Sobota, 24 sierpnia 2019 r.   Imieniny: Jerzego, Bartosza, Haliny
Polskie Radio PiK » Zwierzenia przy muzyce

Gość programu

Filip Lipski

Filip Lipski w PR PiK. Fot. Magda Jasińska
Filip Lipski w PR PiK. Fot. Magda Jasińska
Skrzypek, kameralista, muzyk/solista orkiestry Opery Nova, pomysłodawca i autor wielu projektów, również filantrop.

„Miałem etap kiedy chciałem jeździć zawodowo na rowerze. Zacząłem jeździć i trenować, miałem całkiem niezłe wyniki i pojawił się dylemat, zawodowe kolarstwo czy muzyka. Ostatecznie świat muzyki otworzył mi nową drogę którą wybrałem...”


Sobota, 24 sierpnia godz. 17:05
Ma Pan głowę pełną pomysłów.

- O to jestem bardzo często posądzany.

Kipiący pomysłami i taka niespokojna dusza…

- Pomysłów faktycznie mam miliony, stąd nawet jak są realizowane przez innych to nie płaczę, często kibicuję, ich realizacja daje mi pełne poczucie szczęścia.

A z realizacją bywają problemy, czy niekoniecznie?

- To zależy jaki pomysł, bo niektóre faktycznie graniczą z podbojem kosmosu, chociaż były już takie, które wydawało się, że będą skazane na porażkę, a faktycznie udało się je zrealizować z niespodziewanym pozytywnie efektem końcowym.

Do studia przyszedł Pan ze swoją przyjaciółką. To Luna.

- Tak, Luna to pies, bardzo muzykalny, pies estradowy, śpiewający, co ciekawe rozpoznaje repertuar muzyczny i to jest sprawdzone, a nawet potwierdzone naukowo. Pies wyjątkowy, nieodłączny kompan i przyjaciel, od już ponad 7 lat.
Filip Lipski i Luna w studiu PR PiK. Fot. Magda Jasińska
Filip Lipski i Luna w studiu PR PiK. Fot. Magda Jasińska
O waszej przyjaźni porozmawiamy sobie później, natomiast teraz chciałabym powrócić do głównej Pana profesji i pasji, czyli do gry na skrzypcach. Jest Pan bydgoszczaninem?

- Tak, urodziłem się w Bydgoszczy, tu chodziłem do muzycznej szkoły podstawowej na ul. Libelta i w wieku 13 lat wyjechałem do Poznania do „Szkoły Talentów”, a później na studia do Berlina. W międzyczasie miałem etap kiedy chciałem jeździć zawodowo na rowerze. Zacząłem jeździć i trenować, miałem całkiem niezłe wyniki i pojawił się dylemat, zawodowe kolarstwo czy muzyka. Ostatecznie świat muzyki otworzył mi nową drogę którą wybrałem. Wyjechałem na studia do Berlina, później do Londynu, troszeczkę życia w Paryżu, a później Warszawa, Wrocław, Szczecin i po ponad 22 latach wróciłem do swojego rodzinnego miasta.

I warto było?

- Zawsze jest warto. A to czy wróciłem na stałe czy nie, tego nie jestem w stanie nigdy powiedzieć. Na początku uważałem wyjeżdżając gdziekolwiek, że to jest właśnie to miejsce a finałowo zmieniałem te miejsca średnio co jakieś trzy-cztery lata.


To jest Pan odważnym człowiekiem, bo to trzeba mieć odwagę, żeby tak zmieniać dom.

- Niektórzy mówią z kolei, że to jest też forma ucieczki. Posądzano mnie o to, że po prostu uciekam, zmieniam, szukam i nie mogę się zdecydować. Mam takie poczucie nadchodzącego wiatru przygody, chęci podróży. Los buduje jakąś dziwną opcję, która nagle mówi - „tak, jedź! teraz tu i tam”. Obecnie mam dom, mam to miasto rodzinne, ale równie dobrze mogę powiedzieć, że jestem trochę bezdomny, taki wagabunda.
Filip Lipski w studiu PR PiK. Fot. Magda Jasińska
Filip Lipski w studiu PR PiK. Fot. Magda Jasińska
A słucha Pan tego głosu, kiedy mówi – jedź!!!?

- Tak, staram się, chociaż zawsze chciałem jechać do Australii, ewentualnie do Kalifornii. Zawsze marzyłem – próba, skrzypce, później deska surfingowa, ocean, słońce, a wylądowałem w Londynie w totalnym tego przeciwieństwie. Ale nie żałuję żadnej z tych decyzji, chociaż większość z nich była zawsze przypadkowa. A co los pokaże – zobaczymy, teraz jestem w Bydgoszczy. Jestem szczęśliwy bo tutaj mam rodzine. Bycie tutaj to też pewna forma podróży w czasie, na każdym kroku doświadczam retrospekcji: przykładowo mieszkam jakieś 50 m od przedszkola, do którego chodziłem, które prowadziły siostry benedyktynki.

Potem była szkoła muzyczna na Libelta - szkoła Panu cokolwiek dała?

- Oczywiście, każde przeżycie coś nam daje. Sam jeden z moich profesorów kiedyś mi powiedział: jedź wszędzie, czasami nauczysz się tego jak nie grać, ale tutaj akurat nie nauczyłem się tych złych rzeczy, bo uczyłem się, u już dziś świętej pamięci Profesora Henryka Bałabana, ten człowiek faktycznie otworzył we mnie „puszkę Pandory” jeśli chodzi o zrozumienie dobra i zła w muzyce. Moja mama chciała żebym poszedł na wiolonczelę. Patrząc na moje gabaryty to na pewno byłby bardziej naturalny instrument, ale padło na skrzypce, no i tak się ta historia zaczęła. W drugiej czy trzeciej klasie okazało się, że nie znam nut, wszystko grałem ze słuchu. Pamiętam jeszcze dzisiaj, że jak patrzyłem na nuty to widziałem jak te kropeczki szły do góry, wnioskowałem że melodia z tego co usłyszałem musi iść również w tym kierunku, opierałem się głównie na słuchu i intuicji. Okazało się, że na lekcjach kształcenia słuchu i nie tylko, byłem bardzo niecierpliwy i skupiałem się na milionie innych myśli, ale nie na nauce.

Czyli Pan z cyklu „zdolny ale leniwy”.

- Paskudnie leniwy. Oczywiście skutkowało to kilkoma życiowymi porażkami, z drugiej strony w wielu przypadkach mi to bardzo pomogło, ale dzięki temu patrzę na muzykę z innej strony, na zasadzie takiej, żeby to wszystko co robię traktować jako formę wypoczynku i przyjemności. Zgodnie z myślą „pokochaj to co robisz, a nigdy nie będziesz musiał pracować”.

I po powrocie do Bydgoszczy dołączył Pan do Kwartetu Raffa.

- Dołączyłem - Michał Rak wcześniej stworzył ten kwartet. Miałem to szczęście, że kiedy przyjechałem to był poszukiwany pierwszy skrzypek. Nawet się nie zastanawiałem, bo akurat mam olbrzymią słabość do muzyki kameralnej, poza tym poznałem tam fantastyczną ekipę. To są naprawdę bliskie mojemu sercu osoby i maniacy, a ja poszukuję zawsze maniaków, bo z takimi ludźmi faktycznie chyba najlepiej się dogaduję, z takimi ludźmi można zmieniać świat.
Filip Lipski i Luna w studiu PR PiK. Fot. Magda Jasińska
Filip Lipski i Luna w studiu PR PiK. Fot. Magda Jasińska
Jak się skrzyżowały wasze drogi z Luną?

- Mieszkałem wtedy w Szczecinie na Zamku Książąt Pomorskich. Pewnego dnia znajoma powiedziała, że są szczeniaki do uratowania. Zrobiliśmy z przyjaciółką taką „akcje ratunkową” , rozesłaliśmy informację wszystkim znajomym, w innym wypadku żle by się to dla szczeniaków skończyło. Nazajutrz pojechaliśmy do tej wsi, ja ze zdjęcia wybrałem zupełnie innego psa, który nazywać miał się właśnie Luna. Na miejscu przyturlała się do mnie jako pierwsza mała kudłata kulka i potykając się o własne łapy wskoczyła mi na kolana i nie dopuszczała żadnego innego szczeniaka, no i sprawa była przesądzona. Ktoś by mógł powiedzieć, że jestem człowiekiem nieodpowiedzialnym, który w sumie cały czas gdzieś wyjeżdża, coś robi, żyje intensywnie i nawet nie ma mieszkania. Początkowo zabierałem ją faktycznie wszędzie, na próby, na koncerty, czekała na mnie czasem w garderobie, a czasami wychodziła też na scenę. Jest to psina zaadaptowana do bojów artystycznych.

Kiedy Pan przygarnął Lunę to te priorytety i tryb życia się trochę zmieniły.

- Mój tryb życia często ulegał zmianie, ale dostosowanie go pod psa akurat z tego co widzę było bardzo dobrym wyborem, bo sam nie wiem jak bym skończył . Bywało różnie jeśli chodzi o szaleństwa i nie wchodząc w szczegóły to w sumie Luna nauczyła mnie odpowiedzialności.

Już niedługo bo 25 sierpnia będziemy mogli uczestniczyć w kolejnym Pana nowym muzycznym pomyśle. To koncert muzyki Piazzolli, który odbędzie się w Pałacu w Lubostroniu.

- Będzie to oryginalny skład, który najczęściej można spotkać przy wykonywaniu tanga. W składzie będą wybitni muzycy z Bydgoszczy, występujący w salach koncertowych całego świata, będzie kontrabas, na którym zagra Łukasz Macioszek, wybitny pianista Rafał Błaszczyk, magik akordeonu Maciej Drapiński no i ja na skrzypcach. Ostatnio mieliśmy próbę i powiem szczerze że brzmi to naprawdę wyjątkowo ciekawie. Zapraszam serdecznie miłośników tanga i nie tylko, będzie to prawdziwa uczta dla duszy.