może nie jest za wysoka, natomiast rekompensują to w jakim stopniu diety i dodatki. Zakończę w taki sposób - chcemy czy nie płace kierowców w Polsce będę musiały być i tak wyższe. Jeden z problemów, jaki mamy w naszym kraju to na tle Unii, niestety, w dalszym ciągu relatywnie dość niskie płace i ta nasza konkurencyjność wynika często z tego, że Polacy mniej zarabiają. To też się będzie musiało skończyć.

Wielokrotnie podkreślano fakt, że w tej sprawie udało się działać poza partyjnymi podziałami. Jak wyglądała współpraca z kolegami z innych opcji politycznych?

W tej konkretnej sprawie akurat wszyscy Polacy zachowali się w taki sam sposób. Mieliśmy dobre kontakty z Ministerstwem Infrastruktury i jeśli chodzi o głosowanie Polaków, to wydaje mi się, że w tej naszej grupie 51 osób chyba wszyscy głosowali tak samo. Dlaczego o tym mówię? Na szczęście nie wszystkie polskie spory przenoszą się do Brukseli i do Strasburga, i na szczęście w takich rzeczywiście ważnych sprawach dla Polski bardzo często wszyscy polscy eurodeputowani zachowują się tak samo.

To jest koniec kadencji, więc można też pokusić się o pewnego rodzaju podsumowania. Teraz jesteście bardziej podzieleni, jako grupa polskich europosłów, niż na przykład 10 lat temu, kiedy zaczynał pan przygodę w Parlamencie Europejskim, czy 5 lat temu, czyli po zakończeniu pierwszej kadencji?

Ogólnie powiem, że jest niestety gorzej. W poprzedniej kadencji byliśmy w większym stopni zintegrowani. Wiemy, że w Polsce jest dzisiaj bardzo ostra walka między największymi frakcjami i partiami. Niestety część tej walki przenosi się także tutaj. A wolałbym, żebyśmy polskie spory i namiętności zostawiali na granicy polskiej. Nie jest wcale tak, że inni się tym martwią tutaj. Pamiętajmy, że jesteśmy w grupie koleżanek i kolegów z 28 państw. Każdy ma tutaj swoje interesy i jeśli jakieś państwo ma kłopoty, to nie wszyscy tu boleją nad tym. Wychodzą z założenia, że wtedy będzie do podziału więcej dla nich.

Mówił pan niedawno, że często traktujemy się jak pępek świata, natomiast tutaj...

Ja mogę powiedzieć, że aktywność w Europarlamencie nauczyła mnie dużej pokory. Zaczynamy od tego, że Polska jest dla nas najważniejszym państwem. Jest ważnym, ale jednak polski potencjał, to jest mniej więcej 7 proc. całej Unii. To znajduje także wyraz w liczbie eurodeputowanych. Nas jest 51 w grupie 751 posłów, czyli co 15 eurodeputowany to Polak. To nam też pokazuje, że nie jesteśmy ani mali, tu jest wiele takich małych państw, ani też najwięksi jak Niemcy, Francuzi czy Brytyjczycy. To jest tylko te 7 proc. To jest ta refleksja pierwsza. Refleksja druga - znajdujemy się w gronie przedstawicieli państw o różnej historii i kulturze, wyznacznikach tożsamości; znajdujemy się w gronie ludzi bardzo różnych religii, to jest inaczej niż w Polsce, gdzie dominuje jedna religia. Więc musimy się uczyć działać w różnorodności. To hasło Unii "Jedność w różnorodności" znajduje tutaj wyraz w parlamencie i to każdego dnia.

Ilu europosłów będzie miało Kujawsko-Pomorskie po wyborach 26 maja?

Chciałbym, żeby było trzech, ale to będzie moim zdaniem skrajnie trudne, dlatego że nasze województwo stanowi najmniejszy okręg wyborczy w Polsce, a zdobycie mandatu nie zależy od poparcia procentowego, tylko od liczby głosów. U nas głosuje około 350 - 400 tys. osób, a w okręgu na Śląsku czy w Małopolsce milion. Ogromnie ważne znaczenie będzie miało to, ile osób w naszym województwie pójdzie do wyborów.

Muszę pana o to zapytać, bo była to głośna sprawa. W ubiegłym tygodniu senator Jan Rulewski "wypisał się" z Platformy Obywatelskiej. Argumentował to między innymi tym, że znalazł się pan na liście Koalicji Europejskiej, a jemu z panem nie po drodze. Rozmawialiście panowie ze sobą?

Nie rozmawialiśmy ze sobą. Powiem tak - pan Rulewski rzeczywiście ma duże zasługi dla naszego województwa. To jest historyczna postać. Nigdy tego nie negowałem, tylko nasze korzenie są zupełnie inne. Pan Rulewski działał aktywnie w "Solidarności", a ja byłem członkiem PZPR do roku 1990. Nigdy się tego nie wypierałem. Zawsze to podawałem, więc co mogę robić? Demokracja ma to do siebie, że weryfikują nas tylko wybory. 9 razy poddawałem się ocenie wyborców i 9 razy - 7 razy do Sejmu, 2 razy do Europarlamentu - wyborcy oceniali mnie pozytywnie, skoro powierzyli mi mandat. To jest cała moja odpowiedź. Nie chcę się za bardzo wdawać w historie sprzed 40 lat. Zostawmy to historykom.

Nie wykluczał pan, że w 2019 roku zakończy swoją karierę w Parlamencie Europejskim, odda pole młodszym, jednak zdecydował się pan kandydować. Dlaczego?

Tak, rzeczywiście jest tak, jak pan mówi. To wynika z dwóch przesłanek, które wpłynęły na moją decyzję. Po pierwsze należę do gorących zwolenników powstania Koalicji Europejskiej. Uważam, że opozycja powinna się integrować. Przekonywałem swoich kolegów na lewicy, żeby włączyli się do koalicji, więc jestem za nią. W związku z tym pytanie drugie: czy mogę coś dla tej koalicji uczynić? Jeżeli w każdych wyborach otrzymuję w województwie kujawsko-pomorskim kilkadziesiąt tysięcy głosów, no to uważam, że jestem w stanie tej koalicji pomóc i ta moja decyzja wynika po prostu z tego.

A może być tak, że zdobędzie pan mandat, ale jednak go nie podejmie?


Kandyduję w poczuciu odpowiedzialności.

Pomysł Koalicji Europejskiej w naszym regionie to między innymi profrekwencyjna kampania, bo od frekwencji będzie zależeć to, czy w regionie będzie 1 mandat, czy 2 - 3 mandaty. Na czym ma polegać ta kampania?

Ma polegać na silnym namawianiu obywateli naszego województwa, mieszkańców, samorządów, żeby jak najwięcej osób zdecydowało się na pójście na wybory, bo jeden z problemów w Polsce jaki mamy to jest jednak dosyć niska frekwencja, jeśli chodzi o eurowybory. W Polsce głosuje w tych wyborach około 25 proc. wyborców, to bardzo mało na tle innych państw, dodatkowo u nas w województwie wygląda to jeszcze trochę gorzej. Wiem, że Urząd Marszałkowski przewiduje tutaj różne zachęty, jeśli chodzi o udział w głosowaniu, bo oczywiście urząd nie może mówić na kogo. Urząd może i też wszystkich namawiam do agitowania za tym, żeby iść na wybory, a potem każdy musi tajnie i we własnym sumieniu zdecydować na kogo chce oddać głos.

10 lat w Parlamencie Europejskim, jest coś, co pana rozczarowało? Na pewno przychodząc tutaj 10 lat temu miał pan jakieś wyobrażenia, nadzieje. To mocno się zweryfikowało?

Wiele rzeczy się potwierdziło, czyli to, że przyjdzie mi funkcjonować w zupełnie innych warunkach niż w Polsce. My w grupie koleżanek, kolegów z 28 państw o orientacjach politycznych z palety znacznie szerszej niż w Polsce, to jest dość zaskakujące, bo kogo mamy? Mamy w Europarlamencie i posłów o nacjonalistycznych mocno poglądach, skrajnie prawicowych, a skończywszy na komunistach, więc ta paleta poglądów jest znacznie szersza i trzeba w tym wszystkim działać. To po pierwsze. Po drugie jeżeli coś mnie tutaj zaskoczyło, to powiedziałbym ilość czasu, jaki musimy poświęcać na całą logistykę, na loty, dojazdy, pobyty na lotniskach, wyjazdy. Obliczyłem, że w ubiegłym roku miałem 118 lotów, z Polski nie ma przykładowo bezpośrednio połączenia do Strasbourga, latami przez Frankfurt albo Bazyleę, więc ta logistyka tu zabiera dość dużo czasu i trzeba się psychicznie nastawić na to, że będziesz jedną trzecią życia spędzał w samolotach, na lotnisku... Jest fajnie tak ogólnie, tylko że życie biegnie.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Janusz Zemke

Marcin Czyżniewski

Marcin Czyżniewski/fot. Archiwum
Marcin Czyżniewski/fot. Archiwum
Nowy statut Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu niczego nie zmienia w pozycji, strukturach i autonomii Collegium Medicum UMK w Bydgoszczy - uważa dr hab. Marcin Czyżniewski. Rzecznik UMK w Toruniu był gościem Rozmowy Dnia w Polskim Radiu PiK.

Magda Jasińska: Czy rzeczywiście - po 35 latach istnienia i 15 latach współpracy z UMK - Collegium Medicum może stracić swoją niezależność?
Dr hab. Marcin Czyżniewski: Zupełnie nie wiem, skąd te opinie. Wiele razy tłumaczyliśmy, że nowy statut w tym kształcie, który ma od kilku miesięcy, a już na pewno w kształcie, który został wczoraj przyjęty, nie zmienia niczego w pozycji, w strukturach czy w autonomii Collegium Medicum. Takie opinie pochodzą chyba głównie z zewnątrz - od osób, które statutu nie czytały. Wiem, że jest tam ponad 100 artykułów, ale żaden z nich nie odbiera Collegium Medicum autonomii. Mało tego - jeszcze wczoraj wprowadzono kilka poprawek, dotyczących m.in. wyboru prorektora do spraw Collegium Medicum czy składu Rady CM. Collegium Medicum jest i będzie w pełni autonomiczną częścią Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Z wpływem na to, co dzieje się w UMK jako całości, ale też z dużymi zobowiązaniami - takimi, jakie będą mieli wszyscy członkowie społeczności naszej uczelni, dotyczącymi podnoszenia poziomu naukowego uniwersytetu.

Powiedział Pan, że wprowadzono pewne poprawki - czyli wcześniej powoływanie dziekanów i prorektora miało być inne?
- Miało być takie, jak na całej uczelni. Pamiętajmy, że statut jest w dużej części pochodną nowych rozwiązań ustawowych. Zmienia się sposób wyboru prorektorów. Dotąd prorektorzy byli wybierani przez elektorów, zgodnie z nowymi przepisami prorektorów wskazuje wybrany przez społeczność rektor. Collegium Medicum - jako jedyna część uniwersytetu - będzie miało prawo wskazywania kandydata na swojego prorektora. Tego nie ma żaden z wydziałów, ani żadne z kolegiów - zresztą z pozostałych kolegiów ostatecznie zrezygnowano w toruńskiej części uniwersytetu.

Kto będzie decydował o finansowaniu Collegium Medicum?
- O finansowaniu decyduje senat, który przyjmuje co roku plan rzeczowo-finansowy.

Tak jest w tej chwili i tak będzie po wejściu nowego statutu?
- Dokładnie tak, jak mówię - nie było i nie ma żadnego przepisu w tym statucie, który w jakikolwiek sposób zmieniałby na niekorzyść pozycję Collegium Medicum, w ramach Uniwersytetu Mikołaja Kopernika

Po co w ogóle zmiana statutu?
- Wiąże się z bardzo głębokimi zmianami, jakie wprowadza Ustawa o szkolnictwie wyższym. Ma też pomóc Uniwersytetowi Mikołaja Kopernika znaleźć się w gronie dziesięciu uczelni w Polsce, które otrzymają status uczelni badawczej. To oznacza oczywiście większe finansowanie, ale nie to jest najważniejsze. Przede wszystkim chodzi o to, że będziemy jednostką naukową, a więc zajmującą się w pierwszej kolejności badaniami naukowymi. Kształcenie - jak w każdym porządnym europejskim uniwersytecie - ma być pochodną badań naukowych, jakie są prowadzone na na naszej uczelni. Żeby jednak tak się stało, musimy wzmocnić tę nową część naszego uniwersytetu, a więc przenieść środek ciężkości - także ten organizacyjny - z kwestii administracyjno-dydaktycznych na naukowe. Stąd zamiast rad wydziałów, które zajmowały się bardzo wieloma sprawami, wprowadziliśmy rady dyscyplin, które w o wiele większym stopniu będą decydować o sprawach naukowych. Stąd też zupełnie nowy, rewolucyjny model kształcenia doktorantów, którzy przestają być studentami. Teraz będą po prostu młodymi naukowcami - opłaconymi - bo każdy z nich będzie dostawał stypendium, wykonującymi prace naukowe, publikującymi, dla których doktorat nie będzie celem, ale będzie wynikiem ich 3-4 letniej ciężkiej naukowej pracy. (...)

Piotr Całbecki

Fot. Archiwum
Fot. Archiwum
Czy województwo jest w stanie zrealizować w pełni Regionalny Program Operacyjny? Jak będzie wyglądał rok Jana Pawła II w naszym województwie? Czy organizacja Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. I.J. Paderewskiego rzeczywiście nie jest zagrożona, z powodu braku finansowego wsparcia z województwa? M.in. o tym w Rozmowie dnia - gościem Polskiego Radia PiK był marszałek województwa - Piotr Całbecki.

Magda Jasińska: Odbyła się kolejna sesja sejmiku. Radnym przedstawiono stan wdrażania polityki terytorialnej. Radni PiS natomiast pytali czy w regionie uda się wydać wszystkie pieniądze z RPO?

Piotr Całbecki: Nie widzę takich zagrożeń. Przeszło 70% w tym roku zaplanowaliśmy w sumie zakontraktować. Takie mieliśmy plany wiele lat temu i konsekwentnie je realizujemy. Jeśli chodzi o certyfikacje czyli już rozliczenie z Unią Europejską to jest to prawdopodobnie poziom 21% i osiągniemy go w czerwcu. Nie widzę zagrożeń byśmy stracili jakiekolwiek euro. Zwracam uwagę, że ważne jest także to jak wydajemy te pieniądze, nie tylko ile, tylko na jakie projekty.

Rok 2020 będzie rokiem Jana Pawła II w naszym województwie, choć pewne wydarzenia odbędą się już w tym roku.

Tak, 17 maja, zainaugurujemy obchody setnej rocznicy urodzin świętego Jana Pawła II - naszego patrona. 18 maja przypadnie 99 lat od urodzin Karola Wojtyły i chcemy w tym duchu, wielkiego jubileuszu przeżyć najbliższe miesiące, aż do 7 czerwca 2020 roku. (...).

Jaki jest pomysł na obchody?

Będziemy tworzyć program ze wszystkimi, którzy chcą włączyć się do tego wielkiego wydarzenia, wielkiego jubileuszu. Będziemy przez najbliższe dwa miesiące zbierać pomysły. Chcemy zaangażować różne środowiska, aby zgłaszały swoje pomysły, projekty, jak godnie uczcić jubileusz, godnie to znaczy nie tylko organizując festyny i koncerty, ale mam nadzieje, że będzie dużo pomysłów o charakterze duchowym.

Wczoraj na sesji radni przyjęli uchwałę dotyczącą dofinansowania wydarzeń kulturalnych. Nie było wśród nich Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Ignacego Jana Paderewskiego w Bydgoszczy. Pan powiedział, że ten konkurs nie jest zagrożony, ale jest obawa, dlaczego wczoraj nie zgłoszono poprawki do budżetu?

560 tys., bo na tyle wycenia się udział naszego województwa w całym projekcie konkursu Paderewskiego, te pieniądze będą skonsumowane przez Filharmonię Pomorską czyli przez instytucją prowadzoną przez województwo i nie ma żadnej możliwości by nasza instytucja nie wypełniła obowiązku wobec stowarzyszenia, które jest organizatorem konkursu. Pieniądze są w budżecie. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Piotr Całbecki

Porucznik Diana Warchocka

Diana Warchocka/fot. Monika Kaczyńska
Diana Warchocka/fot. Monika Kaczyńska
PR PiK - Rozmowa Dnia - Diana Warchocka
W ostatnią sobotę 140 ochotników 8. Kujawsko-Pomorskiej Brygady Obrony Terytorialnej złożyło w Toruniu wojskową przysięgę. O szkoleniu, zadaniach oraz istocie bycia "terytorialsem" rozmawialiśmy z rzeczniczką Brygady, porucznik Dianą Warchocką.

Marcin Kupczyk: Czym są terytorialsi? Jakiego rodzaju to formacja?
Porucznik Diana Warchocka: To piąty rodzaj sił zbrojnych, ludzie z pasją i zaangażowaniem, pełni energii, którzy chcą pomagać przede wszystkim społeczności lokalnej.

To jasne, że żołnierze otrzymują swoje zadania na czas wojny. A na czas pokoju?

- Przede wszystkim realizują zadania kryzysowe, czyli wspierają lokalną społeczność w całym rejonie ich odpowiedzialności. Pomagają ludziom, którzy tego potrzebują. W sytuacjach klęsk żywiołowych są zawsze w tych miejscach, aby pomóc lokalnej społeczności.

Nazwa "terytorialsi" oznacza "pozostający na swoim terytorium"?
- To jest przede wszystkim utożsamianie się ze społecznością lokalną. Nazwa wypłynęła od naszych żołnierzy, którzy czuli wewnętrzną potrzebę, aby samemu siebie tak nazwać.

Kto może przystąpić do Wojsk Obrony Terytorialnej? Jakie warunki należy spełniać?
- Trzeba spełnić wymogi zdrowotne. Procedura rozpoczyna się poprzez Wojskowe Komendy Uzupełnień. Należy złożyć wniosek o powołanie do służby wraz z potrzebnymi i niezbędnymi dokumentami - można to zrobić również poprzez platformę ePUAP. Dalej dany ochotnik może zapoznać się z materiałami, które przygotują go do rozmowy rekrutacyjnej w Wojskowej Komendzie Uzupełnień - to wszystko oczywiście jest dostępne na stronach internetowych. Mamy również dni otwarte, które polegają na tym, że dana osoba z Wojskowej Komendy Uzupełnień dzwoni do ochotników, którzy zgłosili chęć do tego, aby służyć w Brygadzie Obrony Terytorialnej. Danego dnia mogą stawić się w jednostce i tam z przewodnikiem mogą zobaczyć warunki szkoleniowe, zapoznać się z osobami, które będą ich instruktorami.
Dalej procedura wygląda tak, że dany ochotnik spotyka się z komisją rekrutacyjną, a potem musi stawić się na badaniach lekarskich i psychologicznych. Przyjmowane są także osoby z kategorią D, jednak to wszystko musi zweryfikować Rejonowa Wojskowa Komisja Lekarska. Po całym procesie rekrutacyjnym i kwalifikacyjnym - jeżeli oczywiście wszystko idzie zgodnie z założeniem - dany ochotnik odbiera kartę powołania WKU i stawia się na szkoleniu podstawowym bądź wyrównawczym, bo to są dwa różne szkolenia.
Pierwsze szkolenie - podstawowe trwa 16 dni i przeznaczone jest dla osób, które nie miały wcześniej żadnej styczności z wojskiem. Jest prowadzone trybem ciągłym, a ostatni dzień jest zakończony właśnie uroczystą przysięgą wojskową. Potem rozpoczyna się 3-letni cykl szkoleń rotacyjnych (...)

Ks. Krzysztof Buchholz

ks. Krzysztof Buchholz/fot. Archiwum
ks. Krzysztof Buchholz/fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Ks. Krzysztof Buchholz
Misterium Męki Pańskiej, które co roku gromadzi w bydgoskiej Dolinie Śmierci tysiące osób, odbędzie się w najbliższą niedzielę (14 kwietnia) już po raz 19., pt. „Przyjacielu". Gościem Rozmowy Dnia był ks. Krzysztof Buchholz — prezes zarządu Fundacji "Wiatrak" i główny animator tego widowiska.

Michał Jędryka: Misterium Męki Pańskiej w Dolinie Śmierci to wydarzenie, które zbiera coraz więcej bydgoszczan. Chyba już tysiące ich tam przybywają. Misteria jednak mają więcej niż 19 lat, bo najstarsze odbywały się już chyba w średniowieczu albo nawet starożytności?
Ks. Krzysztof Buchholz: Zacznę od tego, że nie tylko bydgoszczanie przybywają na Misterium. Świadczy o tym ilość rejestracji z najróżniejszych zakątków Polski i to nie tylko samochodów osobowych, ale i autokarów przybywających do fordońskiej Doliny Śmierci. Chyba pocztą pantoflową rozchodzi się informacja, że takie wydarzenie się u nas w Bydgoszczy odbywa. Uczestniczą w nim pielgrzymi z najróżniejszych zakątków Polski, a nawet świata. Niektórzy właśnie z powodu Misterium przyjeżdżają do rodziny już tydzień przed Wielkanocą i zostają na dłużej.
Misterium to rzeczywiście bardzo stara forma przekazu tego, co jest kluczową kwestią życia chrześcijańskiego, czyli ofiary Jezusa Chrystusa, jego męki, śmierci i zmartwychwstania. Bo gdyby Chrystus nie umarł i nie zmartwychwstał, próżna byłaby nasza wiara.

Dlaczego przedstawiamy to wchodząc w role Chrystusa i apostołów? Czy w ten sposób jesteśmy w stanie przeżyć to głębiej i lepiej zrozumieć?
- Obraz bardzo przemawia, a zwłaszcza obraz żywy, który jest bardzo blisko człowieka. Nasze Misterium Męki Pańskiej jest dla widzów o tyle komfortowe, że stają czy siadają w jednym miejscu i doskonale widzą całą akcję misterium. Większość misteriów w Polsce, ale i na świecie, odbywa się niejako w drodze - pokazywana jest droga krzyżowa Jezusa. U nas też jest taki moment, kiedy sama droga krzyżowa odbywa się wśród ludzi - Chrystus i tłum idący za nim wchodzą w widzów zebranych w naszym naturalnym amfiteatrze. W tym momencie widać, co się dzieje w ludziach - jak wyglądają twarze zwłaszcza tych, przy których toczy się akcja, gdy Jezus jest po drodze biczowany, upada, spotyka Matkę Bożą czy Weronikę.
Jest też moment, gdy ktoś z widzów - bardzo zaskoczony - staje się nagle Szymonem Cyrenejczykiem. Tak to u nas jest - żołnierz bierze kogoś pierwszego lepszego...

... i ten ktoś pomaga nieść krzyż. I nie musi być przymuszany?
- Nie wiem, czy musi być bardzo przymuszany? Zazwyczaj jest tak zaskoczony, że wchodzi w to. Jeszcze nikt się nie wyszarpnął i nie powiedział, że nie chce, ale z takim przeżyciem z pewnością człowiek pozostaje na długo.

Co roku uwypuklone jest w Misterium jakieś szczególne przesłanie. Co to będzie w tym roku?
- Założyliśmy od początku, gdy pojawił się pomysł organizowania Misterium Męki Pańskiej, żeby to nie było kolejne wydarzenie, obrazujące samą mękę Jezusa Chrystusa, których jest w Polsce wiele. Dlatego co roku powstaje nowy scenariusz i co roku jest jakieś inne przesłanie - nowa problematyka, zazwyczaj związana z czasami biblijnymi, ale czasem też wplatane są wątki współczesne.
Chodzi o to, żeby to przeżycie tych, którzy przybędą na Misterium Męki Pańskiej było jak najgłębsze i jak najbardziej odczuwalne i żeby każdy widz mógł się z jakąś postacią utożsamić - czy to będzie osoba dorosła, rodzic, kapłan czy to młody człowiek.
W tym roku podejmujemy temat przyjaźni, której tak bardzo człowiek potrzebuje. Dzisiejsze osamotnienie człowieka to bolesne doświadczenie cywilizacyjne bardzo wielu ludzi. Młodzi tak szybką określają relację z drugim człowiekiem mówiąc "to jest mój przyjaciel, przyjaciółka". Tak bardzo widać, jak chce się mieć przyjaciela, a przecież nie tak szybko udaje się być przyjacielem i go mieć.

Bo towarzyszą nam różne próby?
- To będzie właśnie w Misterium pokazane w wymiarze współczesnym - jak męska przyjaźń zostaje wystawiona na próbę. Jeśli chodzi o kontekst biblijny, historyczny, to zaistnieją przyjaciele Jezusa, który z kolei będzie pokazany jako bardzo jest blisko każdego z nas. Przychodzi do domu, do swoich przyjaciół - Łazarza, Marii, Marty. Gości u nich, przeżywają swój przyjacielski czas, który też zostaje wystawiony na próbę, gdy Łazarz umiera. (...)

Tomasz Latos

Tomasz Latos/fot. Tomasz Kaźmierski
Tomasz Latos/fot. Tomasz Kaźmierski
PR PiK - Rozmowa Dnia - Tomasz Latos
O nielegalny wywóz polskich leków zagranicę, a także o obchody rocznicy
katastrofy smoleńskiej i realizację programu trzynastej emerytury pytaliśmy posła Tomasza Latosa, który był gościem Rozmowy Dnia w Polskim Radiu PiK.

Michał Jędryka: Jest Pan Warszawie, wczoraj był Pan zapewne na uroczystościach z okazji rocznicy katastrofy smoleńskiej.
Tomasz Latos: Oczywiście. Mimo upływu lat, ciągle jestem wstrząśnięty tym, co się wtedy stało. Tak, jak większość Polaków myślę, że wymiar tragedii, która spotkała nas jako Polskę, był zupełnie niewyobrażalny. Emocje są nadal silne, zwłaszcza jeśli większość tych ludzi się znało. To strata, której nie da się odrobić, zaczynając od pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, poprzez jego żonę, prezydenta na uchodźstwie i całą rzeszę posłów, senatorów, ministrów, osób wielce zasłużonych - takich, jak Anna Walentynowicz i wielu, wielu... Właściwie nie powinno się nikogo wymieniać, wszyscy byli ważni, niezwykle Polsce potrzebni.

Pana zdaniem dziś - po trzech latach rządów Prawa i Sprawiedliwości - znamy całą prawdę o tej tragedii?
- Nie. To bardzo przykre, że cały czas utrudnia nam się dochodzenie do prawdy, utrudnia się postępowanie i współpracę z Rosją. Wiemy tyle, że nie było tak, jak oficjalne komisje rosyjska i polska przyjęły. Nie chcę popadać w zbyt daleko idące stwierdzenia, ale z pewnością jest tam wiele nieścisłości. W wielu sprawach nie należy się zgadzać.
Poza tym jest jeszcze jedna kwestia, która powinna być ważna dla wszystkich Polaków, niezależnie od poglądów. Tak, jak wtedy potrafiliśmy być razem, tak też dzisiaj powinniśmy - myślę tu o kwestii powrotu wraku do Polski. O to powinniśmy walczyć wspólnie, ponad podziałami.

Przejdźmy do spraw bieżących. Trwa strajk nauczycieli, nie widać kompromisu. Widzi Pan jakieś światełko w tunelu w tej sprawie?
- Na szczęście - mimo, że w jakimś sensie próbowano wziąć jako zakładników dzieci - to egzaminy się odbyły i mam nadzieję, że dziś również tak będzie. Nie może być tak, że dorośli wchodząc w różnego rodzaju spory wikłają w to dzieci i młodzież. Przypomnę, że pan Broniarz miał jeszcze bardziej radykalny pomysł - mówił nawet o nieudzielaniu promocji, na szczęście się z tego wycofał. Dzięki pospolitemu ruszeniu bardzo wielu osób, które zgłosiły się do kuratoriów jako wolontariusze, egzaminy można było przeprowadzić. Bardzo, bardzo dziękuję wszystkim osobom, które się w to zaangażowały i które zadeklarowały, że mogą zasiadać w komisji i dzięki którym dzieci mogą zdawać egzaminy.

Tymczasem spór z nauczycielami przyćmił inną ważną informację, która brzmi sensacyjnie -mianowicie Ministerstwo Sprawiedliwości podejmuje walkę z prowadzonym na szeroką skalę procederem nielegalnego wywozu leków z Polski. O co chodzi?
- Jestem bardzo wdzięczny ministerstwom sprawiedliwości i zdrowia. Taki projekt mieliśmy na poprzednim posiedzeniu Sejmu i przez prawie wszystkich został przyjęty. Bardzo dobrze, że chociaż w niektórych sprawach potrafimy być ponad podziałami.
Wszystkie kluby zadeklarowały poparcie rozwiązań karnych dla osób, które łamią zakazy i wywożą nielegalnie leki z Polski. Proceder jest szacowany na nawet 2 mld zł rocznie. Nie jest to nawet utrata pieniędzy przez Polskę, ale ogromna skala utraty leków, które z kraju wyjeżdżają. W efekcie są wtedy trudno dostępne dla naszych pacjentów. Polacy nie mogą kupić niezbędnych leków często ratujących życie, bo są wywożone zagranicę i tam sprzedawane z gigantycznym zyskiem. (...)

Kosma Złotowski

Kosma Złotowski/fot. archiwum
Kosma Złotowski/fot. archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Kosma Złotowski
Podsumowanie kończącej się kadencji Parlamentu Europejskiego, bieżące spory polityczne i przewidywania polityczne dotyczące nowej kadencji to tematy Rozmowy Dnia, której gościem był Kosma Złotowski - europarlamentarzysta z Prawa i Sprawiedliwości.

Michał Jędryka: Dokładnie za tydzień - 18 kwietnia - odbędzie się ostatnie posiedzenie plenarne Parlamentu Europejskiego. Kończy się ósma kadencja tego zgromadzenia. Czy da się ją podsumować w kilku zdaniach?
Kosma Złotowski: W kilku zdaniach trudno jest podsumować, bo pięć lat to jednak szmat czasu. Można powiedzieć tak - udało nam się wspólnie z Brytyjczykami i Duńczykami stworzyć trzecią co do wielkości frakcję w Parlamencie Europejskim - frakcję europejskich konserwatystów i reformatorów. To duży sukces, bo głos tej grupy przeciwnej Federalnej Europie było słychać przez całe pięć lat. My mówimy, że jesteśmy za Europą ojczyzn, za współpracą narodów w Europie, za wolnym rynkiem. Głosowaliśmy zawsze przeciwko takim protekcjonistycznym tendencjom, które w tej kadencji były bardzo widoczne. Chociaż z jednej strony mówi się o wspólnym europejskim rynku, to z drugiej strony usiłuje się go tak przykroić, żeby wspólny nie był, a w każdym razie nie dla wszystkich.

Czy spodziewa się Pan, że podobna frakcja europejskich konserwatystów i reformatorów będzie mogła być odtworzona w następnej kadencji Parlamentu Europejskiego?
- Albo ta sama, pod tą samą nazwą, albo nowa - zobaczymy po wyborach, rozmowy trwają. Dlatego po wyborach, bo wtedy będzie wiadomo kto dokładnie czym dysponuje. Musimy poczekać. Konkretne rozmowy będą prowadzone po 26 maja.

Jakie decyzje, uchwały, debaty uważa Pan za najważniejsze w tej kadencji?
- Z mojego punktu widzenia najważniejszą była debata, która ciągnęła się przez 2 lata, dotycząca pakietu mobilności. Z mojego punktu widzenia dlatego, że byłem członkiem komisji transportu, a to właśnie ta komisja była wiodącą w tym wypadku. Pakiet mobilności to pakiet trzech projektów dyrektyw regulujących rynek transportu towarów w Europie - regulujących w ten sposób, by Europę podzielić na wschód i zachód, czy może na centrum i peryferie. Ostatecznie udało nam się doprowadzić do tego, że do końca tej kadencji Parlamentu procedura nie zostanie zakończona. W Parlamencie Europejskim nie ma wprawdzie zwyczaju, jak w polskim Sejmie, że istnieje zasada dyskontynuacji, ale będzie nowa komisja, nowy Parlament, za chwilę też nowa Komisja Europejska, a więc nowe podejście.

Ostatnie głosowanie w sprawie pakietu mobilności było przegrane. Pokazało chyba, że Niemcy i Francja nie grają czysto.
- Owszem, został złamany regulamin Parlamentu Europejskiego, który mówi o tym, w jaki sposób układa się poprawki do głosowania. Zostały ułożone w bloki przeciwko temu regulaminowi. My oczywiście przeciwko temu protestujemy - my, to znaczy nie tylko frakcja europejskich konserwatystów i reformatorów, ale także posłowie z innych frakcji - zwłaszcza z Europy Wschodniej, ale także jest z Hiszpanii, Portugalii, Irlandii (...).

Żaneta Walentyn

Żaneta Walentyn Fot. Ireneusz Sanger
Żaneta Walentyn Fot. Ireneusz Sanger
Konkurs Artystycznych Form Radiowych Grand PiK 2019 organizowany jest od kilkunastu lat przez PR PiK
Dziś startuje Konkurs Artystycznych Form Radiowych Grand PiK 2019. O nagrody walczą 32 utwory nadesłane z całej Polski. Konkurs organizowany jest od kilkunastu lat przez Polskie Radio PiK, a towarzyszą mu Warsztaty Sztuki Radiowej.
O Konkursie, warsztatach, a także o tym czym jest artystyczna forma radiowa Magda Jasińska rozmawiała z Żanetą Walentyn, reportażystką Polskiego Radia PiK, laureatką wielu nagród w konkursach ogólnopolskich i międzynarodowych.

Magda Jasińska: To jest wielkie święto nie tylko dla naszej rozgłośni, ale myślę, że również dla twórców

Też mam taką nadzieję, a nawet o tym wiem. Kiedy zbliża się termin, to znaczy już na kilka miesięcy przed Grand Pikiem, dostajemy sporo telefonów, maili, SMS - ów z pytaniami: czy coś się zmieni, czy będzie tak, jak było. I przede wszystkim, powtarza się jedna prośba: żeby zamiast dwóch reportaży, każda rozgłośnia mogła przysłać trzy, albo i więcej, i żeby ten limit czasu zwiększyć. Każda rozgłośnia chce się pochwalić tym, co ma najlepszego. Nie ma w tym nic dziwnego, każdy chciałby pokazać jak najwięcej. I jak się okazuje, to wcale nie są dwa reportaże, jest ich więcej, co nas bardzo cieszy.

Nasz konkurs startuje dziś, w poniedziałek (09.04.), werdykt ogłosimy podczas czwartkowej gali po godzinie 19. Konkurs zrzesza coraz więcej uczestników, którzy chyba dobrze wiedzą, czym "grozi" ta artystyczna forma radiowa. Czy to są rzeczywiście tylko reportaże?


Nie tylko. Oprócz klasycznych reportaży i plastycznych słuchowisk, czyli gatunków które znamy już od dawna, pojawiają się na konkursie tak zwane feature/ficzery, czyli formy połączone, czasami są to, jak je nazywam, dziwne formy dźwiękowe. Artystyczna forma radiowa wcale nie oznacza, że ktoś sobie usiądzie, zmontuje byle co i już ma artystyczną formę dźwiękową. Musi temu towarzyszyć jakaś myśl przewodnia, musi z tego coś wynikać, to musi być metafora czegoś, ale rzeczywiście najwięcej jest reportaży. Sporo jest także słuchowisk, a tych udziwnionych form, czyli ficzerów, jest najmniej.


W tym roku na nasz konkurs nadesłano 32 prace, które będą walczyły o nagrody...

One będą walczyły o Grand Prix, to jest główna nagroda, ale jest jeszcze kilka innych laurów, co sprawia, że konkurs staje się jeszcze atrakcyjniejszy. Każdy z autorów chciałby zostać nagrodzony, wyróżniony co najmniej. Każdy jest przekonany, że jego dzieło jest wybitne. Tak to już jest, że autor, a mówię to także jako autorka, nie ma dystansu do do swojego dzieła i dopiero kiedy przyjeżdżają reportażyści, autorzy słuchowisk i odsłuchują prezentacje wspólnie z innymi autorami, z publicznością, dopiero wtedy właściwie jest możliwość recenzji, oceny. Konkurs połączony jest z warsztatami, co jest bardzo ważne.

Zasada jest taka, że nie można brać udziału w konkursie, jeśli się nie bierze udział w warsztatach. Każdy, kto przedstawia swój utwór, musi go pokazać, czyli dać do odsłuchu publiczności, innym autorom, a potem posłuchać, co oni o jego dziele myślą: co im się podoba, co się nie podoba. Często jest tak, że przyjeżdża ktoś, kto jest przekonany, że dzieło jest wybitne, a potem się okazuje, że dramaturgicznie nie było za dobrze, a użycie muzyki było nieuzasadnione, i tak dalej i tak dalej. I nagle pojawia się rozczarowanie. Rozczarowanie zdarza się bardzo często, a mimo to, autorzy chcą do nas przyjeżdżać, bo to jest dla nich nauka. (...)

Jakich radiowych form jest najwięcej?

W Polsce już zaczynają powstawać utwory, które w w Europie Zachodniej, ale też na drugiej półkuli są znane, modne od pewnego czasu. Są to utwory, w których wcale nie story, historia niosą cały utwór, lecz muzyka. I tam bardzo ważna jest powtarzalność jakieś taktów, brzmień. Dla mnie ta forma jest obca. Mogę powiedzieć, że coś mi się podobało, ale nie potrafiłabym czegoś takiego stworzyć, być może dlatego, że trochę słoń mi na ucho nadepnął. Niemniej, takie utwory u nas także powstają, bardzo dobrze, że są, że jest różnorodność. Po to jest ten konkurs. Jednak cały czas dominują historie, czyli opowieści o tym, co się zdarzyło, co się dzieje w kraju, na świecie, grupom ludzi, jednostkom, czyli po prostu opowieści.(...)


1234567